Upolowane: Kuba Wojtaszczyk „Portret trumienny”, papier, e-book
Pokrzywnica: Książka (dostępna zarówno jako e-book, jak i w wersji papierowej) została wydana przez... hmm... jak to właściwie nazwać... Niby selfpublishing to działanie bez wydawcy, a tutaj wydawca (czy może platforma wydawnicza?) jest i nazywa się Simple Publishing.
I co się nieczęsto zdarza w przypadku samodzielnie wydawanych książek, „Portret trumienny” miał kampanię promocyjną. Zainteresowałam się nim, bo zobaczyłam reklamę w czerwcowych „Książkach. Magazynie do czytania”.
Ciernik: To rzeczywiście nowość w światku selfpublishingu. Nie dość, że w ogóle jest kampania, to na dodatek skuteczna (kupiłaś).
Pokrzywnica: Otóż to. Były także wywiady z autorem na różnych portalach, patronaty, spotkania autorskie. Redakcja i korekta także widać, że była (choć drobnych wpadek się nie ustrzegła, ale nie było tego dużo). Selfpublisher, który wypuszcza ewidentnego gniota z mnóstwem błędów, bez żadnej reklamy, raczej z tradycyjnymi wydawnictwami nie powalczy i pozostanie na marginesie. Ale „Portret trumienny” powalczyć może. Nie jest to jakieś objawienie, ale nie odstaje specjalnie poziomem od książek wydawanych tradycyjnie. Tylko że kierowany jest chyba do specyficznego odbiorcy. Chociaż... ja raczej nie jestem adresatką tej prozy, ale w jakiś przedziwny, perwersyjny sposób ona do mnie przemówiła. Sama nie wiem, czy bardziej do ukrytego we mnie masochisty, czy sadysty, ale jakiejś części mnie to się podobało.
Ciernik: We mnie „Portret trumienny” wzbudził uczucia… nijakomieszane. Bo w zasadzie jest to książka o niczym. Nie ma przemiany bohatera, jest za to płytka parada stereotypów: z jednej strony mamy neurotycznego, zakompleksionego geja (Swoją drogą: może jego problemem jest to, że jeszcze nie zrobił coming outu? Wydaje się, że w rodzinie nikt o jego homoseksualizmie nie wie lub wiedzieć nie chce) wstydzącego się swoich korzeni, z drugiej – gromadkę kołtuńskich pijanych polakatolików. Króluje nienawiść lub przynajmniej pogarda i nieufność. Brak tu odkrywczości czy głębi, ale brak też prawdziwego mięsa niczym z filmów Smarzowskiego czy choćby książek wydawanych przez Psa Łańcuchowego. Ale od czasu do czasu zdarza się trafny opis, często krótki, dosadny, czasami zabawny, na przykład: „Dwupiętrowy dom z rozległą piwnicą i takim samym strychem utrzymano w stylu niewystarczających funduszy przełomu 1989/1990 z domieszką późniejszego eklektyzmu materiałów budowlanych”. Książka wciąga, trzyma przy sobie, ale jakoś tak dziwnie, czyta się ją z niechęcią, jakby na granicy decyzji o porzuceniu lektury.
Pokrzywnica: O! To ostatnie Twoje zdanie idealnie ją podsumowuje! Czytałam, zastanawiając się, dlaczego ja to właściwie jeszcze czytam, ale z niejasnych powodów chciałam czytać dalej. Sama nie wiem, czy to masochizm (bo dość paskudne to wszystko jest – i bohater, i jego rodzina, i cała sytuacja), czy sadyzm (niezmiernie się bowiem cieszyłam, że nie jestem Aleksandrem, nie mam takiej rodziny, takich marzeń i takiego życia).
Do kwestii banalności, nijakości i stereotypów autor odnosi się w tym wywiadzie:
Zacytuję fragment:
Piotr Seweryn Rosół: „Dobrze, dobrze, tylko po co mam czytać Twoją powieść? Jest ostentacyjnie nudna. Tam się przecież nic nie dzieje. Banalność codzienności, idiotyzm spraw nieistotnych. Na powierzchni zero atrakcji, zero dramatu (…)”.
Kuba Wojtaszczyk: „Coś Cię jednak w tej książce musiało zaintrygować, jeżeli teraz rozmawiamy (śmiech). A tak na poważnie to wydaje mi się, że siła „Portretu...” tkwi w tej banalności dnia codziennego, którą tak naprawdę większość z nas zna, ale właśnie dlatego nie dostrzega. Te wszystkie ciotki, ograniczeni rodzice, brat półidiota, ta nieustanna konsumpcja bigosów i małomiasteczkowość to jest takie dobrze oswojone, takie bezpieczne, z delikatną nutką sentymentów. Ale tak naprawdę jest epicentrum wszelkiej nietolerancji, której nie akceptujemy, a nic z tym zrobić nie możemy. Bo jak walczyć z najbliższą rodziną? Odciąć się od wszystkich?”.
Natomiast co do przemiany bohatera: a końcówka? Nie będziemy tu spojlerować, ale czy nie sądzisz, że to, co się w końcówce dzieje, jest właśnie psychiczną przemianą Aleksandra?
Ciernik: Nie jestem przekonany. Wydaje mi się, że to nie był jego pierwszy raz.
Pokrzywnica: A nie zaskoczyły Cię jego decyzje? Mnie tak. Przez cały czas wydawało się, że jego sympatie i antypatie są jasno określone, że te decyzje, kiedy już dojdzie do finału, będą oczywiste i przewidywalne. A jednak nie. Coś się zmieniło. Coś się... przelało.
Ciernik: No tak, masz rację, to mnie na początku zaskoczyło. Wydało się nawet trochę nieprawdopodobne. W tym sensie rzeczywiście nastąpiła przemiana.
Pokrzywnica: Miałam z tą książką zabawny problem. Zdarzają się przepiękne zdania, na przykład: „Ja tu myślu-myślu, tymczasem pociągowy steward, ten sam, który na dworcu frywolnie klepnął konduktorkę w pupę, wyciąga do mnie dłoń głodną biletu, a w drugiej trzyma kasownik i nerwowo stempluje powietrze, pewnie z przyzwyczajenia”. Ale są też takie, przy których zastanawiałam się, czy to wina korekty, czy celowy zabieg. Co to, na przykład, za dziwoląg: „Kolej ma swoją długoletnią tradycję w byciu przekaźnikiem zgonów”? Ani to śmieszne, ani intrygujące, po prostu zwyczajny składniowy koślawiec. Albo to: „Ubrałem przygotowane poprzedniego dnia dżinsy” czy to: „Zapapranie juchą szorowanych kafelek”. To są ewidentne błędy, ale kto je popełnił – korekta czy bohater? Myślisz, że są celowe? Że to wychodzi z Aleksandra wiejskie pochodzenie?
Ciernik: Nie wiem, ale wydaje mi się, że to jednak niedopatrzenie korekty. Ja miałem trochę inny śmieszny problem. Jak odbierasz klimat tej powieści?
Pokrzywnica: Dziwna rzecz. To wszystko dzieje się latem. Jest kilka wzmianek o panującym upale. A ja i tak przez cały czas widziałam wczesną wiosnę. Koniec marca czy początek kwietnia, kiedy śnieg topnieje i śmieci wyłażą bezwstydnie na wierzch, a jest jeszcze za wcześnie, żeby ukryła je zieleń. Ta atmosfera brudnej, pełnej nieokreślonego napięcia, pochmurnej wiosny była tak silna, że nie dałam rady uwierzyć w lato i upał.
Ciernik: Właśnie! Ja też! Wychodzi na to, że klimatu nie da się stworzyć przez proste: było gorąco. On powstaje gdzie indziej i czytelnik go odbiera, czasem nawet wbrew podawanym wprost przez autora informacjom.
Pokrzywnica: Ale wiesz… To też ma sens. To jest przecież w dużym stopniu opowieść o zakłamaniu. Co innego na języku, co innego w sercu. Inna pogoda, inna pora roku panuje naprawdę, a inną sobie wmawiamy… Przecież o to, między innymi, w „Portrecie trumiennym” chodzi!
niedziela, 16 listopada 2014
wtorek, 11 listopada 2014
Tomasz Borkowski „Irlandia Jones poszukiwany”
Upolowane: Tomasz Borkowski „Irlandia Jones poszukiwany”, e-book
Pokrzywnica: Tak naprawdę, książka nazywa się: „Irlandia Jones poszukiwany, czyli wynurzenia ciała z bagien”. I jest fajna.
Ciernik: Polak za granicą kojarzy się głównie z polskim hydraulikiem. „Irlandia Jones” opowiada natomiast o przygodach tego niewielkiego procenta naszych krajanów, który nie uciekł za chlebem na zmywak, ale wyjechał pracować w zawodzie. Mamy więc zbiór opowiadań, reportaży i esejów dotyczących historii Irlandii widzianej oczami polskiego archeologa na... wykopkach. Smakowało?
Pokrzywnica: Smakowało. Zdecydowanie!
Znam kilku archeologów. Mają podobne poczucie humoru jak autor. Podejrzewam, że rozbicie marzeń o wielkich odkryciach o kant łopaty powoduje uaktywnienie jakiegoś tajemniczego ośrodka w mózgu i to właśnie sprawia, że zwykły człowiek staje się archeologiem. Bo archeologia to długie i nudne godziny ciężkiej, brudnej, fizycznej pracy. I jak tu zachować romantyczną nadzieję na odkrycie skarbu? Oni potrafią! Ten ośrodek w mózgu i to specyficzne poczucie humoru pewnie do tego właśnie służą – żeby kopać i kopać, i nie stracić przy tym cierpliwości. Oraz rozumu.
Narrator jest niesłychanie sympatyczny i świetnie się patrzy jego oczami. „Irlandia Jones” przypomina mi trochę cykl Petera Mayle'a o Prowansji oglądanej okiem Anglika. Ale przyznam, że polski archeologiczny rzut oka na Irlandię podoba mi się bardziej. Zarówno tam, gdzie jest bardzo śmiesznie, jak i tam, gdzie jest poważniej i mądrzej. A czasem jest i tak, i tak jednocześnie (choćby legenda o świętym Kevinie i pisklętach kosa). Ciekawe, czy to Irlandia (czyżby „słynne irlandzkie poczucie humoru” opisane w jednym z rozdziałów?) czy osobowość autora sprawiła, że jest tak ciekawie i tak zabawnie.
Ciernik: Myślę, że to efekt promieniowania osobowości autora. To nie jest prosty pracownik budowlany, który po powrocie z pracy ma wszystkiego kompletnie dość i marzy tylko o tym, żeby zalec przed telewizorem z guinnessem w ręku. To jest facet ciekawy kawałka świata, w którym wylądował, jego historii, kultury. Być może dzięki tej ciekawości przesiąknął również irlandzkim zdystansowanym podejściem do siebie, ale pewnie częściowo miał ten dystans w sobie już wcześniej.
Pokrzywnica: Rzeczywiście, świadczyć o tym mogą dygresje, wspomnienia wcześniejszych spotkań bohatera z cudzoziemcami. Przy niektórych popłakałam się ze śmiechu. Na przykład to:
„Dzyń dobry – powiedział przyjaźnie Holender.
Był wysportowanym, młodym człowiekiem, a jego obszarpany plecak wyglądał na bywalca wielu krajów.
– Dzyń dobry – odparłem grzecznie.
Myślałem, że na tym skończy się jego znajomość polskiego, ale ku mojemu zdumieniu, potomek budowniczych polderów, ciągnął dalej:
– Łagodna pagoda, nieprawdaż?
– W rzeczy samej – odparłem uprzejmie, poddając się bezwiednie jego stylowi.
– Czy pan szykowny do Wroclawiu udaje także – i po długim namyśle – się?
Musiał się uczyć języka ze strasznie starych rozmówek.
– Jak najbardziej.
– Kupiłem bileta sobie – oznajmił z dumą i pokazał mi kartonik.
– Serdecznie gratuluję. Świetnie pan mówi po polsku.
Pokraśniał cały.
– Pięćset lat nauczania! – powiedział z dumą. – Całodziennie po gadzinie! Każdy dzień.
