niedziela, 14 września 2014

Antologia „Tea-book. Fantastyka”

Upolowane:  Antologia „Tea-book. Fantastyka”, e-book

Ciernik: Pamiętasz „Tea-booka. Prozę”? Wielbiciele herbaty wypuścili na pastwisko nowego, tłustego zwierza: antologię „Tea-book. Fantastyka”. To była całkiem fajna wakacyjna lektura.

Pokrzywnica: O, tak. Gruby, włochaty bizon w kilkunastu smakach.

Ciernik: A co Ci smakowało najbardziej? Bo mnie chyba… kręgosłup. Wiem, dziwna część ciała do zjedzenia, ale nie będę się przecież wypierał. Tak, najbardziej mi smakowały teksty Agaty Sienkiewicz, a więc szefowej całego przedsięwzięcia. To inteligentne, pełne wyobraźni opowiadania. Jednak było też w nich też coś, czego moja męska wojownicza dusza nie potrafi pojąć, ale o tym może później.

Pokrzywnica: Ha! „Przeze mnie droga...” Agaty Sienkiewicz! Niesamowite opowiadanie! Ale „Storrada” Magdaleny Pasik też smaczna – obrazowa, dużo historycznych szczegółów i jeden bardzo aktualny problem: co się dzieje z naszą tożsamością, gdy zmieniamy miejsce pobytu, kulturę, obyczaje, religię? Czy to my wybieramy sobie bogów, czy oni nas? Temat rzeka.

W ogóle ciekawa sprawa, bo w poprzednim „Tea-booku”, tym z podtytułem „Proza”, prym wiedli raczej panowie. A tutaj, w „Fantastyce”, kobiety porozstawiały towarzystwo (a to nie byle jakie towarzystwo przecież!) po kątach.

Ciernik: To prawda. Większość facetów albo poszła w płyciznę, albo są jacyś tacy... sztywni. Kobiety zaszalały i z emocjami, i z niezwykłymi bohaterami. „Przeze mnie droga…” – świetna, oniryczna, niesamowita, oryginalna. Ale mnie również podobało się „O klatkach, godności i gołych rękach”, w którym autorka zrywa z tak eksploatowanym w antologii motywem fantastyki... katolickiej? Chrześcijańskiej? Biblijnej? Nie wiem do końca, jak ją określić, ale chodzi o nurt mocno inspirowany mitologią chrześcijańską. A u Agaty Sienkiewicz jest inaczej: niby mamy rycerzy i czarownice, walkę ze złem, ale tak naprawdę to walka patriarchatu z matriarchatem, uporządkowanej męskości z nieokiełznaną i chaotyczną kobiecością, a to wszystko w świetnym wykonaniu, z ciekawymi bohaterami i żywymi, a nie kwadratowymi dialogami.

Podobało mi się też „Wszędzie dobrze, ale...” To tekst odmienny od dwóch poprzednich, ale również ciekawy. Zastanowiło mnie, że w dwóch opowiadaniach pojawia się pewien wspólny motyw – gwałt. A także przemiana, która dokonuje się poprzez ten gwałt. To mnie zatrzymało nad tymi tekstami sprawiło, że zostały one we mnie na dłużej.

Pokrzywnica: „O klatkach, godności i gołych rękach” przypomina mi nieco książkę Krystyny Kwiatkowskiej „Prawdziwa historia Morgan le Fay i Rycerzy Okrągłego Stołu”. Obie autorki pokazały nieco inny obraz wiedźmy niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, i nieco inną wersję znanych legend. „Wszędzie dobrze...” odbieram z kolei jako rodzaj odpowiedzi, może nawet dyskursu z opowiadaniem Jarosława Grzędowicza „Piorun”. Zło w tych opowiadaniach przybiera bardzo podobną formę, ale punkt widzenia narratora jest zupełnie inny. Może ktoś kiedyś pokusi się o analizę porównawczą tych dwóch utworów, byłaby na pewno ciekawa.

Wracając jednak do „Przeze mnie droga…” – to jest wielowarstwowa opowieść i rodzi mnóstwo pytań. W takim najprostszym, najbardziej oczywistym odczytaniu to fantastyczna metafora zrozumiała dla każdego, kto kiedykolwiek bywał na jakimkolwiek forum literackim: problematyka twórczości i jej oceny przez innych. Ale jeśli zejdziemy głębiej… to przecież mowa o życiu. Czy tworzenie to jest to samo, co życie? Czy jest obok życia? Czy jedno i drugie rządzi się tymi samymi prawami?

Ciernik: Chyba tak. Jako twórcy (sztuki lub życia) jesteśmy przede wszystkim kopistami. Na początku (etap grafomana/dziecka/nastolatka) jesteśmy w stanie stworzyć coś własnego, osobistego i czasami ma to swój urok, ale jednak od razu widać, że jest to bardzo niedoskonałe. Grafomania kojarzy mi się w tym kontekście z takim etapem jeszcze przed buntem. Bawimy się wtedy, upajamy własną twórczością, nawet jeśli to jeden wielki kicz i tak naprawdę tylko zabawa. Jednak jest w tym taka fascynująca, dziecięca szczerość.

Pokrzywnica: Ten etap reprezentuje w opowiadaniu Rusałka. Ale zauważ, że główny bohater – nie. On rozwija się zupełnie inaczej. Jeżeli to opowieść o życiu, to on jakby... nigdy nie był dzieckiem! Od samego początku respektuje prawa rządzące światem. Przychodzi i czerpie wiedzę od starszych i mądrzejszych. Powiedziano (zapisano w regulaminie?) że tak powinien się rozwijać, więc tak się rozwija. Czy on będzie kiedykolwiek artystą? Czy na zawsze pozostanie kopistą? A jeśli chodzi nie o twórczość, tylko o życie, to czy czeka go dobre, spełnione życie? Czy bunt jest niezbędny? I czy niezbędne jest wytyczanie własnych ścieżek (a jeśli Rusałka będzie do końca tworzyła te wzruszające bohomazy i nigdy nie pójdzie dalej, nie rozwinie się, bo odrzuca rady bardziej doświadczonych)? Czy można spokojnie podążać cudzymi śladami tak długo, aż one się zwyczajnie skończą i całkiem naturalnie wyjdziemy na równinę?