Pokręciłem głową z podziwem.
– Pięć lat! – tym razem mu wyszło. – Bardzo ciekawski język.
– To prawda.
– Ale jaka miłość tak sobie obecnie pogaworzyć!”
Jaka miłość przeczytać taki dialog! Ale bardzo podobały mi się także nagłe odjazdy autora w fantazję. Dziewczynka w windzie? Pstryk! Coś odpala i z niczego powstaje historia niesamowita. Albo wędrówka ludów indoeuropejskich przedstawiona jako wycieczka autobusem... No i Newgrange – dzięki autorowi przeżywamy podróż nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie.
Ciernik: Albo dorabianie sobie w pizzerii i „szpiegowanie” konkurencji! Bardzo podziwiam umiejętność przedstawienia codziennych i normalnych sytuacji w sposób odmienny i niesamowity, taki, na jaki sam bym nie wpadł. Nie trzeba być autorem fantastyki, żeby pisać w pewnym sensie fantastycznie.
Największe wrażenie zrobił jednak na mnie rozdział poświęcony Travellersom.
„Travellers, mimo całej politycznej poprawności, prób zrozumienia i zaakceptowania innej kultury i sposobu życia, stanowią w Irlandii problem. Problem nieco inny niż Cyganie na Kontynencie. Bo Cyganie są obcy, a Travellers – swoi. Ale jednocześnie obcy. Cyganie różnią się nie tylko trybem życia od przeciętnego Polaka czy Czecha. Inaczej wyglądają, inaczej się ubierają, mają inne imiona i nazwiska. Tymczasem Traveller to Irlandczyk. John O’Neil, blondyn lub rudy, niebieskooki, który nigdzie legalnie nie pracuje, mieszka w przyczepie pod wiaduktem, załatwia się w krzakach, ma osiemnaścioro dzieci z daleką kuzynką i nie posyła ich do szkoły. I, co gorsza, on nie widzi w tym nic złego. On chce to ciągnąć”.
Głębokie socjologiczne spojrzenie, porównanie do Romów i wywrócenie do góry nogami tej niby oczywistej dychotomii my-oni. Perełka. Aż sam zacząłem się zastanawiać, dla kogo jestem swój i jednocześnie obcy. A jeszcze ciekawsze było zadanie sobie pytania: kto dla mnie jest takim swoim obcym?
Pokrzywnica: A ja zwróciłam uwagę na pewien szczegół. Bo tutaj dobrze widać, jak wiele on znaczy. Początki. Niewielu autorów umie pisać dobre początki. W tej książce sporo rozdziałów zaczyna się po prostu rewelacyjnie:
„Jest takie miejsce, w hrabstwie Clare, gdzie magia styka się z rzeczywistością. Dokładniej magia kina. Przy wąskiej dróżce jest murek i biały żeliwny płotek, za nimi rozpościera się obszerny trawnik, a w głębi stoi znajomy, szary dom. Znajome drzwi prowadzą do znajomego holu ze znajomym zegarem. Na lewo jest salon z kominkiem, potwornymi tapetami i kanapą z narzutką przedstawiającą Jezusa. Pod ścianą stoi wysłużony fotel. Dom znajduje się na wyspie Craggy Island, której nie ma na mapach”.
Po takim początku jesteś już na smyczy i dasz się poprowadzić wszędzie. I tego nie da się niczym zastąpić – nie pomogą żadne opisy ani popisy. To trzeba po prostu czuć. Albo umieć. Albo jedno i drugie.
Dla równowagi dodam jednak, że coś mi się nie podobało. Tytuł. Coś z nim jest nie tak. Niby pasuje, niby zabawny, ale mam wrażenie, że zapowiada książkę dużo słabszą i głupszą, niż ona rzeczywiście jest.
Ciernik: Oj, tak. Większość rozdziałów też jest słabo zatytułowana. Widocznie tu ma autor swój słaby punkt.
Pokrzywnica: Ja „Irlandię Jonesa” kupiłam ze względu na nazwisko. Pamiętasz „Tea-booka. Prozę” i opowiadanie „Atlas” Tomasza Borkowskiego? Pomyślałam, że a nuż to ten sam, a opowiadanie było w porządku. Gdybym jednak tego nazwiska nie znała, to tytuł raczej by mnie odstraszył. Spodziewałabym się młodocianych „wyluzowanych” wypocin z pretensjami. A to jest książka, owszem, bardzo zabawna (zwłaszcza, jeśli ktoś lubi dowcip językowy) ale także inteligentna i pełna ciekawych informacji.
Ciernik: No, cóż. Dobre tytuły to część tej sztuki, pewnie równie ważna jak dobre początki, ale z drugiej strony: lepsza mocna treść pod słabym tytułem, niż cienka wydmuszka, której tytuł obiecuje niezapomniane przeżycia, a okazuje się, że to gruszki na wierzbie. Takie lektury też nam się zdarzały, prawda?
Pokrzywnica: Tak naprawdę, książka nazywa się: „Irlandia Jones poszukiwany, czyli wynurzenia ciała z bagien”. I jest fajna.
Ciernik: Polak za granicą kojarzy się głównie z polskim hydraulikiem. „Irlandia Jones” opowiada natomiast o przygodach tego niewielkiego procenta naszych krajanów, który nie uciekł za chlebem na zmywak, ale wyjechał pracować w zawodzie. Mamy więc zbiór opowiadań, reportaży i esejów dotyczących historii Irlandii widzianej oczami polskiego archeologa na... wykopkach. Smakowało?
Pokrzywnica: Smakowało. Zdecydowanie!
Znam kilku archeologów. Mają podobne poczucie humoru jak autor. Podejrzewam, że rozbicie marzeń o wielkich odkryciach o kant łopaty powoduje uaktywnienie jakiegoś tajemniczego ośrodka w mózgu i to właśnie sprawia, że zwykły człowiek staje się archeologiem. Bo archeologia to długie i nudne godziny ciężkiej, brudnej, fizycznej pracy. I jak tu zachować romantyczną nadzieję na odkrycie skarbu? Oni potrafią! Ten ośrodek w mózgu i to specyficzne poczucie humoru pewnie do tego właśnie służą – żeby kopać i kopać, i nie stracić przy tym cierpliwości. Oraz rozumu.
Narrator jest niesłychanie sympatyczny i świetnie się patrzy jego oczami. „Irlandia Jones” przypomina mi trochę cykl Petera Mayle'a o Prowansji oglądanej okiem Anglika. Ale przyznam, że polski archeologiczny rzut oka na Irlandię podoba mi się bardziej. Zarówno tam, gdzie jest bardzo śmiesznie, jak i tam, gdzie jest poważniej i mądrzej. A czasem jest i tak, i tak jednocześnie (choćby legenda o świętym Kevinie i pisklętach kosa). Ciekawe, czy to Irlandia (czyżby „słynne irlandzkie poczucie humoru” opisane w jednym z rozdziałów?) czy osobowość autora sprawiła, że jest tak ciekawie i tak zabawnie.
Ciernik: Myślę, że to efekt promieniowania osobowości autora. To nie jest prosty pracownik budowlany, który po powrocie z pracy ma wszystkiego kompletnie dość i marzy tylko o tym, żeby zalec przed telewizorem z guinnessem w ręku. To jest facet ciekawy kawałka świata, w którym wylądował, jego historii, kultury. Być może dzięki tej ciekawości przesiąknął również irlandzkim zdystansowanym podejściem do siebie, ale pewnie częściowo miał ten dystans w sobie już wcześniej.
Pokrzywnica: Rzeczywiście, świadczyć o tym mogą dygresje, wspomnienia wcześniejszych spotkań bohatera z cudzoziemcami. Przy niektórych popłakałam się ze śmiechu. Na przykład to:
„Dzyń dobry – powiedział przyjaźnie Holender.
Był wysportowanym, młodym człowiekiem, a jego obszarpany plecak wyglądał na bywalca wielu krajów.
– Dzyń dobry – odparłem grzecznie.
Myślałem, że na tym skończy się jego znajomość polskiego, ale ku mojemu zdumieniu, potomek budowniczych polderów, ciągnął dalej:
– Łagodna pagoda, nieprawdaż?
– W rzeczy samej – odparłem uprzejmie, poddając się bezwiednie jego stylowi.
– Czy pan szykowny do Wroclawiu udaje także – i po długim namyśle – się?
Musiał się uczyć języka ze strasznie starych rozmówek.
– Jak najbardziej.
– Kupiłem bileta sobie – oznajmił z dumą i pokazał mi kartonik.
– Serdecznie gratuluję. Świetnie pan mówi po polsku.
Pokraśniał cały.
– Pięćset lat nauczania! – powiedział z dumą. – Całodziennie po gadzinie! Każdy dzień.
Pokręciłem głową z podziwem.
– Pięć lat! – tym razem mu wyszło. – Bardzo ciekawski język.
– To prawda.
– Ale jaka miłość tak sobie obecnie pogaworzyć!”
Jaka miłość przeczytać taki dialog! Ale bardzo podobały mi się także nagłe odjazdy autora w fantazję. Dziewczynka w windzie? Pstryk! Coś odpala i z niczego powstaje historia niesamowita. Albo wędrówka ludów indoeuropejskich przedstawiona jako wycieczka autobusem... No i Newgrange – dzięki autorowi przeżywamy podróż nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie.
Ciernik: Albo dorabianie sobie w pizzerii i „szpiegowanie” konkurencji! Bardzo podziwiam umiejętność przedstawienia codziennych i normalnych sytuacji w sposób odmienny i niesamowity, taki, na jaki sam bym nie wpadł. Nie trzeba być autorem fantastyki, żeby pisać w pewnym sensie fantastycznie.
Największe wrażenie zrobił jednak na mnie rozdział poświęcony Travellersom.
„Travellers, mimo całej politycznej poprawności, prób zrozumienia i zaakceptowania innej kultury i sposobu życia, stanowią w Irlandii problem. Problem nieco inny niż Cyganie na Kontynencie. Bo Cyganie są obcy, a Travellers – swoi. Ale jednocześnie obcy. Cyganie różnią się nie tylko trybem życia od przeciętnego Polaka czy Czecha. Inaczej wyglądają, inaczej się ubierają, mają inne imiona i nazwiska. Tymczasem Traveller to Irlandczyk. John O’Neil, blondyn lub rudy, niebieskooki, który nigdzie legalnie nie pracuje, mieszka w przyczepie pod wiaduktem, załatwia się w krzakach, ma osiemnaścioro dzieci z daleką kuzynką i nie posyła ich do szkoły. I, co gorsza, on nie widzi w tym nic złego. On chce to ciągnąć”.
Głębokie socjologiczne spojrzenie, porównanie do Romów i wywrócenie do góry nogami tej niby oczywistej dychotomii my-oni. Perełka. Aż sam zacząłem się zastanawiać, dla kogo jestem swój i jednocześnie obcy. A jeszcze ciekawsze było zadanie sobie pytania: kto dla mnie jest takim swoim obcym?
Pokrzywnica: A ja zwróciłam uwagę na pewien szczegół. Bo tutaj dobrze widać, jak wiele on znaczy. Początki. Niewielu autorów umie pisać dobre początki. W tej książce sporo rozdziałów zaczyna się po prostu rewelacyjnie:
„Jest takie miejsce, w hrabstwie Clare, gdzie magia styka się z rzeczywistością. Dokładniej magia kina. Przy wąskiej dróżce jest murek i biały żeliwny płotek, za nimi rozpościera się obszerny trawnik, a w głębi stoi znajomy, szary dom. Znajome drzwi prowadzą do znajomego holu ze znajomym zegarem. Na lewo jest salon z kominkiem, potwornymi tapetami i kanapą z narzutką przedstawiającą Jezusa. Pod ścianą stoi wysłużony fotel. Dom znajduje się na wyspie Craggy Island, której nie ma na mapach”.
Po takim początku jesteś już na smyczy i dasz się poprowadzić wszędzie. I tego nie da się niczym zastąpić – nie pomogą żadne opisy ani popisy. To trzeba po prostu czuć. Albo umieć. Albo jedno i drugie.