Ciernik: Ale przecież wszyscy od samego początku respektujemy prawa rządzące światem! Nawet jeśli eksperymentalnie włożymy palce do kontaktu, to po pierwszym porażeniu zaczynamy respektować prawa rządzące gniazdkiem!

W spełnione życie nie wierzę. W dobre – tak, ale nie w spełnione. A co do kopisty… Czy kopista nie jest artystą?

Pokrzywnica: No właśnie?

I kolejna sprawa: relacje. Życie, jak wiadomo, między innymi z nich się składa. A tworzenie? Kiedy tak naprawdę się tworzy: w samotności czy we współpracy? Czy różni twórcy miewają różnie, czy tu jednak istnieją jakieś prawa uniwersalne? Na tym najprostszym poziomie, kiedy widzimy takie wydarzenia, jak w opowiadaniu, na przykład konflikt, cierpienie, agresję, ból, to mówimy: Oj, daj spokój, to tylko forum. Ale co powiedzieć na kolejnych poziomach? Oj, daj spokój, to tylko sztuka? Oj, daj spokój, to nic ważnego, to tylko... życie?! Być może jedyne, jakie masz?

Ciernik: Dla mnie tekst Agaty Sienkiewicz jest jak sen i dlatego interpretuję go jak sen: motyw z budową domów oznacza pracę z psychiką. Bliżej mi tu do życia, niż do sztuki (w głowie jednak mam takie rozróżnienie – sztuka jest nieżyciowa, nawet jeśli tworzenie jej i radzenie sobie w życiu mają wiele wspólnych cech, a proces czasami bywa podobny). Najpierw jest życie ze swoimi podstawowymi potrzebami, a dopiero później może na tym wyrosnąć sztuka. To taka wznosząca się  spirala z coraz ciaśniejszymi zwojami. Dolne okręgi spirali to podstawowe potrzeby, a wyżej pojawiają się kolejne, coraz bardziej wysublimowane, cieńsze zwoje związane ze sztuką. Na samym szczycie mamy duchowość. To wszystko zachodzi na siebie w górnych i dolnych partiach, gdzie ma pewne części wspólne. Budowanie domów kojarzy mi się właśnie z pracą z psychiką, z dojrzewaniem, rozwojem.

Czy można żyć „czyimś” życiem, iść „cudzymi” ścieżkami i być szczęśliwym? Pewnie tak. Jeśli nie będzie się zadawać zbyt wielu pytań, które komplikują spacer. Czasami zastanawiam się, czy jest w ogóle coś takiego jak własna ścieżka. Mam wątpliwości. Chyba że uznamy, iż własną ścieżką jest to, co poskładaliśmy ze ścieżek innych osób (w opowiadaniu mamy podglądanie innych domów). W tym sensie wszyscy jesteśmy kopistami. Być może świadome życie (sztuka?) pojawia się właśnie wtedy, gdy jesteśmy w stanie przyznać się sami przed sobą, że kopiujemy.

Pokrzywnica: Dla mnie dom symbolizuje To, Co Zostało Stworzone. W tym najoczywistszym odczytaniu to będzie po prostu fragment tekstu wrzucony na forum pod ocenę innych. W tym głębszym – skończone dzieło, które znajdzie odbiorców albo nie. A najgłębiej, w życiu... cóż, w życiu ocenie innych podlega właściwie wszystko, nawet to, czego wcale pod ocenę nie poddawaliśmy. Ale ci inni i tak się wtrącą, i tak będą nas nauczać i pouczać, a każdy na własną modłę i pod własny gust. I co? Podporządkować się bezkrytycznie? Ale komu, skoro te docinki i porady wykluczają się wzajemnie? No to może buntować się, demonstracyjnie olewać wszystko i wszystkich i trwać niewzruszenie przy swoim? Ale co, jeśli to błąd, jeśli to droga do katastrofy? Lepiej uczyć się na cudzych błędach, czy na własnych? Jak odróżnić, czy taka postać jak Wera chce dla nas dobrze, czy robi nam krzywdę? A może załatwia tylko własne sprawy i my jej w ogóle nie obchodzimy? Może nas tak naprawdę też nikt nie obchodzi i załatwiamy tylko własne sprawy? A może rzeczywiście jesteśmy kopistami i to wcale nie przeszkadza nam być artystami, bo chodzi o to, żeby stworzyć fantastyczny...  kolaż?

Ciernik: Mnie się właśnie coraz bardziej wydaje, że chodzi o to ostatnie. Że to zawsze jest kolaż. Że zawsze kopiujemy, nawet jeśli troszkę zmieniamy. Bo owi inni to cała sfera kultury, wszyscy ci, którzy byli przed nami i kopiowali poprzedników oraz rówieśników, tak samo jak robimy to my. A czasami trafia się Gwiazda, geniusz, którego nikt nie rozumie, ale który popycha to wszystko w jakimś nowym kierunku. I nikt nie wie, dlaczego taka Gwiazda zabłyśnie, ani kiedy się spali we własnym ogniu, ale wszyscy wiedzą, że się w końcu spali i czekają. I patrzą, ale nie obojętnie. Bo ta Gwiazda przeczy prawu rozwoju poprzez kopiowanie, ale paradoksalnie również je ustanawia i podtrzymuje. A jak Gwiazda się w końcu wypali, to potem znowu zaczyna się kopiowanie, kroczek po kroczku do góry, powoli, bez szaleństw…

czwartek, 28 sierpnia 2014

Wakacje!

Na następną dyskusję musicie poczekać troszkę dłużej, bo właśnie czytamy pewną bardzo grubą antologię...

niedziela, 17 sierpnia 2014

Kwestia smaku

Zwierzęce zabawy literackie: Kwestia smaku

Gdyby Twoja ulubiona potrawa była postacią, to jak by się zachowywała? Jaki miałaby temperament, zwyczaje, marzenia? Jak by się ubierała, jak poruszała, co mówiła? Opisz ją – może to być zwykły opis albo monolog postaci.

Limit znaków: 4000. Jeśli chcesz, możesz przysłać nam swój tekst o ulubionej potrawie – jeśli nam się spodoba, opublikujemy go w dziale Zwierzęce zabawy literackie.

pokrzywnica(małpisko)leniwiecliteracki.pl

niedziela, 10 sierpnia 2014

Ugryź się w ogon! - zabawa SzejkaZbira

Zwierzęce zabawy literackie: Ugryź się w ogon! – realizacja


Zobaczcie, w kogo wcielił się SzejkZbir!

Jedna łapa, druga łapa, grzbiet. Usiąść. Ziewnąć. Wygładzić wąsy.

Za długo spałem. Śniło mi się, że łowiłem ryby i wdepnąłem tylną łapą w błoto. Zdrętwiała. Liżę i liżę, i wciąż czuję to śliskie, oblepiające, zimne… Fuuuu! Ohyda. Ale już lepiej, tylko w brzuchu strasznie mi burczy. Trzeba coś zjeść. Gdzie jakiś karmiciel? Halo? Jest tu kto? Miska pusta! Hej!

Nikogo nie ma. Pewnie poszli na polowanie. Może też zapoluję, tylko na co? Pająk? Eeee, za wysoko, trzeba by wskoczyć na szafkę, potem na ten duży regał, a tam pełno książek, zaraz któraś spadnie i narobi hałasu. Po co im tyle tych książek? Wcale nie są wygodne, no, może z wyjątkiem albumu, na nim nawet przyjemnie się leży, jest gładki i ładnie pachnie.

A może wejdę na biurko? Tam jest komputer. Lubię jak mruczy.

E, nie mruczy. Pewnie wyłączony. Lepiej zejdę. Co tak bzyczy? O, znowu. Mucha! Śliczna, tłuściutka mucha! Złapię! Zjem! Z lewej! Skok! Przewrót przez grzbiet! Jest! A nie, jednak uciekła. Z drugiej łapy ją! Pazurem, pazurem! Och, ty! Gdzie się schowałaś? No chodź, moja śliczna, chodź mój bzykający deserku! A, mam cię! Pędem, galopem, i zwrot, i z powrotem, niech lecą szpargały, niech lecą kwiaty doniczkowe, niech świat się wali i niech zamiera w podziwie dla mojego kunsztu łowieckiego! Jestem myśliwym, jestem mistrzem, jestem najlepszy we wszechświecie! Nic mi nie umknie, moje oko widzi wszystko, moje sprężyste ciało może wszystko, nawet zjechać po firance!

Sprytna mucha trzyma się z tyłu i znika z pola widzenia. Ja ją z prawej, ona w lewo, ja ją  z lewej, ona w prawo. Nie szkodzi. Trzeba sposobem. Poleżę. Muszę uśpić jej czujność. Wyczuć moment. Teraz!

Mam cię! Gryziesz?! Spokojnie, mój deserku, i tak mi nie uciekniesz! Duża jesteś! Hm. Bardzo duża! I masz, tfu, tfu, masz… Futro? Pfuj! Coś mi to przypomina… Zaraz, zaraz… Czy ja nie mam z tyłu…

No tak. Ogon.

sobota, 2 sierpnia 2014

Michał Węgrzyński, „Odrzucone Zasady”

Upolowane:  Michał Węgrzyński, „Odrzucone Zasady”, e-book

Pokrzywnica: Uff. Miało być coś ciekawego dla urozmaicenia diety, a okazało się, że to puszka dmuchanego ryżu.

Ciernik: Poradniki czasem bywają ciekawe. Ale nie ten. Po pierwsze: rzecz jest koszmarnie napisana, zero redakcji, zero korekty. Po drugie i najważniejsze: tam nie ma nic interesującego. Wszystko już gdzieś czytałem i to w lepszej wersji. To jakaś przemielona papka truizmów i sloganów, a nie żaden poradnik!

Pokrzywnica: Otóż właśnie. Nie ma w „Odrzuconych Zasadach” nic nowego, nic odkrywczego, nic choćby ciut głębszego i nic (wbrew pozorom!) osobistego. I dlatego strasznie mi dało do myślenia. Jak sądzisz, dlaczego ta książka w ogóle powstała? Skąd się wzięła?

Ciernik: Odnoszę wrażenie, że z parcia na szkło.

Pokrzywnica: Ten pseudoporadnik coś mi nieustannie przywoływał z pamięci, ale długo nie mogłam sobie uświadomić, co to takiego. Ot, taki zamazany przebłysk czegoś uchwyconego kątem oka. Dopiero po kilku dniach mi się przypomniało: widziałam kiedyś w telewizji, w jakimś programie typu Rozmówki na Wstrząsające Tematy śliczną, młodą dziewczynę – początkującą aktorkę porno. Zapytali ją, czy lubi to, co robi. Czy podobał jej się partner, z którym kręciła ostatnio film. Ona odpowiedziała, że nie, ale to jej praca, więc robi co trzeba, bo za to jej płacą. Zapytali ją wtedy, czy nie uważa, że to prostytucja?  A ona odpowiedziała tak: Prostytutka to jest taka, co stoi gdzieś pod latarnią. I będzie tam stała za dziesięć lat. A ja robię karierę i za te dziesięć lat będę gwiazdą, nie prostytutką.

Ta dziewczyna nie zauważała podobieństw między gwiazdą porno i zwykłą dziwką. Dostrzegała  tylko różnice: prostytutka pod latarnią, a gwiazda w luksusowej limuzynie z kieliszkiem szampana. Dla niej istotą rzeczy było jedynie wrażenie. Ono decydowało o wszystkim. Tego, co kryje się pod spodem, treści, w ogóle nie zauważała. I tak też jest z tym poradnikiem: e-book sprawia wrażenie i to wystarczy, żeby go za poradnik uważać. Wystarczy sprawiać wrażenie, że się jest gwiazdą i wielu potwierdzi, że się jest. Wystarczy sprawiać wrażenie, że się jest mądrym i wielu potwierdzi, że tak jest.