Dla równowagi dodam jednak, że coś mi się nie podobało. Tytuł. Coś z nim jest nie tak. Niby pasuje, niby zabawny, ale mam wrażenie, że zapowiada książkę dużo słabszą i głupszą, niż ona rzeczywiście jest.
Ciernik: Oj, tak. Większość rozdziałów też jest słabo zatytułowana. Widocznie tu ma autor swój słaby punkt.
Pokrzywnica: Ja „Irlandię Jonesa” kupiłam ze względu na nazwisko. Pamiętasz „Tea-booka. Prozę” i opowiadanie „Atlas” Tomasza Borkowskiego? Pomyślałam, że a nuż to ten sam, a opowiadanie było w porządku. Gdybym jednak tego nazwiska nie znała, to tytuł raczej by mnie odstraszył. Spodziewałabym się młodocianych „wyluzowanych” wypocin z pretensjami. A to jest książka, owszem, bardzo zabawna (zwłaszcza, jeśli ktoś lubi dowcip językowy) ale także inteligentna i pełna ciekawych informacji.
Ciernik: No, cóż. Dobre tytuły to część tej sztuki, pewnie równie ważna jak dobre początki, ale z drugiej strony: lepsza mocna treść pod słabym tytułem, niż cienka wydmuszka, której tytuł obiecuje niezapomniane przeżycia, a okazuje się, że to gruszki na wierzbie. Takie lektury też nam się zdarzały, prawda?
poniedziałek, 3 listopada 2014
Jakub Erbling „Werfrand”
Upolowane: Jakub Erbling „Werfrand”, e-book
Pokrzywnica: Czasem przytrafia się swoisty fenomen: książka taka sobie, która jednak porusza i daje kopa do dyskusji. „Werfrand” to właśnie taki przypadek, nie sądzisz?
Ciernik: Pierwsze skojarzenie, które nie chciało mnie opuścić do końca lektury, to film „Wielkie piękno” w reżyserii Paola Sorrentino. Podobny bohater – starzejący się playboy, który z niejednego pieca chleb wcinał, pracujący w kulturze, inteligentny, czarujący cynizmem i intelektem, rozpamiętujący młodość.
„Werfrand” to książka bardzo filmowa, nie tylko pod względem treści, ale też budowy i klimatu. Film w dzisiejszych czasach jest dominującym medium. Zacząłem się zastanawiać, czy nie jest tak, że przez to książki coraz częściej przypominają swoją budową filmy? Opisy przypominają kadry, dialogi są wręcz żywcem wycięte ze scenariusza, sposób i tempo prowadzenia akcji, cliffhangery, i tak dalej… Czy też może to my, konsumenci kultury obrazu, czytamy książki w taki sposób, że słowa przekładamy w głowie na obrazy i kadry?
Pokrzywnica: Nie widziałam „Wielkiego piękna”, ale zgadzam się, że pewna „filmowość” jest w prowadzeniu akcji widoczna. Tyle, że to uzasadnione i niemal oczywiste, skoro bohaterem jest reżyser. Moim pierwszym skojarzeniem była jednak książka: krótka, lecz treściwa powieść „Higiena mordercy” Amélie Nothomb. Ten sam pomysł, ta sama sytuacja, stary celebryta (u Jakuba Erblinga – reżyser, u Amélie Nothomb – pisarz) kontra młoda dziennikarka, wywiad-rzeka i mroczna tajemnica z przeszłości w tle. Tylko że to, co Nothomb zrobiła dobrze, Erbling zrobił, niestety, źle.
Ciernik: Dlaczego źle?
Pokrzywnica: Na początku myślałam, że chciał po prostu wykreować buca, który zgrywa się na znawcę kobiet, a w rzeczywistości nimi gardzi. Gardzi zresztą ludźmi w ogóle: „...trudno wierzyć w opowieści o wielkich talentach, którym coś stanęło na przeszkodzie. Widocznie nie byli tak dobrzy, jak sądzili. Zabrakło ciężkiej pracy, determinacji, marzeń. Wyznaję teorię, że w świecie jest 200-250 tysięcy osób, które żyją naprawdę. Są twórczy, kreatywni, nie zadowolą się byle czym. Reszta? Tło, bezbarwne tło. Pionki na szachownicy, wypełniające polecenia, dbające o połączenia między prawdziwymi istnieniami”.
Buc, jak żywy! Dopóki nie porównasz go z wykreowanym przez Nothomb Pretextatem Tachem. O, to jest dopiero buc! Jest tak paskudny i obrzydliwy, że myślisz, iż bardziej już nie można, a tu wciąż okazuje się, że można i to jeszcze jak! A dlaczego to się belgijskiej autorce udało? Bo jej buc ma lustro, antagonistkę, a zarazem partnerkę, która pozwala mu się rozwijać ze zdania na zdanie! To jest porządnie zbudowana postać, prawdziwa kobieta, która atakuje, kontratakuje, zaskakuje. To jest rzeczywiście dialog, ba, prawdziwa wojna na słowa! Tymczasem u Erblinga, zamiast porządnej antagonistki, mamy jakąś atrapę, zaledwie cień postaci, dziunię tak głupiutką i tekturową, że nawet buc przy niej nie błyśnie bucowatością. I niestety to samo jest z innymi kobietami w „Werfrandzie”– to są uproszczone, wycięte z papieru sylwetki, a nie prawdziwe postacie, przez co główny bohater (paskudny czy nie) nie może rozwinąć skrzydeł. To wszystko przypomina zabawę dziewczynki urządzającej podwieczorek dla lalek: siedzą sobie nieruchome, plastikowe zabawki dookoła, a bohater w tym kręgu urojonych kobiet bawi się w playboya.
Ciernik: A mnie się ta bucowatość Werfranda podobała. Jego znajomość kobiet jest taka sama, jak umiejętność tworzenia związków. Czyli żadna. Wie jak uwieść, ale nic poza tym. I to rzeczywiście występuje często w komplecie z bucowatością. Spotykam takich facetów. Znają triki, sztuczki, ale gdy przyjdzie czas na prawdziwą relację, pojawia się problem i wtedy są kompletnie zagubieni.
Pokrzywnica: Do pewnego momentu myślałam, że tak ma być, że to wciąż jest kreacja bohatera, że Werfrand po porostu tak widzi świat i że ta kreacja postaci do czegoś prowadzi, coś ma z tego wyniknąć. Aż w końcu trafiłam na to zdanie: „On zauważył jej koronkową podwiązkę wieńczącą czarne rajstopy”. I ten błąd, ewidentnie autora, nie bohatera, spowodował, że moje zaufanie do niego rozsypało się w drobny mak. Czasem tak bywa, że prosta pomyłka, którą wychwyciłby pierwszy lepszy redaktor, ma opłakane skutki. W tym przypadku oznacza, że autor nie wie, o czym pisze. Pisze bowiem o kobietach, a nie wie, że podwiązek nie nosi się do rajstop. Podwiązki służą do podtrzymywania pończoch, bo pończochy kończą się w górnej części uda i trzeba je czymś przytrzymać, żeby nie zsuwały się z nóg. Rajstopy kończą się w pasie. Gdyby opisana kobieta miała „podwiązkę wieńczącą (czyli kończącą, por. koniec wieńczy dzieło) rajstopy”, to miałaby ją na wysokości pępka. W dodatku nie wiadomo po co, bo rajstop nie trzeba dodatkowo podtrzymywać. Obecnie pończoch też już zresztą nie, bo teraz używa się samonośnych. Podwiązka, z użytecznego elementu garderoby, stała się jedynie symbolem, gadżetem ślubnym albo erotycznym. Ale w żadnym przypadku nie zakłada się jej do rajstop. Playboy by o tym wiedział. A skoro nie wie, to nie wie nic o kobietach. Trudno się dziwić, że o ich psychice nie ma pojęcia, skoro nawet kobiece ciało jest dla niego tajemnicą. Przestał być wiarygodny. Całkowicie.
Potem mamy jeszcze kolejną wpadkę: „ Słyszałem, że chce się pani czegoś dowiedzieć o Werfrandzie... – Adam uśmiechnął się delikatnie i pocałował ją w rękę”. Akcja toczy się (wnioskując z imion i nazwisk postaci) na bliżej niesprecyzowanym Zachodzie. Tam nie obowiązuje nasz żenujący, sarmacki obyczaj całowania obcych kobiet po rękach, ot tak, dla zasady. U nas też już, na szczęście, zanika. I dobrze, bo to nic przyjemnego – być całowaną przez obcych facetów, bo tak wypada i wszyscy tak robią. Gdyby Adam tak uczynił, to dziennikarka by pomyślała, że zwariował. I miałaby rację.
Są jeszcze inne, typowo językowe błędy – tutaj wystarczyłaby zwyczajna korekta, ale widocznie jej nie było. „...którą sukienkę ubrać?” Ubrać można choinkę, sukienkę się wkłada. Albo można ubrać się w sukienkę. „Awansowali go w drabinie dziobania” – odsyłam do słownika frazeologicznego, hasło: kolejność dziobania. „Targ został dobity”. Nie zawsze można sobie pozwolić na zmianę strony czynnej („dobić targu”) na bierną. Redaktor wytłumaczyłby, dlaczego. I sporo zdań ewidentnie nieprzeczytanych ponownie po poprawkach, na przykład „Co się stało - Karin rozczulił widokiem jego bezradności”.
Ale mimo wszystko, pewną prawdę o życiu, zwłaszcza o relacjach damsko-męskich w dzisiejszym świecie autor, moim zdaniem, uchwycił. Obawiam się jednak, że zrobił to niechcący.
Ciernik: A może wcale nie? Ta kreacja jest przecież konsekwentna. Są tacy ludzie.
Pokrzywnica: Tak, zabawa w podwieczorek dla lalek jest, niestety, prawdziwa. Ale nie wiem, czy w tej książce faktycznie chodziło o to, żeby ją ukazać. Przecież gdyby rzeczywiście chcieć, to można by o tym napisać bardziej wprost, ostrzej, boleśniej.
Ostatnio często natykam się w necie na wpisy mężczyzn o tym, że kobietom chodzi tylko o portfel, że powodzenie kobiety zależy wyłącznie od tego, czy jest ładna, a powodzenie mężczyzny od tego, czy ma pieniądze. I to jest samospełniająca się przepowiednia: chcesz kobiety ślicznej i tylko ślicznej? Tylko takie zauważysz. Posadzisz je wokół siebie jak dziewczynka lalki. I będziesz im nalewał udawaną herbatę z plastikowego czajniczka. A one stuprocentowo potwierdzą twoją wizję świata, bo dla nich rzeczywiście będzie się liczył twój portfel. Nie po to zredukowały się do lalek, żeby nic z tego nie mieć. Muszą dostać pieniądze. A wiesz dlaczego? Bo bycie śliczną kosztuje. Kosmetyki kosztują (obejrzyj sobie kiedyś na YT, jak się robi makijaż, skąd się biorą te śliczne oczka, te gładkie policzki), godziny na siłowni (ten zgrabny brzuszek) kosztują, te koronkowe bluzeczki, w których one tak ponętnie wyglądają, też kosztują. I to wszystko pochłania czas. Masę czasu, więc na dbanie o nic innego (na przykład o mózg) już go nie wystarcza. Zresztą to by była chybiona inwestycja, bo mózg cię przecież nie interesuje. Po co lalce mózg? Zatem kobieta, którą sobie wybierzesz, będzie lalką. I ciebie musi być stać na jej utrzymanie. Coraz więcej ludzi bawi się w taki podwieczorek i myślą, że coś wiedzą o świecie. Tak naprawdę nie wiedzą nawet, jak wygląda podwiązka. To działa w obie strony, bo kobiety tak samo niewiele wiedzą o mężczyznach. Zresztą mężczyźni sami o sobie też nie. Nie mają czasu o tym myśleć, bo zarabiają pieniądze, żeby kupić lalki.