Cała energia idzie w sprawianie wrażenia. Autorytetem nie staje się ten, kto mówi sensownie, lecz ten, kto sprawia wrażenie, że tak jest. Aby odnieść sukces, nie należy czegoś robić. Należy tylko sugestywnie i pracowicie sprawiać wrażenie, że się to robi. Nikt nas nie zdemaskuje, bo większość ludzi, jak ta dziewczyna od filmów porno, nie zauważa nic, poza wrażeniem. Nie potrafi. To chyba jedna z tych zmian w naszych mózgach, do których doprowadziła cyfryzacja – niezdolność odróżniania złudzenia od treści, reklamy od produktu, wirtualu od realu, zapachu od smaku. Wystarczy, że autor twierdzi, że podaje rzetelne informacje. Robić tego już nie musi. Wystarczy, że twierdzi, iż zna receptę na życie i może doradzać, nauczać oraz pouczać. Może sam w to wierzy, może tylko udaje. To bez znaczenia, jak bez znaczenia są uczucia tej młodziutkiej aktorki. Liczy się sukces, a sukces to wrażenie. Treść nie jest ważna.

Parcie na szkło, mówisz? A nawet jeżeli, to objawem czego jest takie parcie? Z jakim pragnieniem zdradza się ktoś, kto pisze taki poradnik, nie mając w istocie nic wartościowego do powiedzenia?

Ciernik: To mi się kojarzy z takimi z blogami, których w necie jest masa, a które nie mają nic poza contentem, czyli treścią stworzoną po to, żeby przyciągnąć czytelników/oglądaczy/klikaczy, czyli tak naprawdę reklamobiorców. Takiego bloga tworzy zazwyczaj ktoś, kto chce zostać internetowym celebrytą, i jak większość celebrytów, nie ma do powiedzenia nic poza banałami. Albo tworzy go automatyczny agregator contentu. Co w sumie na jedno wychodzi, mamy do czynienia z wydmuszką.

Pokrzywnica: Dla mnie ta książka to wyznanie: Chcę być guru, chcę, żebyście mnie słuchali. Może autor pragnie tego dla kasy, może z przekonania, nie wiem. Ale to pragnienie wyłazi z każdego zdania. I w sumie nic w tym złego – pragnienie jak pragnienie, tylko dlaczego nie zostało wypowiedziane wprost? Niech ktoś mnie zauważy, niech ktoś mnie wysłucha – to chyba najpowszechniejszy głód naszych czasów. Gdyby autor opowiedział właśnie o tym, mógłby trafić do wielu serc (oczywiście musiałby jeszcze najpierw nauczyć się pisać, ale to jest do zrobienia). Zamiast tego woli udawać, mydlić oczy, ślizgać się po płyciźnie i nawet nie ukrywa, że odbiorców ma za kompletnych idiotów, którzy nie wiedzą, kim był Sokrates, a ich jedynym źródłem wiedzy jest wuj Google. A może rzeczywiście tak jest? Może faktycznie takich odbiorców jest wielu i autor wie co robi, odkrywając przed nimi Amerykę odkrytą już po wielokroć i po wielokroć (tylko lepiej) opisaną? Mówisz, że to cynizm. A może naiwność? Może on naprawdę myśli, że posiadł mądrość niezmierzoną, tak jak myśli człowiek w wieku lat nastu, gdy wydaje mu się, że wyważa drzwi, bo nie wie, że te drzwi od lat są szeroko otwarte? Czasem to pisanie Michała Węgrzyńskiego wygląda jak popis ignorancji, czasem jak zwyczajna impertynencja.

Ciernik: A czasem jak prostacki lans. Żyjemy w epoce kultu sprzedaży, który idzie w parze z kultem młodości. W tym kierunku idzie świat. Co ciekawe, największy nacisk jest właśnie na młodych ludzi, ale też oni sprzedają się najlepiej. Czy to od strony seksualnej, płciowej, czy jakiejkolwiek innej. Starsi, szczególnie starsze kobiety, wypadają z tego albo poddają się szaleńczej pogoni za uciekającą młodością. Właśnie po to, żeby utrzymać opakowanie w stanie wiecznie młodym, podtrzymać wrażenie. Bo do wnętrza i tak nikt nie zagląda. Autor to tylko potwierdza, pisząc: „Wystarczy spojrzeć na osoby po 30 roku życia i starsze. Jest im niewątpliwie trudno przyjąć do wiadomości, że coś może być inne niż początkowo myśleli. Mało jest ludzi, którzy faktycznie się zastanowią lub chociaż spróbują przez chwilę pomyśleć nad jakimś tematem. Jest to zbyt wymagające i trudne do przebicia przez mury schematów zakorzenionych w ich umysłach”.

Pokrzywnica: No tak. Ciekawe, ile lat ma Michał Węgrzyński, samozwańczy specjalista od umysłów. Bo o tym, że hasło Nie wierz nikomu powyżej 30-tki było jednym ze sztandarowych haseł rewolucji  hippisowskiej w końcówce lat 60. ubiegłego wieku, jakoś nie wspomina. Nie wie? Czy też nie uznał za stosowne przyznać, że przed nim istnieli inni „odrzucający zasady”? Ignorancja czy impertynencja? I tak jest ciągle w tej książce – cudze myśli, które dawno już się sprawdziły (albo nie) i przeminęły, autor podaje jako swoje własne epokowe odkrycia. A żeby było śmieszniej, sam co i rusz prezentuje własne „mury schematów zakorzenione w umyśle” (czyżby był po 30-tce?) jak choćby tu: „Z mojego punktu widzenia, często osoby starsze są zwykle po prostu bardziej strachliwe i bogobojne nie z wyboru, lecz z ukształtowania przez jeszcze dalsze pokolenie”. Czymże jest niepoparte niczym twierdzenie, że starzy ludzie są strachliwi i bogobojni, jeśli nie zwyczajnym stereotypem? Z iloma staruszkami autor rozmawiał? Ilu historii wysłuchał? Jakie ma dowody na swoje twierdzenie o ich „bogobojności i strachliwości”? Ci hippisi, którzy kiedyś mówili: Nie wierz nikomu po 30-tce, mają obecnie 60-70 lat. Mogliby powiedzieć wiele ciekawych rzeczy o odrzucaniu zasad. Ale to autora nie interesuje. Autora nie interesuje w ogóle nic, poza nim samym. I dlatego siebie samego kreuje na wyrocznię, bowiem na niczym innym, poza własnym ja się nie zna.

Ciernik: Być może to jakiś rodzaj gorliwości neofity (z tym kojarzy mi się ta wyczuwalna wyższość, jaka bije z jego słów) kogoś, kto zaczął poznawać świat przefiltrowany przez mądrość innych ludzi (bo neofita przecież nigdy nie naucza, on ewangelizuje, używając cudzych treści, słów mistrzów). Fajnie, że coś go poruszyło. Niefajnie, że wciska to innym w takim sposób.

Pokrzywnica: O ile samo marzenie: Chcę być autorytetem wydaje mi się w porządku, o tyle próby jego spełniania psim swędem i na skróty zupełnie mi się nie podobają. Trącą niechęcią do ciężkiej pracy: nie zapoznam się z tym, co wymyślili inni przede mną, nie poszukam nowych, nieprzetartych jeszcze ścieżek, nie pozbieram doświadczeń, tylko już, teraz, dziś, będę głosił, choćby to były bzdury. Będę pisał i wydawał, chociaż nie umiem budować poprawnych zdań i nie znam znaczenia słów, których używam. Będę nauczał i pouczał, bo jajajaja (znów ta choroba drobiu!) zajrzałem do wyszukiwarki i przeczytałem pięć poradników, a zatem już wiem, jak żyć i zaraz was oświecę. A pomysł przecież wcale nie taki z gruntu zły, tylko żeby powstało coś wartościowego, potrzeba pracy, troski i czasu.

A może wcale nie? W końcu teraz wszystko robi się szybko i po łebkach, to może pseudomądrość w proszku i poradnik bez sensu też jest OK?

Ciernik: Wiesz co? A może my przesadzamy, traktując poważnie tego malutkiego (raptem niecałe  50 stron) e-booka? Może oczekujemy nie wiadomo jakiego makijażu, podczas gdy autor jest taką dorastającą dziewczyną, która pierwszy raz dostała do ręki szminkę?

niedziela, 27 lipca 2014

Piękna bestia

Zwierzęce zabawy literackie: Piękna bestia

Stwórz własną bestię: groźną i demoniczną, ale zarazem piękną i fascynującą. Pokaż ją w działaniu.

Limit znaków: 7000. Jeśli chcesz, możesz przysłać nam swój tekst o pięknej bestii – jeśli nam się spodoba, opublikujemy go w dziale Zwierzęce zabawy literackie.

pokrzywnica(małpisko)leniwiecliteracki.pl

piątek, 18 lipca 2014

Niedźwiedź Baribal poluje na sekrety Ciernika i Pokrzywnicy

Baribal: Witajcie, Cierniku i Pokrzywnico. W imieniu moim, niedźwiedzim, jak i wszystkich zwierząt z literackiej dżungli, życzę Wam wszystkiego najlepszego z okazji pierwszej rocznicy istnienia Leniwca!

Pokrzywnica: Dziękujemy! Rozgość się, Baribalu!

Baribal: Nie przybyłem tu jednak tylko po to, by składać życzenia. Bez owijania w związki frazeologiczne: interesuje mnie wszystko to, co czytelnicy Leniwca chcieliby wiedzieć, ale wstydzili się zapytać.

Ciernik: Nie, no co Wy! Nie wstydźcie się!

Baribal: Zazwyczaj pierwsze pytanie w wywiadzie dotyczy przeszłości, początków, źródeł. Ja jednak chcę porządek odwrócić i spytać o przyszłość. Jakie plany ma Leniwiec na nadchodzące miesiące i lata? Macie już rozpisany projekt podboju świata czy raczej chwytacie dzień z epikurejską radością?

Ciernik: Ja chwytam dzień, tak jak rozwielitki w moim stawie. Od planów jest Pokrzywnica. Ona ma ich z osiemdziesiąt na każdą okazję.

Pokrzywnica: Z epikurejską radością podbijamy… e, nie. Z epikurejską radością dajemy się podbijać. I potem się zastanawiamy, czy czujemy się dostatecznie podbici, czy jeszcze nie.

Baribal: Jasne. Ktoś planuje podbój świata, by oglądać rozwielitki mógł ktoś. A jak wyglądają zwyczaje łowieckie w Waszym zakątku dżungli? Czaicie się jak Eskimos nad przeręblem, czy może aktywnie szukacie swych zdobyczy?

Ciernik: Polowania wyglądają podobnie jak próby podboju świata. Czasami ofiara nawinie się sama, czasami musimy się nieźle nachodzić, czaić się cierpliwie całymi dniami, a i tak nie zawsze uda się złowić coś odpowiednio kalorycznego.

Pokrzywnica: Każdy łowca ma swoje sposoby. Ja rzucam się na to, co wyda mi się z jakiegoś powodu interesujące. A te powody są przeróżne: czasem zachęci mnie opis w księgarni (nie powinien być zbyt gładki i sztampowy, musi w nim być coś oryginalnego) czasem opinie na Lubimy Czytać (lubię, kiedy są sprzeczne, jeżeli jednemu odbiorcy książka się podoba, a innemu zupełnie nie, to nabieram ochoty, żeby sprawdzić i wyrobić sobie własne zdanie). Niekiedy zaintryguje mnie udostępniony darmowy fragment, a kiedy indziej znam już jakieś utwory danego autora i jestem ciekawa, co tym razem wymyślił. Z tego powodu lubię też antologie – jeżeli ktoś zamieścił opowiadanie w antologii i ono mi się podobało, to są duże szanse, że zaryzykuję kupno jego książki. Jestem pamiętliwa. Nazwiska tych autorów, którzy zrobili na mnie wrażenie, zostają mi w głowie na długo.