Tymczasem poza pokojem dziecięcym istnieje świat i toczy się życie. Trzeba jednak mieć odwagę, żeby otworzyć drzwi. Buce płci obojga jej nie mają. Wolę już tchórzy, którzy potrafią uczciwie powiedzieć: wiem, że istnieje świat za moimi drzwiami, ale boję się tam pójść, niż nadętych Werfrandów, którzy wygłaszają swoje pseudomądrości o życiu, pozostając do śmierci na poziomie przedszkolaka.
Valeria Lukyanova: „Wszystkie kobiety będą wyglądały JAK JA”
Ciernik: Trafiłem na jeszcze ciekawszą wersję tego, o czym piszesz. Taka historia z życia wzięta: bogaty koleś sponsorował kobiecie, z którą zaczął się spotykać, terapię, żeby mogła poukładać swoje... życie? Popatrz: niby mamy dbanie o mózg, ale czy to również nie jest z jego strony inwestycja? Czy to nie jest układ? Ponaprawiaj sobie głowę za moje pieniądze albo do widzenia. Nawet jeśli to nie zostało wypowiedziane wprost, to przecież o to właśnie chodzi!
Problemem w tym wszystkim jest brak akceptacji, a nawet nieumiejętność zauważenia tej drugiej osoby, przebicia się poza swoje wyobrażenia o tym, jaka ona powinna być. Nie jesteś partnerem, jesteś dodatkiem do mojego świata, meblem, elementem, który w każdej chwili mogę wymienić na inny. Co to za różnica, czy mówimy o drogich kosmetykach i karnetach na siłownię, czy o drogim uczestnictwie w kulturze wysokiej i bilecie do opery? Jak dla mnie – żadna.
Pokrzywnica: Akceptacja, mówisz... Tylko żeby zaakceptować kogokolwiek, musielibyśmy najpierw przyznać, że świat to coś więcej niż różowy pokoik zabaw, a inni ludzie to nie plastikowe figurki, które mają służyć naszej przyjemności. Życie to nie jest udawany podwieczorek. Jeśli jednak jestem bucem (albo panią buc) to tego właśnie przyznać nie potrafię. Jedyne odkrycie, jakiego jestem w stanie dokonać, to: Och, jak to? Za zabawki trzeba płacić? Cóż za niesprawiedliwość! I głoszę z nadętą miną tę swoją rzekomą wiedzę o życiu, siedząc do późnej starości na puchatym dywaniku w pokoiku własnych wyobrażeń i oczekiwań. Samotnie. Bo buc nigdy nie zdobędzie się na odwagę, by otworzyć drzwi.
I taki właśnie jest Werfrand. Słaby bohater, książka irytująca, ale… jest o czym myśleć po lekturze.
Pokrzywnica: Czasem przytrafia się swoisty fenomen: książka taka sobie, która jednak porusza i daje kopa do dyskusji. „Werfrand” to właśnie taki przypadek, nie sądzisz?
Ciernik: Pierwsze skojarzenie, które nie chciało mnie opuścić do końca lektury, to film „Wielkie piękno” w reżyserii Paola Sorrentino. Podobny bohater – starzejący się playboy, który z niejednego pieca chleb wcinał, pracujący w kulturze, inteligentny, czarujący cynizmem i intelektem, rozpamiętujący młodość.
„Werfrand” to książka bardzo filmowa, nie tylko pod względem treści, ale też budowy i klimatu. Film w dzisiejszych czasach jest dominującym medium. Zacząłem się zastanawiać, czy nie jest tak, że przez to książki coraz częściej przypominają swoją budową filmy? Opisy przypominają kadry, dialogi są wręcz żywcem wycięte ze scenariusza, sposób i tempo prowadzenia akcji, cliffhangery, i tak dalej… Czy też może to my, konsumenci kultury obrazu, czytamy książki w taki sposób, że słowa przekładamy w głowie na obrazy i kadry?
Pokrzywnica: Nie widziałam „Wielkiego piękna”, ale zgadzam się, że pewna „filmowość” jest w prowadzeniu akcji widoczna. Tyle, że to uzasadnione i niemal oczywiste, skoro bohaterem jest reżyser. Moim pierwszym skojarzeniem była jednak książka: krótka, lecz treściwa powieść „Higiena mordercy” Amélie Nothomb. Ten sam pomysł, ta sama sytuacja, stary celebryta (u Jakuba Erblinga – reżyser, u Amélie Nothomb – pisarz) kontra młoda dziennikarka, wywiad-rzeka i mroczna tajemnica z przeszłości w tle. Tylko że to, co Nothomb zrobiła dobrze, Erbling zrobił, niestety, źle.
Ciernik: Dlaczego źle?
Pokrzywnica: Na początku myślałam, że chciał po prostu wykreować buca, który zgrywa się na znawcę kobiet, a w rzeczywistości nimi gardzi. Gardzi zresztą ludźmi w ogóle: „...trudno wierzyć w opowieści o wielkich talentach, którym coś stanęło na przeszkodzie. Widocznie nie byli tak dobrzy, jak sądzili. Zabrakło ciężkiej pracy, determinacji, marzeń. Wyznaję teorię, że w świecie jest 200-250 tysięcy osób, które żyją naprawdę. Są twórczy, kreatywni, nie zadowolą się byle czym. Reszta? Tło, bezbarwne tło. Pionki na szachownicy, wypełniające polecenia, dbające o połączenia między prawdziwymi istnieniami”.
Buc, jak żywy! Dopóki nie porównasz go z wykreowanym przez Nothomb Pretextatem Tachem. O, to jest dopiero buc! Jest tak paskudny i obrzydliwy, że myślisz, iż bardziej już nie można, a tu wciąż okazuje się, że można i to jeszcze jak! A dlaczego to się belgijskiej autorce udało? Bo jej buc ma lustro, antagonistkę, a zarazem partnerkę, która pozwala mu się rozwijać ze zdania na zdanie! To jest porządnie zbudowana postać, prawdziwa kobieta, która atakuje, kontratakuje, zaskakuje. To jest rzeczywiście dialog, ba, prawdziwa wojna na słowa! Tymczasem u Erblinga, zamiast porządnej antagonistki, mamy jakąś atrapę, zaledwie cień postaci, dziunię tak głupiutką i tekturową, że nawet buc przy niej nie błyśnie bucowatością. I niestety to samo jest z innymi kobietami w „Werfrandzie”– to są uproszczone, wycięte z papieru sylwetki, a nie prawdziwe postacie, przez co główny bohater (paskudny czy nie) nie może rozwinąć skrzydeł. To wszystko przypomina zabawę dziewczynki urządzającej podwieczorek dla lalek: siedzą sobie nieruchome, plastikowe zabawki dookoła, a bohater w tym kręgu urojonych kobiet bawi się w playboya.
Ciernik: A mnie się ta bucowatość Werfranda podobała. Jego znajomość kobiet jest taka sama, jak umiejętność tworzenia związków. Czyli żadna. Wie jak uwieść, ale nic poza tym. I to rzeczywiście występuje często w komplecie z bucowatością. Spotykam takich facetów. Znają triki, sztuczki, ale gdy przyjdzie czas na prawdziwą relację, pojawia się problem i wtedy są kompletnie zagubieni.
Pokrzywnica: Do pewnego momentu myślałam, że tak ma być, że to wciąż jest kreacja bohatera, że Werfrand po porostu tak widzi świat i że ta kreacja postaci do czegoś prowadzi, coś ma z tego wyniknąć. Aż w końcu trafiłam na to zdanie: „On zauważył jej koronkową podwiązkę wieńczącą czarne rajstopy”. I ten błąd, ewidentnie autora, nie bohatera, spowodował, że moje zaufanie do niego rozsypało się w drobny mak. Czasem tak bywa, że prosta pomyłka, którą wychwyciłby pierwszy lepszy redaktor, ma opłakane skutki. W tym przypadku oznacza, że autor nie wie, o czym pisze. Pisze bowiem o kobietach, a nie wie, że podwiązek nie nosi się do rajstop. Podwiązki służą do podtrzymywania pończoch, bo pończochy kończą się w górnej części uda i trzeba je czymś przytrzymać, żeby nie zsuwały się z nóg. Rajstopy kończą się w pasie. Gdyby opisana kobieta miała „podwiązkę wieńczącą (czyli kończącą, por. koniec wieńczy dzieło) rajstopy”, to miałaby ją na wysokości pępka. W dodatku nie wiadomo po co, bo rajstop nie trzeba dodatkowo podtrzymywać. Obecnie pończoch też już zresztą nie, bo teraz używa się samonośnych. Podwiązka, z użytecznego elementu garderoby, stała się jedynie symbolem, gadżetem ślubnym albo erotycznym. Ale w żadnym przypadku nie zakłada się jej do rajstop. Playboy by o tym wiedział. A skoro nie wie, to nie wie nic o kobietach. Trudno się dziwić, że o ich psychice nie ma pojęcia, skoro nawet kobiece ciało jest dla niego tajemnicą. Przestał być wiarygodny. Całkowicie.
Potem mamy jeszcze kolejną wpadkę: „ Słyszałem, że chce się pani czegoś dowiedzieć o Werfrandzie... – Adam uśmiechnął się delikatnie i pocałował ją w rękę”. Akcja toczy się (wnioskując z imion i nazwisk postaci) na bliżej niesprecyzowanym Zachodzie. Tam nie obowiązuje nasz żenujący, sarmacki obyczaj całowania obcych kobiet po rękach, ot tak, dla zasady. U nas też już, na szczęście, zanika. I dobrze, bo to nic przyjemnego – być całowaną przez obcych facetów, bo tak wypada i wszyscy tak robią. Gdyby Adam tak uczynił, to dziennikarka by pomyślała, że zwariował. I miałaby rację.
Są jeszcze inne, typowo językowe błędy – tutaj wystarczyłaby zwyczajna korekta, ale widocznie jej nie było. „...którą sukienkę ubrać?” Ubrać można choinkę, sukienkę się wkłada. Albo można ubrać się w sukienkę. „Awansowali go w drabinie dziobania” – odsyłam do słownika frazeologicznego, hasło: kolejność dziobania. „Targ został dobity”. Nie zawsze można sobie pozwolić na zmianę strony czynnej („dobić targu”) na bierną. Redaktor wytłumaczyłby, dlaczego. I sporo zdań ewidentnie nieprzeczytanych ponownie po poprawkach, na przykład „Co się stało - Karin rozczulił widokiem jego bezradności”.
Ale mimo wszystko, pewną prawdę o życiu, zwłaszcza o relacjach damsko-męskich w dzisiejszym świecie autor, moim zdaniem, uchwycił. Obawiam się jednak, że zrobił to niechcący.
Ciernik: A może wcale nie? Ta kreacja jest przecież konsekwentna. Są tacy ludzie.
Pokrzywnica: Tak, zabawa w podwieczorek dla lalek jest, niestety, prawdziwa. Ale nie wiem, czy w tej książce faktycznie chodziło o to, żeby ją ukazać. Przecież gdyby rzeczywiście chcieć, to można by o tym napisać bardziej wprost, ostrzej, boleśniej.
Ostatnio często natykam się w necie na wpisy mężczyzn o tym, że kobietom chodzi tylko o portfel, że powodzenie kobiety zależy wyłącznie od tego, czy jest ładna, a powodzenie mężczyzny od tego, czy ma pieniądze. I to jest samospełniająca się przepowiednia: chcesz kobiety ślicznej i tylko ślicznej? Tylko takie zauważysz. Posadzisz je wokół siebie jak dziewczynka lalki. I będziesz im nalewał udawaną herbatę z plastikowego czajniczka. A one stuprocentowo potwierdzą twoją wizję świata, bo dla nich rzeczywiście będzie się liczył twój portfel. Nie po to zredukowały się do lalek, żeby nic z tego nie mieć. Muszą dostać pieniądze. A wiesz dlaczego? Bo bycie śliczną kosztuje. Kosmetyki kosztują (obejrzyj sobie kiedyś na YT, jak się robi makijaż, skąd się biorą te śliczne oczka, te gładkie policzki), godziny na siłowni (ten zgrabny brzuszek) kosztują, te koronkowe bluzeczki, w których one tak ponętnie wyglądają, też kosztują. I to wszystko pochłania czas. Masę czasu, więc na dbanie o nic innego (na przykład o mózg) już go nie wystarcza. Zresztą to by była chybiona inwestycja, bo mózg cię przecież nie interesuje. Po co lalce mózg? Zatem kobieta, którą sobie wybierzesz, będzie lalką. I ciebie musi być stać na jej utrzymanie. Coraz więcej ludzi bawi się w taki podwieczorek i myślą, że coś wiedzą o świecie. Tak naprawdę nie wiedzą nawet, jak wygląda podwiązka. To działa w obie strony, bo kobiety tak samo niewiele wiedzą o mężczyznach. Zresztą mężczyźni sami o sobie też nie. Nie mają czasu o tym myśleć, bo zarabiają pieniądze, żeby kupić lalki.
Tymczasem poza pokojem dziecięcym istnieje świat i toczy się życie. Trzeba jednak mieć odwagę, żeby otworzyć drzwi. Buce płci obojga jej nie mają. Wolę już tchórzy, którzy potrafią uczciwie powiedzieć: wiem, że istnieje świat za moimi drzwiami, ale boję się tam pójść, niż nadętych Werfrandów, którzy wygłaszają swoje pseudomądrości o życiu, pozostając do śmierci na poziomie przedszkolaka.
Valeria Lukyanova: „Wszystkie kobiety będą wyglądały JAK JA”
Ciernik: Trafiłem na jeszcze ciekawszą wersję tego, o czym piszesz. Taka historia z życia wzięta: bogaty koleś sponsorował kobiecie, z którą zaczął się spotykać, terapię, żeby mogła poukładać swoje... życie? Popatrz: niby mamy dbanie o mózg, ale czy to również nie jest z jego strony inwestycja? Czy to nie jest układ? Ponaprawiaj sobie głowę za moje pieniądze albo do widzenia. Nawet jeśli to nie zostało wypowiedziane wprost, to przecież o to właśnie chodzi!
Problemem w tym wszystkim jest brak akceptacji, a nawet nieumiejętność zauważenia tej drugiej osoby, przebicia się poza swoje wyobrażenia o tym, jaka ona powinna być. Nie jesteś partnerem, jesteś dodatkiem do mojego świata, meblem, elementem, który w każdej chwili mogę wymienić na inny. Co to za różnica, czy mówimy o drogich kosmetykach i karnetach na siłownię, czy o drogim uczestnictwie w kulturze wysokiej i bilecie do opery? Jak dla mnie – żadna.
Pokrzywnica: Akceptacja, mówisz... Tylko żeby zaakceptować kogokolwiek, musielibyśmy najpierw przyznać, że świat to coś więcej niż różowy pokoik zabaw, a inni ludzie to nie plastikowe figurki, które mają służyć naszej przyjemności. Życie to nie jest udawany podwieczorek. Jeśli jednak jestem bucem (albo panią buc) to tego właśnie przyznać nie potrafię. Jedyne odkrycie, jakiego jestem w stanie dokonać, to: Och, jak to? Za zabawki trzeba płacić? Cóż za niesprawiedliwość! I głoszę z nadętą miną tę swoją rzekomą wiedzę o życiu, siedząc do późnej starości na puchatym dywaniku w pokoiku własnych wyobrażeń i oczekiwań. Samotnie. Bo buc nigdy nie zdobędzie się na odwagę, by otworzyć drzwi.
I taki właśnie jest Werfrand. Słaby bohater, książka irytująca, ale… jest o czym myśleć po lekturze.
sobota, 25 października 2014
Aleksander Litto Strumieński „Szelest zamkniętych drzwi”
Upolowane: Aleksander Litto Strumieński „Szelest zamkniętych drzwi”, e-book
Pokrzywnica: Czy istnieje coś takiego jak fantastyka filozoficzna? Religijna, owszem, istnieje, choć nie do końca wiadomo, co się pod tym określeniem kryje. A filozoficzna?
Ciernik: Filozofowanie w fantastyce zdarza się całkiem często, szczególnie w SF od momentu, gdy ta zaczęła zapuszczać się w rejony fizyki kwantowej. Nie można było uniknąć pytania o naturę świata, doświadczenia, i tak dalej. Natomiast nigdy nie spotkałem się z fantastyką stricte filozoficzną.
Pokrzywnica: Dla mnie dotychczas filozofia w fantastyce oznaczała jedno z dwojga: albo Lem, albo Dukaj. A ten mały, niepozorny zbiorek (przy zachowaniu wszelkich proporcji – Aleksander Strumieński to całkiem inna półka, niż Dukaj czy Lem) pokazuje odmienne oblicze fantastycznego filozofowania. Kryje się w nim pewna tajemnica – obietnica. Niezrealizowana, ale z nadzieją na przyszłość. Czytając rozmaite pozycje selfpublishingowe, często mam poczucie, że autor opublikował tekst za wcześnie. Zazwyczaj oznacza to, że z pierwotnego szkicu po wielu poprawkach mogłoby powstać coś znośnego do czytania. W tym przypadku jest inaczej – „Szelest zamkniętych drzwi” już jest znośny, a po wielu poprawkach mógłby stać się książką całkiem mocną. Oryginalną. To jest takie filozofowanie à la Erich von Däniken, ale znacznie mądrzejsze. Z drugiej strony: nie jest to twórczość aż tak ambitna jak dzieła Dukaja. Coś pośredniego. Tylko czy taka książka znalazłaby odbiorców?
Ciernik: Moim zdaniem, nawet gdyby podać to wszystko w lepszej, bardziej dopracowanej formie, niełatwo byłoby o czytelników. Przecież nawet autor „Innych pieśni” nie odważył się podać filozofii bez wsparcia odpowiednio wartkiej (jak na Dukaja) fabuły, a jest tam tej filozofii sporo. Na pewno byłoby to coś oryginalnego, ale krótka forma to chyba jedyna szansa. Jako powieść filozofowanie Aleksandra Strumieńskiego byłoby raczej niestrawne.
Pokrzywnica: Dlatego autor, bardzo słusznie, zdecydował się na zbiór krótkich opowiadań. Niestety, tekstom wyraźnie zabrakło ręki redaktora. I to takiego „redaktora natchnionego”, który poczułby istotę każdej opowieści i zarazem nie bałby się ingerować w strukturę. Bo problemy są z tym zbiorkiem dwa: struktura i precyzja.
Struktura... cóż, ja miałam poczucie, że tutaj sklejono dwa odrębne zbiory opowiadań, z których żaden nie został jeszcze napisany w pełni. Na pierwszy składałyby się „Szelest zamkniętych drzwi”, „Świątynia” i „Betesda” i do tego należałoby jeszcze dopisać kilka innych, kiełkujących pośrednio z podstawowego pomysłu, tego, który stanowi źródło „Szelestu...”, czyli oryginalnej wizji narodzin chrześcijaństwa. Można by, na przykład, iść dalej – w średniowiecze, w reformację... Myślę, że ten zbiór znalazłby wielu czytelników: sporo zaskoczeń, mocne emocje, plastyczne wizje, ale też akcja. Mnie się najbardziej podobała „Betesda”, ale w naszej kulturze motywy chrześcijańskie, czy szerzej: biblijne, są w miarę dobrze znane, więc sądzę, że inne opowiadania z tego cyklu byłyby czytane i przynajmniej w pewnym stopniu rozumiane.
Drugi zbiór – to wszystkie pozostałe teksty, które, chociaż nie można ich zaliczyć do science fiction, mogłyby spodobać się niektórym fanom SF, czyli raczej wąskiej grupie odbiorców.
Ciernik: W moich oczach ten zbiorek wygląda nieco inaczej. Najlepszym tekstem i rdzeniem całości jest tytułowy „Szelest…”, reszta raczej sobie orbituje wokół niego w bliżej bądź dalszej odległości, jednak wszystkie teksty cechuje ten sam klimat, podobieństwo stylistyczne i pewien filozoficzny namysł. W „Szeleście…” autor wyraźnie czerpie z żydowskiej Kabały, a szczególnie z gematrii, w której poszczególnym literom przypisuje się wartości liczbowe, litery w słowach w sumuje się, po czym szuka się powiązań miedzy innymi słowami o tej samej wartości i wyciąga wnioski na temat natury tych powiązań i dalej: struktury rzeczywistości. Autor połączył to z koncepcjami von Dänikena i innymi teoriami spiskowymi, co samo w sobie jest bardzo ciekawym pomysłem. Niestety, po zakończeniu tekstu niepotrzebnie dopisał komentarz sugerujący, że w to wszystko wierzy... To zepsuło cały efekt świeżości.
Pokrzywnica: Ciekawe. W takim razie jaki widzisz związek pomiędzy „Końcem Świata”, „Pejzażem” czy „Ulica była pusta” a „Szelestem...”?
Ciernik: To są teksty, które rzeczywiście krążą wokół „Szelestu…” po dalekich orbitach, ale wydaje mi się, że wszystkie łączy pewna myśl, założenie dotyczące plastyczności rzeczywistości. Rzeczywistość jest przedstawiana głównie jako nasza wizja, a nie coś istniejącego obiektywnie. Bo czym w istocie jest gematria (nawiązuję do „Szelestu…”) jeśli nie pracą z wizją? Skoro szukam powiązań pomiędzy dwoma słowami, to tak naprawdę eksploruję swoje (indywidualne bądź kulturowe) wizje na temat możliwych zależności między dwoma fenomenami, a przecież nie jest to naukowa metoda, chociaż za taką chciałaby uchodzić, choćby poprzez użycie matematyki. To metoda czysto wizyjna i subiektywna. Można również sterować tymi powiązaniami i liczyć na to, że będzie to miało odzwierciedlenie na planie materialnym. W „Szeleście…” jest choćby mowa o myślokształtach, którymi wpływa się na umysły ich odbiorców, a poprzez nie – na materię. To przecież jest już terminologia, którą posługuje się ezoteryka czy szeroko pojęty New Age. Zauważ, że w tym ostatnim również miesza się groch z kapustą!
Pokrzywnica: Hm. Coś w tym jest. Mnie się jednak taki groch z kapustą nie podoba. Może gdyby całość była zbudowana konsekwentnie z takich pojedynczych, zupełnie odrębnych koralików… Ale tak nie jest. Opowiadania na motywach biblijnych tworzą wyraźnie jeden cykl, a z kolei „Pejzaż”, „Przejścia”, „Ulica była pusta” i „Koniec Świata” – drugi. W każdym z nich można by dodać jeszcze po kilka opowiadań, które pewnie jeszcze nie zostały napisane i trzeba by na nie poczekać. „Tylko trzy rzeczywistości” mogłyby być ewentualnie elementem spinającym oba zbiory, ale równie dobrze ten tekst mógłby zostać opublikowany jako samodzielna całość, poza jakimkolwiek zbiorem. „Wieczór” natomiast z całą pewnością jest osobną opowieścią i wydaje mi się, że w ogóle nie powinien być pokazywany w towarzystwie innych tekstów. „Szelest zamkniętych drzwi” jako całość, odbieram, biorąc pod uwagę zamysł artystyczny, literacki, jako dość chaotyczny. Natomiast patrząc od strony filozoficznej (albo i ezoterycznej) – możliwe, że masz rację.
Teraz wrócę jeszcze do drugiego problemu: precyzji. Lektura w wielu miejscach robi się męcząca. I nie wynika to ani ze złych pomysłów (nie są złe) ani z braku wizji (wizje są kolorowe, plastyczne, klimatyczne), ani z braku tajemnic, zagadek i zaskoczeń (jest ich tu sporo). To znużenie odbiorcy wynika z niedostatku autorskiej precyzji na poziomie pojedynczych zdań (i przy okazji: zapis dialogów koniecznie do poprawki!). Chyba tylko „Betesda” jest precyzyjna i nie męczyła mnie ani przez chwilę. Być może autor poświęcił jej więcej czasu niż pozostałym opowiadaniom, wyszlifował szczegóły, a może właśnie przeciwnie – może była pisana w tym niezwykłym stanie flow, kiedy słowa samoistnie układają się właściwie, niczym czyste dźwięki w melodii. Pewnie wiele by tu pomógł mądry beta-czytacz, który powtarzałby autorowi: tego nie rozumiem, tamtego nie rozumiem, żeby skłonić go do dokładniejszej destylacji myśli. Bo to jest naprawdę obiecujący autor. Tylko niech pracuje powoli i dba o szczegóły. Jeszcze nie zwalił czytelników z nóg, jeszcze nie zamieszał w głowach, ale myślę, że może to zrobić w przyszłości.