Ciernik: Tak. Opisy książek to ważna sprawa. Ja jeszcze zwracam uwagę na tematykę, musi mi być jakoś bliska, albo na odwrót – totalnie mi obca. Z tym, że w drugim przypadku Pokrzywnica nie zawsze chce się zgodzić na konsumpcję takiej zdobyczy. Może to i dobrze, bo nigdy nie wiadomo, czy z takich lektur wynieślibyśmy coś pozytywnego, a przecież czas nie jest z gumy.

Baribal: Cenicie sobie różnorodność i swobodę. Dietę, jak zauważyłem, też macie różnorodną. E-booki, antologie, self-publishing...

Ciernik: Pewnego razu upolowaliśmy nawet słuchowisko!

Baribal: A czy są jakieś kąski, po które sięgacie z największą przyjemnością? Jeśli tak, to co Wam w nich najbardziej smakuje?

Ciernik: Mój dziadek zwykł mawiać niezbyt ładnie: w dużej ilości nawet czekolada może zbrzydnąć, a co dopiero (i tutaj wstawiał nieładne słowo, ale każdy chyba może użyć własnego zamiennika). I chyba mnie też zaszczepił to podejście, ponieważ mnie najbardziej cieszy płodozmian. Ale zauważyłem jedną rzecz: ciągnie mnie do fantastyki. Jakoś podejrzanie często szukam w tych rejonach. Jednak z przykrością muszę przyznać, ze w większości przypadków czuję się rozczarowany fantastycznymi pozycjami, które upolujemy. I wtedy zwykłem pytać sam siebie: dlaczego mnie do tego ciągnie? Czy to nie jest tylko tęsknota za czasami młodości, gdy fantastyki czytało się dużo? Wydaje mi się, że tak. Na szczęście Pokrzywnica proponuje bardzo urozmaiconą dietę.

Pokrzywnica: Mamy dział Smakowite Kąski i tam umieszczamy na liście te książki, które nam się najbardziej podobały. Zauważyliśmy jedną prawidłowość: jeżeli autor pisze o tym, co mu naprawdę leży na wątrobie, tkwi cierniem w sercu, drąży mózg i wypełnia życie, to pisze dobrze. Oczywiście musi mieć odwagę, bo to musi być pisanie uczciwe. I musi mieć chociaż jakieś podstawy warsztatu, dysponować środkami, żeby to przekazać. Ale wtedy, obojętnie czy to jest tradycyjnie wydana książka, czy dzieło selfpublishera – jest to ciekawe, coś zostawia nam, odbiorcom – w umyśle, w sercu. To jest grunt: pisać o tym, co danego autora naprawdę porusza do kości. My na to mówimy: pisanie flakami.

Ciernik: Tak. Pisanie o pasji, pisanie o tym, co boli lub cieszy, pisanie które zbliża do jakiejś prawdy o człowieku, takie, w którym czytelnik może zobaczyć sam siebie – to nas kręci. Natomiast nie kręcą nas zręcznie napisane fabułki. To stanowczo za mało. Podejrzewam, że przeciętnemu czytelnikowi to może wystarczyć, ale jeśli ktoś prowadzi bloga o książkach, to same fabułki szybko się nudzą.

Pokrzywnica: Ta „fabułkowatość” może być zresztą źródłem Twego, Cierniku, rozczarowania fantastyką. Bo prawdziwa fantastyka też musi kryć w sobie tę prawdę o człowieku, inaczej staje się czystą rozrywką – bawi, ale nie porusza, nie skłania do refleksji. Zabawa jest, owszem, fajna, ale najlepiej, jeśli oprócz zabawy jest jeszcze coś.

Ciernik: Oczywiście, że tak. Ale w ramach SP na prawdziwą, dobrą fantastykę bardzo trudno trafić. Najwięcej jest dzieł pisanych przez młodych, niezbyt oczytanych ludzi, którzy nie mają zbyt wiele do powiedzenia, a jeśli mówią, to za pomocą filmowych obrazów, klisz i skrótów.

Baribal: Mam nadzieję, że w swoich przyszłych łowach napotkacie jak najwięcej takich smakowitych flaczków. Z tego, co miałem okazję u Was czytać, różnie jednak z poziomem bywa. Przejdźmy jednak do aktu konsumpcji, gdyż każdy Wasz posiłek nie jest jedynie daniem, ale wręcz ucztą, z całą socjologiczną otoczką. Dzielicie się upolowaną zdobyczą i uzupełniacie dyskusją miedzy sobą. Z czego narodziła się taka idea literackiego spożycia?

Ciernik: Narodziła się z naszych rozmów. My często tak ze sobą rozmawiamy na różne tematy. Pewnego dnia zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego ludzie już nie rozmawiają o książkach, dlaczego te rozmowy zostały sprowadzone do wymiany suchych informacji: podobało się, fajne, słabe… Dlaczego ludzie boją się mówić o tym, co im dana książka zrobiła, jaką strunę w nich poruszyła? Poczuliśmy, że my chcemy tak rozmawiać, że się nie wstydzimy, i że w tym tkwi nasza siła.

Pokrzywnica: Dodam jeszcze jedno: my się bardzo od siebie różnimy. Mamy odmienne poglądy właściwie na wszystko. Odmienne przemyślenia, inne temperamenty, inne doświadczenia. Właściwie jesteśmy parą przeciwieństw (od płci zaczynając, a na indywidualnych upodobaniach kończąc). Zgadzamy się właściwie tylko w jednym: że różnorodność jest dobra, że dyskusja, dzielenie się obserwacjami z różnych punktów widzenia – to jest wartość. Jest w tym życie, energia, rozwój i wiedza. I to jedno podobieństwo wystarcza, żeby chciało nam się rozmawiać, czytać to samo i zastanawiać się: Ciekawe, co też mój blogowy partner o tym sądzi?