Ciernik: Rzeczywiście „Sadzawka Owcza” jest dosyć precyzyjna, ale przy pozostałych tekstach brakło autorowi metodologicznej skrupulatności hebrajskich kabalistów...
I jeszcze na jedno muszę się poskarżyć: zbiór jest dostępny tylko w formacie PDF, a ja nie lubię PDF-ów! To format do drukowania, a nie do czytania na czytnikach. Na czytniku w PDF-ie nie da się dodawać notatek, zakreślać partii tekstu, wygodnie manipulować czcionką, na dodatek strony są „pocięte”. Od biedy da się to czytać na monitorze komputera czy tablecie, ale dla czytników to porażka, szczególnie dla Kindle’a.
Pokrzywnica: Na moim czytniku PDF-y czyta się całkiem dobrze, choć zdarzają się puste strony. No, ale ja nie mam Kindle’a.
Ciernik: Ja mam Kindle’a i Nooka. Nook jeszcze jakoś współpracuje, ale Kindle już nie bardzo.
Pokrzywnica: Czy istnieje coś takiego jak fantastyka filozoficzna? Religijna, owszem, istnieje, choć nie do końca wiadomo, co się pod tym określeniem kryje. A filozoficzna?
Ciernik: Filozofowanie w fantastyce zdarza się całkiem często, szczególnie w SF od momentu, gdy ta zaczęła zapuszczać się w rejony fizyki kwantowej. Nie można było uniknąć pytania o naturę świata, doświadczenia, i tak dalej. Natomiast nigdy nie spotkałem się z fantastyką stricte filozoficzną.
Pokrzywnica: Dla mnie dotychczas filozofia w fantastyce oznaczała jedno z dwojga: albo Lem, albo Dukaj. A ten mały, niepozorny zbiorek (przy zachowaniu wszelkich proporcji – Aleksander Strumieński to całkiem inna półka, niż Dukaj czy Lem) pokazuje odmienne oblicze fantastycznego filozofowania. Kryje się w nim pewna tajemnica – obietnica. Niezrealizowana, ale z nadzieją na przyszłość. Czytając rozmaite pozycje selfpublishingowe, często mam poczucie, że autor opublikował tekst za wcześnie. Zazwyczaj oznacza to, że z pierwotnego szkicu po wielu poprawkach mogłoby powstać coś znośnego do czytania. W tym przypadku jest inaczej – „Szelest zamkniętych drzwi” już jest znośny, a po wielu poprawkach mógłby stać się książką całkiem mocną. Oryginalną. To jest takie filozofowanie à la Erich von Däniken, ale znacznie mądrzejsze. Z drugiej strony: nie jest to twórczość aż tak ambitna jak dzieła Dukaja. Coś pośredniego. Tylko czy taka książka znalazłaby odbiorców?
Ciernik: Moim zdaniem, nawet gdyby podać to wszystko w lepszej, bardziej dopracowanej formie, niełatwo byłoby o czytelników. Przecież nawet autor „Innych pieśni” nie odważył się podać filozofii bez wsparcia odpowiednio wartkiej (jak na Dukaja) fabuły, a jest tam tej filozofii sporo. Na pewno byłoby to coś oryginalnego, ale krótka forma to chyba jedyna szansa. Jako powieść filozofowanie Aleksandra Strumieńskiego byłoby raczej niestrawne.
Pokrzywnica: Dlatego autor, bardzo słusznie, zdecydował się na zbiór krótkich opowiadań. Niestety, tekstom wyraźnie zabrakło ręki redaktora. I to takiego „redaktora natchnionego”, który poczułby istotę każdej opowieści i zarazem nie bałby się ingerować w strukturę. Bo problemy są z tym zbiorkiem dwa: struktura i precyzja.
Struktura... cóż, ja miałam poczucie, że tutaj sklejono dwa odrębne zbiory opowiadań, z których żaden nie został jeszcze napisany w pełni. Na pierwszy składałyby się „Szelest zamkniętych drzwi”, „Świątynia” i „Betesda” i do tego należałoby jeszcze dopisać kilka innych, kiełkujących pośrednio z podstawowego pomysłu, tego, który stanowi źródło „Szelestu...”, czyli oryginalnej wizji narodzin chrześcijaństwa. Można by, na przykład, iść dalej – w średniowiecze, w reformację... Myślę, że ten zbiór znalazłby wielu czytelników: sporo zaskoczeń, mocne emocje, plastyczne wizje, ale też akcja. Mnie się najbardziej podobała „Betesda”, ale w naszej kulturze motywy chrześcijańskie, czy szerzej: biblijne, są w miarę dobrze znane, więc sądzę, że inne opowiadania z tego cyklu byłyby czytane i przynajmniej w pewnym stopniu rozumiane.
Drugi zbiór – to wszystkie pozostałe teksty, które, chociaż nie można ich zaliczyć do science fiction, mogłyby spodobać się niektórym fanom SF, czyli raczej wąskiej grupie odbiorców.
Ciernik: W moich oczach ten zbiorek wygląda nieco inaczej. Najlepszym tekstem i rdzeniem całości jest tytułowy „Szelest…”, reszta raczej sobie orbituje wokół niego w bliżej bądź dalszej odległości, jednak wszystkie teksty cechuje ten sam klimat, podobieństwo stylistyczne i pewien filozoficzny namysł. W „Szeleście…” autor wyraźnie czerpie z żydowskiej Kabały, a szczególnie z gematrii, w której poszczególnym literom przypisuje się wartości liczbowe, litery w słowach w sumuje się, po czym szuka się powiązań miedzy innymi słowami o tej samej wartości i wyciąga wnioski na temat natury tych powiązań i dalej: struktury rzeczywistości. Autor połączył to z koncepcjami von Dänikena i innymi teoriami spiskowymi, co samo w sobie jest bardzo ciekawym pomysłem. Niestety, po zakończeniu tekstu niepotrzebnie dopisał komentarz sugerujący, że w to wszystko wierzy... To zepsuło cały efekt świeżości.
Pokrzywnica: Ciekawe. W takim razie jaki widzisz związek pomiędzy „Końcem Świata”, „Pejzażem” czy „Ulica była pusta” a „Szelestem...”?
Ciernik: To są teksty, które rzeczywiście krążą wokół „Szelestu…” po dalekich orbitach, ale wydaje mi się, że wszystkie łączy pewna myśl, założenie dotyczące plastyczności rzeczywistości. Rzeczywistość jest przedstawiana głównie jako nasza wizja, a nie coś istniejącego obiektywnie. Bo czym w istocie jest gematria (nawiązuję do „Szelestu…”) jeśli nie pracą z wizją? Skoro szukam powiązań pomiędzy dwoma słowami, to tak naprawdę eksploruję swoje (indywidualne bądź kulturowe) wizje na temat możliwych zależności między dwoma fenomenami, a przecież nie jest to naukowa metoda, chociaż za taką chciałaby uchodzić, choćby poprzez użycie matematyki. To metoda czysto wizyjna i subiektywna. Można również sterować tymi powiązaniami i liczyć na to, że będzie to miało odzwierciedlenie na planie materialnym. W „Szeleście…” jest choćby mowa o myślokształtach, którymi wpływa się na umysły ich odbiorców, a poprzez nie – na materię. To przecież jest już terminologia, którą posługuje się ezoteryka czy szeroko pojęty New Age. Zauważ, że w tym ostatnim również miesza się groch z kapustą!
Pokrzywnica: Hm. Coś w tym jest. Mnie się jednak taki groch z kapustą nie podoba. Może gdyby całość była zbudowana konsekwentnie z takich pojedynczych, zupełnie odrębnych koralików… Ale tak nie jest. Opowiadania na motywach biblijnych tworzą wyraźnie jeden cykl, a z kolei „Pejzaż”, „Przejścia”, „Ulica była pusta” i „Koniec Świata” – drugi. W każdym z nich można by dodać jeszcze po kilka opowiadań, które pewnie jeszcze nie zostały napisane i trzeba by na nie poczekać. „Tylko trzy rzeczywistości” mogłyby być ewentualnie elementem spinającym oba zbiory, ale równie dobrze ten tekst mógłby zostać opublikowany jako samodzielna całość, poza jakimkolwiek zbiorem. „Wieczór” natomiast z całą pewnością jest osobną opowieścią i wydaje mi się, że w ogóle nie powinien być pokazywany w towarzystwie innych tekstów. „Szelest zamkniętych drzwi” jako całość, odbieram, biorąc pod uwagę zamysł artystyczny, literacki, jako dość chaotyczny. Natomiast patrząc od strony filozoficznej (albo i ezoterycznej) – możliwe, że masz rację.
Teraz wrócę jeszcze do drugiego problemu: precyzji. Lektura w wielu miejscach robi się męcząca. I nie wynika to ani ze złych pomysłów (nie są złe) ani z braku wizji (wizje są kolorowe, plastyczne, klimatyczne), ani z braku tajemnic, zagadek i zaskoczeń (jest ich tu sporo). To znużenie odbiorcy wynika z niedostatku autorskiej precyzji na poziomie pojedynczych zdań (i przy okazji: zapis dialogów koniecznie do poprawki!). Chyba tylko „Betesda” jest precyzyjna i nie męczyła mnie ani przez chwilę. Być może autor poświęcił jej więcej czasu niż pozostałym opowiadaniom, wyszlifował szczegóły, a może właśnie przeciwnie – może była pisana w tym niezwykłym stanie flow, kiedy słowa samoistnie układają się właściwie, niczym czyste dźwięki w melodii. Pewnie wiele by tu pomógł mądry beta-czytacz, który powtarzałby autorowi: tego nie rozumiem, tamtego nie rozumiem, żeby skłonić go do dokładniejszej destylacji myśli. Bo to jest naprawdę obiecujący autor. Tylko niech pracuje powoli i dba o szczegóły. Jeszcze nie zwalił czytelników z nóg, jeszcze nie zamieszał w głowach, ale myślę, że może to zrobić w przyszłości.
Ciernik: Rzeczywiście „Sadzawka Owcza” jest dosyć precyzyjna, ale przy pozostałych tekstach brakło autorowi metodologicznej skrupulatności hebrajskich kabalistów...
I jeszcze na jedno muszę się poskarżyć: zbiór jest dostępny tylko w formacie PDF, a ja nie lubię PDF-ów! To format do drukowania, a nie do czytania na czytnikach. Na czytniku w PDF-ie nie da się dodawać notatek, zakreślać partii tekstu, wygodnie manipulować czcionką, na dodatek strony są „pocięte”. Od biedy da się to czytać na monitorze komputera czy tablecie, ale dla czytników to porażka, szczególnie dla Kindle’a.
Pokrzywnica: Na moim czytniku PDF-y czyta się całkiem dobrze, choć zdarzają się puste strony. No, ale ja nie mam Kindle’a.
Ciernik: Ja mam Kindle’a i Nooka. Nook jeszcze jakoś współpracuje, ale Kindle już nie bardzo.
piątek, 17 października 2014
Zwierzęca przeszłość przedmiotów
Zwierzęce zabawy literackie: Zwierzęca przeszłość przedmiotów
Zbigniew Herbert pisał o krzesłach tak:
Któż pomyślał, że ciepła szyja stanie się poręczą, a nogi skore do ucieczki i radości zesztywnieją w cztery proste szczudła. Dawniej krzesła były to piękne, kwiatożercze zwierzęta. Zbyt łatwo jednak dały sił oswoić i teraz jest to najpodlejszy gatunek czworonogów. Straciły upór i odwagę. Są tylko cierpliwe. Nikogo nie stratowały, nikogo nie poniosły. Na pewno mają świadomość zmarnowanego życia.
Rozpacz krzeseł objawia się w skrzypieniu.
Czy znasz inne przedmioty, które kiedyś były zwierzętami? Napisz o nich! Zabawa bez limitu znaków.
Jeśli chcesz, możesz przysłać nam swój tekst o zwierzęcej przeszłości przedmiotów – jeśli nam się spodoba, opublikujemy go w dziale Zwierzęce zabawy literackie.
pokrzywnica(małpisko)leniwiecliteracki.pl
Realizacja:
Skowronek, 22 listopada 2014
Zbigniew Herbert pisał o krzesłach tak:
Krzesła
Któż pomyślał, że ciepła szyja stanie się poręczą, a nogi skore do ucieczki i radości zesztywnieją w cztery proste szczudła. Dawniej krzesła były to piękne, kwiatożercze zwierzęta. Zbyt łatwo jednak dały sił oswoić i teraz jest to najpodlejszy gatunek czworonogów. Straciły upór i odwagę. Są tylko cierpliwe. Nikogo nie stratowały, nikogo nie poniosły. Na pewno mają świadomość zmarnowanego życia.
Rozpacz krzeseł objawia się w skrzypieniu.
Czy znasz inne przedmioty, które kiedyś były zwierzętami? Napisz o nich! Zabawa bez limitu znaków.
Jeśli chcesz, możesz przysłać nam swój tekst o zwierzęcej przeszłości przedmiotów – jeśli nam się spodoba, opublikujemy go w dziale Zwierzęce zabawy literackie.
pokrzywnica(małpisko)leniwiecliteracki.pl
Realizacja:
Skowronek, 22 listopada 2014
poniedziałek, 13 października 2014
Agnieszka Żak „Karaluch w uchu” - uzupełnienie
Upolowane: Agnieszka Żak „Karaluch w uchu”, e-book - uzupełnienie
Ciernik: „Karaluch w uchu” okazał się kolejnym, po „Kocie na sznurku”, e-bookiem, którego dostaliśmy w wersji niepełnej. Selfpublisherzy nie mają lekkiego życia. Jak nie problemy (bo brak, to jednak problem) z redakcją lub korektą, to trudności z formatowaniem. W tradycyjnym wydawnictwie o techniczną poprawność e-booka dbają (a przynajmniej powinny) osoby znające się na formatowaniu tekstu pod różne czytniki. Nie chodzi tu tylko o dwa podstawowe formaty: .mobi dla Kindle'a oraz .epub dla innych czytników, ale również samego .epuba trzeba przetestować właśnie pod kątem poszczególnych czytników jakimi mogą dysponować potencjalni odbiorcy. Dla autora wydającego samodzielnie to może być kłopot, a potem jest to kłopot także dla czytelnika.
Pokrzywnica: Przy „Kocie na sznurku” łatwiej było odkryć, że coś jest nie tak, bo opowiadanie Agnieszki Hałas urywało się w połowie. Na szczęście, problem został szybko naprawiony i e-book rozesłano odbiorcom w poprawionej wersji. Z „Karaluchem w uchu” sprawa była bardziej skomplikowana, bo okazało się, że kupiłam egzemplarz, w którym brakowało aż dwóch opowiadań! Jedynie przeglądając uważnie spis treści (czego, przyznaję samokrytycznie, nie zrobiłam) można było się zorientować, że czegoś brak. A był to brak spory, bo dwa teksty z sześciu to jedna trzecia książki! Na szczęście autorka, przeczytawszy naszą dyskusję, domyśliła się, że dwa teksty przemilczeliśmy, przytomnie zareagowała i dosłała nam poprawiony egzemplarz. Istnieje jednak ryzyko, że ktoś z czytelników nadal ma „Karalucha w uchu” tylko z czterema opowiadaniami, choć powinno być ich sześć.
Ciernik: O ile wiem, to na platformie, z której korzystaliśmy, e-book został już podmieniony, ale gdyby któryś z naszych czytelników zastanawiał się, o jakich opowiadaniach z „Karalucha…” my właściwie teraz rozmawiamy, to najwyższy czas, żeby skontaktować się z autorką choćby poprzez Facebooka i poprosić o dosłanie pełnej wersji.
Pokrzywnica: A ja już wiem, dlaczego autorka zapytała przede wszystkim o „Zmęczenie” – ono wyjaśnia pewną kwestię, nad którą zastanawialiśmy się w tamtej dyskusji. I pewnie po tym poznała, że tego tekstu nie czytaliśmy. Natomiast nie dziwię się, że nie zapytała o drugi zagubiony: „Strachy z dzieciństwa”. To akurat najsłabsze opowiadanie w całym zbiorze. Składa się z dwóch części i, o ile pierwsza ma swój urok, mówi coś prawdziwego o dzieciństwie, przywołuje jakieś wspomnienia dawnych koszmarów, o tyle ta druga jest, moim zdaniem, zupełnie nieudana, trąci uproszczeniem i sztucznością.
Ciernik: „Strachy z dzieciństwa” są rzeczywiście słabe. Jednak podobało mi się w nich pokazanie bezkompromisowego sposobu myślenia dzieci. Co ciekawe, Michałek bardzo przypomina chłopaka z opowiadania „Karaluch w uchu”, a główna bohaterka znowu jest czarownicą. Tym razem wszyscy są po równo źli: dzieci, zwierzęta, potwory.
Natomiast „Zmęczenie” aż się prosi o wydłużenie go do powieści! Klimat zawieszonego, zapętlonego w koszmarze miasta, detektyw, z jednej strony dosyć obcy, a z drugiej pokazany tak, że od razu poczułem do niego sympatię, martwiłem się o jego los. Powolne popadanie w obłęd, odrealnienie. No i oczywiście to, co Agnieszka Żak lubi najbardziej – brud, flegma i inne wydzieliny – też tu są, chociaż w niewielkiej ilości. Jednak znowu nie przemówiło do mnie zakończenie.
Pokrzywnica: To opowiadanie przypominało mi klimatem (a trochę też kreacją głównego bohatera) film „Bezsenność” w reżyserii Christophera Nolana. Tylko w opowiadaniu Agnieszki Żak zamiast białych nocy, mamy szare dni. W końcówce „Zmęczenia” znajdujemy odpowiedź na pytanie, dlaczego ciało musi podlegać upodleniu: bo owo upodlenie i cierpienie oczyszcza duszę. To wydało mi się takie… średniowieczne i dla mnie nieprzekonujące. Mam wrażenie, że narrator całego zbiorku jest dotknięty jakimś rodzajem ślepoty i konsekwentnie nie dostrzega niektórych aspektów fizycznej egzystencji. Ale trzeba przyznać, że opis tytułowego zmęczenia jest naprawdę dobry. Ładnie grają szczegóły, uczucie przytłoczenia niepostrzeżenie narasta aż do finału. Opowiadanie świetne, tylko właśnie ten finał trochę rozczarowuje, coś tam się za prosto, za łatwo potoczyło.
Ciernik: Niestety, końcówki to słaba strona wielu tekstów z tego zbiorku. Nie ma dobrych twistów, brakuje też zakończeń otwartych, zasiewających w umyśle czytelnika jakieś nietypowe spojrzenie na to, co się wydarzyło. O ile Agnieszka rewelacyjnie panuje nad klimatem, całkiem nieźle nad psychologią i relacjami między bohaterami, o tyle teksty wydają się często niedomknięte, niepełne, zakończone w niesatysfakcjonujący mnie sposób. Przykładem rzeczywiście jest to „średniowieczne” odwołanie do oczyszczenia duszy, kompletnie niewystarczające odbiorcy chociaż troszeczkę oczytanemu. Bo to, że narrator ma fiksację na punkcie dualizmu brudnego ciała i czystej duszy, to jeszcze przecież nic złego. Problem w tym, że czytelnikowi to się jakoś nie udziela…
Ciernik: „Karaluch w uchu” okazał się kolejnym, po „Kocie na sznurku”, e-bookiem, którego dostaliśmy w wersji niepełnej. Selfpublisherzy nie mają lekkiego życia. Jak nie problemy (bo brak, to jednak problem) z redakcją lub korektą, to trudności z formatowaniem. W tradycyjnym wydawnictwie o techniczną poprawność e-booka dbają (a przynajmniej powinny) osoby znające się na formatowaniu tekstu pod różne czytniki. Nie chodzi tu tylko o dwa podstawowe formaty: .mobi dla Kindle'a oraz .epub dla innych czytników, ale również samego .epuba trzeba przetestować właśnie pod kątem poszczególnych czytników jakimi mogą dysponować potencjalni odbiorcy. Dla autora wydającego samodzielnie to może być kłopot, a potem jest to kłopot także dla czytelnika.
Pokrzywnica: Przy „Kocie na sznurku” łatwiej było odkryć, że coś jest nie tak, bo opowiadanie Agnieszki Hałas urywało się w połowie. Na szczęście, problem został szybko naprawiony i e-book rozesłano odbiorcom w poprawionej wersji. Z „Karaluchem w uchu” sprawa była bardziej skomplikowana, bo okazało się, że kupiłam egzemplarz, w którym brakowało aż dwóch opowiadań! Jedynie przeglądając uważnie spis treści (czego, przyznaję samokrytycznie, nie zrobiłam) można było się zorientować, że czegoś brak. A był to brak spory, bo dwa teksty z sześciu to jedna trzecia książki! Na szczęście autorka, przeczytawszy naszą dyskusję, domyśliła się, że dwa teksty przemilczeliśmy, przytomnie zareagowała i dosłała nam poprawiony egzemplarz. Istnieje jednak ryzyko, że ktoś z czytelników nadal ma „Karalucha w uchu” tylko z czterema opowiadaniami, choć powinno być ich sześć.
Ciernik: O ile wiem, to na platformie, z której korzystaliśmy, e-book został już podmieniony, ale gdyby któryś z naszych czytelników zastanawiał się, o jakich opowiadaniach z „Karalucha…” my właściwie teraz rozmawiamy, to najwyższy czas, żeby skontaktować się z autorką choćby poprzez Facebooka i poprosić o dosłanie pełnej wersji.
Pokrzywnica: A ja już wiem, dlaczego autorka zapytała przede wszystkim o „Zmęczenie” – ono wyjaśnia pewną kwestię, nad którą zastanawialiśmy się w tamtej dyskusji. I pewnie po tym poznała, że tego tekstu nie czytaliśmy. Natomiast nie dziwię się, że nie zapytała o drugi zagubiony: „Strachy z dzieciństwa”. To akurat najsłabsze opowiadanie w całym zbiorze. Składa się z dwóch części i, o ile pierwsza ma swój urok, mówi coś prawdziwego o dzieciństwie, przywołuje jakieś wspomnienia dawnych koszmarów, o tyle ta druga jest, moim zdaniem, zupełnie nieudana, trąci uproszczeniem i sztucznością.
Ciernik: „Strachy z dzieciństwa” są rzeczywiście słabe. Jednak podobało mi się w nich pokazanie bezkompromisowego sposobu myślenia dzieci. Co ciekawe, Michałek bardzo przypomina chłopaka z opowiadania „Karaluch w uchu”, a główna bohaterka znowu jest czarownicą. Tym razem wszyscy są po równo źli: dzieci, zwierzęta, potwory.
Natomiast „Zmęczenie” aż się prosi o wydłużenie go do powieści! Klimat zawieszonego, zapętlonego w koszmarze miasta, detektyw, z jednej strony dosyć obcy, a z drugiej pokazany tak, że od razu poczułem do niego sympatię, martwiłem się o jego los. Powolne popadanie w obłęd, odrealnienie. No i oczywiście to, co Agnieszka Żak lubi najbardziej – brud, flegma i inne wydzieliny – też tu są, chociaż w niewielkiej ilości. Jednak znowu nie przemówiło do mnie zakończenie.