Baribal: Czyli można powiedzieć, ze forma wyrosła organicznie z wymiany opinii na temat czytanych tekstów, literatury w ogólności. Swoją drogą, ja tak wyraźnie tych przeciwieństw w Waszych konsumpcyjnych dialogach nie widzę. Być może to właśnie przez tę magiczną moc rozmowy, która sprawia, że różnice między ludźmi się zacierają. Odmienne opinie jednak rzeczywiście się zdarzały. Czy macie w pamięci taki przypadek, gdy Wasze zdania na temat jednego tekstu były diametralnie różne?

Ciernik: Był jeden taki tekst. Mnie się podobał bardzo, Pokrzywnicę odrzucał. Nie znaleźliśmy  płaszczyzny porozumienia. Dyskusja nie została opublikowana.

Pokrzywnica: Nie została opublikowana, ale nie ze względu na różnicę zdań, bo to akurat było rewelacyjne – wyszedł nam naprawdę wspaniały, ognisty spór. Nie opublikowaliśmy jej z innych względów, pozaliterackich.

Ciernik: A tak przy okazji: pamiętasz, jak się ta książka nazywała? Bo w sumie możemy ją polecić. Może kogoś zainteresuje, to kawał dobrej lektury.

Pokrzywnica: No, nie wiem, czy ja bym ją chciała polecać. Ale niech będzie: podam tytuł i nic więcej nie powiem. Nabieram wody w dziób. To było „Pod prąd” Krzysztofa Jaworskiego.

Baribal: To dopiero zachęta dla czytelników! Rozmowy o tekstach i ogólnie wydobywanie ich z morza wydawniczych bytów jest bez wątpienia Waszym głównym celem. Pamiętajmy jednak, że oprócz łowów i pracy, ważna jest też zabawa.

Na blogu prowadzicie, oprócz dyskusji, także zabawy literackie, drobne okazje do ćwiczenia warsztatu, lub po prostu rozwinięcia pewnego pomysłu. Jak się narodziła ta idea?

Pokrzywnica: Szczerze? Chcieliśmy mieć trochę oddechu. Dla siebie, dla czytelników. Od czasu do czasu coś innego. Wiesz, różnorodność...

Ciernik: A kto wie, być może ze Zwierzęcych Zabaw powstanie kiedyś coś więcej. Myślimy o tym.

Baribal: Droga Pokrzywnico, poruszyłaś tu ważką kwestię, która mnie zainteresowała: ile czasu zajmuje Wam przygotowanie nowego wpisu? Lektura, dyskusja, przygotowanie materiału do posłania w świat?

Ciernik: Z oczywistych względów lektura zajmuje najwięcej. W natłoku spraw i zainteresowań nie zawsze łatwo znaleźć na nią czas. Sama dyskusja trwa krótko, tak jak i późniejsza obróbka tekstu. Jeśli wszystko idzie zgodnie z planem, zamykamy się w tydzień.

Dodam, że przy niektórych pozycjach sporo czasu zajmuje mi wyłuskanie tego, co we mnie one poruszyły. Czuję, na przykład, że książka czegoś ważnego dotknęła, ale nie do końca wiem czego i z jakiego powodu. Wtedy taki tekst trochę błądzi po moich zwojach mózgowych, aż w końcu nastąpi odpowiedni błysk: AHA!

Pokrzywnica: Najtrudniej bywa z e-bookami selfpublishingowymi, bo tam czasem jest tyle błędów, że trudno przez nie przebrnąć. Dlatego wciąż dopominam się o redakcję i korektę, bo na tym selfpublisherzy często oszczędzają, a błędy bardzo przeszkadzają w czytaniu. Naprawdę bardzo. Do dyskusji siadamy, kiedy oboje czujemy się gotowi, czyli mamy jakieś przemyślenia i wyrobione zdanie o książce, ale zdarza się, że dyskusja się rozwija i rozwija, i potem musimy ciąć, bo zrobiłby się kilometrowy wpis.

Baribal: Wynika z tego, że czasem i ofiara potrafi się przyczaić i dziabnąć triumfującego, zdawałoby się, drapieżnika! I nie mam tu na myśli stawania w gardle wywołanego niedoborami redakcji i korekty. Chodzi raczej o ukryty w tekście pazur, który potrafi drasnąć w najmniej spodziewanym momencie.

Ciernik: Bywa, że książka zaskakuje. Na początku wydaje się, że nic specjalnego w niej nie ma, ale w dyskusji rozmówca zaczyna przed nami odsłaniać jakieś zupełnie nieznane krajobrazy, szczegóły, których nie zauważyliśmy i… mamy wtedy ochotę przeczytać jeszcze raz, na nowo.

A czasami lektura pozwala na fajne dryfy w inne tematy, wtedy dyskusje bywają naprawdę dziwne i potem mamy twardy orzech do zgryzienia, jak je przyciąć i co zostawić.

Dlatego namawiamy wszystkich, żeby dyskutowali, zamiast kisić się w swoich wygodnych światopoglądowych i intelektualnych beczkach! Książki są po to, żeby o nich rozmawiać!

Baribal: To prawda. Rozmowa wyciska z tekstu więcej niż sama lektura.

A ja chciałbym wyciągnąć z Was jeden sekret: dlaczego jesteście właśnie Ciernikiem i Pokrzywnicą? Skąd właśnie te zwierzęta jako Wasze awatary? Swoje zwyczaje i cechy ładnie opisujecie na stronie, ale ja chciałbym poznać ducha, który stał za takim wyborem.

Pokrzywnica: Cóż, z charakteru naprawdę przypominam tego ptaszka. Szperam, buszuję w wysokiej trawie, lubię smakowitą, soczystą literaturę. Ale larwą też nie gardzę. Nigdy nie wiadomo, co z niej wyrośnie. Przecież nawet najpiękniejszy motyl był kiedyś niepozorną poczwarką!

Ciernik: A ja nie powiem!

Baribal: Jaki obraz tekstów wydawanych własnym sumptem maluje się przed Waszymi oczyma na podstawie doświadczeń? Czy jest to światek piszących flakami, którym zabrakło dobrej opieki redakcyjnej, czy może większość stanowi klisza? A może jest jeszcze zupełnie inaczej?

Pokrzywnica: Często słyszy się powtarzane bezrefleksyjnie: selfpublishing to nic dobrego. Chcieliśmy się przekonać, czy to prawda. I okazuje się, że to nie jest do końca prawda. Bywają, owszem, zdobycze niejadalne. Ale od czasu do czasu trafiają się naprawdę niezłe książki wydane w ten sposób. Nie warto ufać bezkrytycznie obiegowym sądom, ale sprawdzać samemu. Problem jednak w tym, że czytanie selfpublishingu to jest jazda po bandzie. Możesz trafić na coś, co nie broni się pod żadnym względem, a możesz kupić pełnowartościową książkę, która w niczym nie ustępuje tym wydanym tradycyjnie. Na przykład „Kosowo” Edyty Niewińskiej – dobrze napisana i dobrze zredagowana współczesna powieść obyczajowa, która naprawdę daje do myślenia. „Mężczyźni bez przyczepności” Marcina Osikowicza – na pozór zbiór anegdotek o jeżdżeniu na motorze dla hobbystów, a tak naprawdę – świetna powieść o byciu mężczyzną w dzisiejszym świecie. Albo Krzysztof Bielecki i jego „Defekt pamięci” – aż trudno w skrócie opowiedzieć, co to za książka, ale robi z mózgiem czytelnika przedziwne rzeczy. Albo rozmaite przedsięwzięcia literackie wydawnictwa (absolutnie nietradycyjnego) Pies Łańcuchowy... To, co można wyszperać poza tradycyjnym obiegiem, bywa naprawdę bardzo różne, niekiedy przerażająco słabe, niekiedy rewelacyjne.

Ciernik: Największą siłą i zarazem największą słabością SP jest jego... zróżnicowanie. Tam jest dosłownie wszystko! Ale z tego powodu przedzieranie się przez te propozycje to istna męczarnia. Są platformy SP na widok których dostaję mdłości. Na przykład znalezienie czegokolwiek sensownego na wydaje.pl to niesamowite szczęście. Przekopanie tych ton gruzu jest cholernie czasochłonne. Ale taka jest idea SP, więc chyba nie da się tego uniknąć.

Pisanie flakami samo w sobie nie jest ani wadą, ani zaletą. Można pisać głową, na zimno, i na pewno takie pozycje również znajdą swoich oddanych fanów. Pewien autor powiedział kiedyś: pisz flakami, poprawiaj głową. Właśnie tego ostatniego brakuje większości pozycji SP. Ale ja nie jestem aż tak drobiazgowy w tej kwestii, mnie te błędy aż tak bardzo nie rażą, jak Pokrzywnicę. Jeśli książka złapie mnie za serce bądź za jaja, nie zwracam uwagi na literówki a nawet babole mi nie przeszkadzają. Najgorzej, kiedy treść jest byle jaka, a do tego mamy jeszcze błędy. I takich pozycji jest niestety większość. Ale też nie oszukujmy się: w książkach wydawanych przez wydawnictwa wcale nie jest dużo lepiej. W epoce ciągłego cięcia kosztów książki wydawnictw mają coraz więcej błędów, oszczędza się na okładkach (jakiś czas temu pewna blogerka zrobiła zestawienie książek z tymi samymi okładkami – robi wrażenie). A treść? No cóż, jak dla mnie, jest tak sobie.

Baribal: W dyskusjach na temat wydawania często pojawiają się bardzo ostre zarzuty wobec SP. Wygląda jednak na to, że problem kryje się bardziej w nadprodukcji tekstów, w ilości stron, znaków i liter, przez które trzeba się przekopać, żeby dotrzeć do czegoś wartościowego.

Ciernik: Tak, problem w ilości. Ale tutaj właśnie zjawiamy się my! Znamy ścieżki w tej dżungli!

Baribal: Być może to kwestia istnienia wydawnictw SP, które zwyczajnie oszukują swoich klientów, może wchodzą w grę inne czynniki ludzkie, ale SP nie ma dobrej prasy.

Ciernik: To dwie różne sprawy. Nie ma czegoś takiego jak wydawnictwa SP. SP to zaledwie platformy wydawnicze. One niczego nie obiecują, więc o oszustwie nie ma mowy. No, chyba że masz na myśli dosyć bandycki procent, jaki pobierają za to, że możesz swój (podkreślam to słowo, bo te platformy biorą to, co im dajesz i w to nie ingerują) produkt wystawić w ich platformie. Zazwyczaj biorą za to 50%.

Drugą sprawą są wydawnictwa w rodzaju POD. Te często obiecują gruszki na wierzbie oraz wymagają od autora sporego wkładu finansowego za to, że wydrukują mu na przykład 300 egzemplarzy książki, po czym go z nimi zostawią.

Baribal: Cóż, życzę Wam zatem udanych polowań, samych świetnych tekstów do omawiania i rosnącego zbioru aktywnych użytkowników.

Ciernik: Dzięki! I dzięki za to, że przyczłapałeś w tak duszny dzień do naszego legowiska!

Baribal: Nawiedzenie Waszego legowiska było dla mnie przyjemnością. Najważniejsze, że spędzając z Wami czas na miłej rozmowie, nie wyświadczyłem Wam niedźwiedziej przysługi.

Pokrzywnica: Dziękujemy. Wpadnij jeszcze kiedyś! Uwielbiam gadać z Niedźwiedziami!