Pokrzywnica: To opowiadanie przypominało mi klimatem (a trochę też kreacją głównego bohatera) film „Bezsenność” w reżyserii Christophera Nolana. Tylko w opowiadaniu Agnieszki Żak zamiast białych nocy, mamy szare dni. W końcówce „Zmęczenia” znajdujemy odpowiedź na pytanie, dlaczego ciało musi podlegać upodleniu: bo owo upodlenie i cierpienie oczyszcza duszę. To wydało mi się takie… średniowieczne i dla mnie nieprzekonujące. Mam wrażenie, że narrator całego zbiorku jest dotknięty jakimś rodzajem ślepoty i konsekwentnie nie dostrzega niektórych aspektów fizycznej egzystencji. Ale trzeba przyznać, że opis tytułowego zmęczenia jest naprawdę dobry. Ładnie grają szczegóły, uczucie przytłoczenia niepostrzeżenie narasta aż do finału. Opowiadanie świetne, tylko właśnie ten finał trochę rozczarowuje, coś tam się za prosto, za łatwo potoczyło.
Ciernik: Niestety, końcówki to słaba strona wielu tekstów z tego zbiorku. Nie ma dobrych twistów, brakuje też zakończeń otwartych, zasiewających w umyśle czytelnika jakieś nietypowe spojrzenie na to, co się wydarzyło. O ile Agnieszka rewelacyjnie panuje nad klimatem, całkiem nieźle nad psychologią i relacjami między bohaterami, o tyle teksty wydają się często niedomknięte, niepełne, zakończone w niesatysfakcjonujący mnie sposób. Przykładem rzeczywiście jest to „średniowieczne” odwołanie do oczyszczenia duszy, kompletnie niewystarczające odbiorcy chociaż troszeczkę oczytanemu. Bo to, że narrator ma fiksację na punkcie dualizmu brudnego ciała i czystej duszy, to jeszcze przecież nic złego. Problem w tym, że czytelnikowi to się jakoś nie udziela…
niedziela, 5 października 2014
Agnieszka Żak „Karaluch w uchu”
Upolowane: Agnieszka Żak „Karaluch w uchu”, e-book
Pokrzywnica: Rybo, ratuj! Złapałam się na haczyk!
Ciernik: Coś takiego! Mnie to się nigdy nie przydarzyło! I co teraz?
Pokrzywnica: Widzisz ten tam Weryformat? Oni zastawiają pułapki na ptaszki! Z czwartego numeru coś sterczało, smakowite takie, wiesz… Nazywało się „Kot śpi na szafie”.
Ciernik: Wiem! To było opowiadanie Agnieszki Żak? I Ty to nieopatrznie wepchnęłaś do dzioba, tak?
Pokrzywnica: Tak! A żebyś wiedział, jakie było dobre! Wciągnęło mnie całkiem, a teraz… sam widzisz… Mam „Karalucha w uchu”!
Ciernik: Co za pomysł! Karaluchy należy zjadać, a nie wsadzać do uszu!
Pokrzywnica: Tak, połknąć go można szybko, tylko co potem? Ten „Karaluch” jest tyleż świetny, co ponury – zupełnie jak niektóre dzieła fantastyki rosyjskiej. Dobra książka? Bardzo dobra! Ale polecić ją komuś? Chyba tylko ogarniętym wątpliwościami samobójcom, żeby im pomóc skoczyć z mostu.
Ciernik: Bez przesady! Takie gatunki jak bizarro czy gore mają się świetnie, rzesze fanów wciąż rosną, a większość z mostów nie skacze.
Pokrzywnica: Ale „Karaluch w uchu” to nie jest gore. I to nie jest proza dla fanów gatunku. To są dobrze napisane i bardzo inteligentne opowiadania dla wszystkich wielbicieli fantastyki, tylko przeraźliwie smutne. Ani strzępka nadziei, ani światełka w tunelu, ani nawet fatamorgany.
Ciernik: A gdzie tam: przeraźliwie. Pierwsze opowiadanie jest całkiem zabawne. W drugim ponurość przykrywają inne zalety. Trzecie poraża świetną wizją postapo. Jedynie czwarte mnie nie przekonało, ale żeby zaraz przeraźliwy smutek?
Pokrzywnica: Zalety! W tym sęk! Te teksty mają zalety – wciągają, przemawiają do emocji, intrygują i nie są upstrzone błędami (a to, jak wiemy, norma w selfpublishingu). I to wszystko tylko podkreśla ich ponurość.
Ciernik: Mnie się bardzo podobały „Miejskie potwory” – świetne opowiadanie w klimatach urban fantasy. Bardzo sprawnie i nieszablonowo pokazana relacja między mistrzem i uczniem (a może ojcem i synem?) czy też raczej schyłek tej relacji, gdy mistrz okazał się przede wszystkim człowiekiem ze swoimi słabościami, a uczeń nie potrafi tego zaakceptować. Młody nie może znieść swojej bezsilności w obliczu śmiertelności mistrza. Zaskoczyło mnie, jak ładnie autorka przedstawiła zadaniowy sposób myślenia facetów, którzy postawieni w sytuacji bez wyjścia, zaczynają się gubić, frustrować, walczyć na oślep z kimkolwiek, wcale nie z tymi, którzy są winni całej sytuacji.
Pokrzywnica: A mnie urzekło opowiadanie „Lwy morskie”. Urzekło, ale zarazem zmroziło do szpiku kości. Żadnej nadziei. A jednak człowiek pozostaje człowiekiem, a dziecko – dzieckiem. Może nawet właśnie te dzieci są bardziej ludźmi niż dorośli. Jednak to im nic nie pomoże, bo wszystko się skończy dokładnie tak, jak skończyć się musi. Bardzo smutne, ale i bardzo piękne opowiadanie.
Ciernik: Fajne, niesamowicie klimatyczne, ale jest w nim pewna niekonsekwencja: skoro śmierć zapomniała o tym miejscu, to dlaczego ludzie, mimo to, umierają? Jak na przykład człowiek-łóżko?
Pokrzywnica: Właśnie! Ciekawe…
Ciernik: Nieco mniej podobało mi się pierwsze, tytułowe opowiadanie. Wciąż czekałem, że się jakoś rozkręci, a tu zakończenie byle jakie. Ale i tutaj jest coś godnego pochwały: świetna wizja lasu i przewrotne poczucie humoru: „Nosiła głowę wysoko, dumnie stąpając przez obornik...”. Podobała mi się też główna bohaterka, Ruda, z jednej strony najbardziej ludzka ze wszystkich, a z drugiej – najbardziej nieludzka.
Pokrzywnica: U Agnieszki Żak nawet nieludzkie zombie jest ludzkie. Za to człowiek – potworny. I ona w bardzo specyficzny sposób opisuje ciało: rozpadające się, chore, zdeformowane, niszczone na wszelkie sposoby (od szpadla po zarazę), pożerane. Zauważyłeś, że w tych opowiadaniach zawsze ktoś chrząka, smarka, charczy, pluje flegmą? Krwi nie ma tam dużo, za to mnóstwo jest brudu, smrodu i ropy.
Ciernik: Zauważyłem. Od szpadla po zarazę, przez widelce i scyzoryki w uchu. Autorka mówi, że świat jest brzydki, a my jesteśmy workami na kości i flaki. Mam tutaj skojarzenie z pewnymi buddyjskimi praktykami polegającymi na tym, żeby sobie wyobrażać wszelkie obrzydliwości ciała, a to w celu nieprzywiązywania się do niego, bo jak wiadomo, według buddyzmu źródłem cierpienia jest właśnie przywiązanie, między innymi do ciała. Te teksty to takie medytacje nietrwałości i tego właśnie brudu.
Pokrzywnica: Tylko że w opowiadaniach z tego zbioru bohaterowie, owszem, ciągną za sobą ciało jak wielki, brudny, niepotrzebny ogon, ale (może z wyjątkiem "Lwów morskich", gdzie jest wprost mowa o duszy) nic poza nim nie ma. Kto zatem ten ciężar dźwiga? Chwilami wydawało mi się, że te potwory – pasożyty wczepiające się pazurami w serca są bardziej żywe niż ludzie. Takie zwierzęce. Las był żywy. Ale ludzie? Jakoś nie bardzo...
Ciernik: Czytając to opowiadanie, pomyślałem, że takie wynaturzenia pojawiają się, gdy łańcuch narodzin i śmierci (śmierć przecież o nich zapomniała) zostaje zatrzymany. To jest to, co próbujemy robić w dzisiejszych czasach. Oszukać śmierć, czas, choroby, zatapetować, udawać, zostać na zawsze dzieckiem.
Pokrzywnica: Ale cokolwiek robimy, to te flaki i brud są prawdziwe. Jednak tak samo prawdziwe są przecież słowa Sarahy: „To tu, w tym ciele, płyną święte rzeki: tu są słońce i księżyc, a także wszystkie cele pielgrzymek. (...) W żadnej świątyni nie czułem się tak błogo, jak we własnym ciele”. Warto pamiętać o obu stronach medalu.
Pokrzywnica: Rybo, ratuj! Złapałam się na haczyk!
Ciernik: Coś takiego! Mnie to się nigdy nie przydarzyło! I co teraz?
Pokrzywnica: Widzisz ten tam Weryformat? Oni zastawiają pułapki na ptaszki! Z czwartego numeru coś sterczało, smakowite takie, wiesz… Nazywało się „Kot śpi na szafie”.
Ciernik: Wiem! To było opowiadanie Agnieszki Żak? I Ty to nieopatrznie wepchnęłaś do dzioba, tak?
Pokrzywnica: Tak! A żebyś wiedział, jakie było dobre! Wciągnęło mnie całkiem, a teraz… sam widzisz… Mam „Karalucha w uchu”!
Ciernik: Co za pomysł! Karaluchy należy zjadać, a nie wsadzać do uszu!
Pokrzywnica: Tak, połknąć go można szybko, tylko co potem? Ten „Karaluch” jest tyleż świetny, co ponury – zupełnie jak niektóre dzieła fantastyki rosyjskiej. Dobra książka? Bardzo dobra! Ale polecić ją komuś? Chyba tylko ogarniętym wątpliwościami samobójcom, żeby im pomóc skoczyć z mostu.
Ciernik: Bez przesady! Takie gatunki jak bizarro czy gore mają się świetnie, rzesze fanów wciąż rosną, a większość z mostów nie skacze.
Pokrzywnica: Ale „Karaluch w uchu” to nie jest gore. I to nie jest proza dla fanów gatunku. To są dobrze napisane i bardzo inteligentne opowiadania dla wszystkich wielbicieli fantastyki, tylko przeraźliwie smutne. Ani strzępka nadziei, ani światełka w tunelu, ani nawet fatamorgany.
Ciernik: A gdzie tam: przeraźliwie. Pierwsze opowiadanie jest całkiem zabawne. W drugim ponurość przykrywają inne zalety. Trzecie poraża świetną wizją postapo. Jedynie czwarte mnie nie przekonało, ale żeby zaraz przeraźliwy smutek?
Pokrzywnica: Zalety! W tym sęk! Te teksty mają zalety – wciągają, przemawiają do emocji, intrygują i nie są upstrzone błędami (a to, jak wiemy, norma w selfpublishingu). I to wszystko tylko podkreśla ich ponurość.
Ciernik: Mnie się bardzo podobały „Miejskie potwory” – świetne opowiadanie w klimatach urban fantasy. Bardzo sprawnie i nieszablonowo pokazana relacja między mistrzem i uczniem (a może ojcem i synem?) czy też raczej schyłek tej relacji, gdy mistrz okazał się przede wszystkim człowiekiem ze swoimi słabościami, a uczeń nie potrafi tego zaakceptować. Młody nie może znieść swojej bezsilności w obliczu śmiertelności mistrza. Zaskoczyło mnie, jak ładnie autorka przedstawiła zadaniowy sposób myślenia facetów, którzy postawieni w sytuacji bez wyjścia, zaczynają się gubić, frustrować, walczyć na oślep z kimkolwiek, wcale nie z tymi, którzy są winni całej sytuacji.
Pokrzywnica: A mnie urzekło opowiadanie „Lwy morskie”. Urzekło, ale zarazem zmroziło do szpiku kości. Żadnej nadziei. A jednak człowiek pozostaje człowiekiem, a dziecko – dzieckiem. Może nawet właśnie te dzieci są bardziej ludźmi niż dorośli. Jednak to im nic nie pomoże, bo wszystko się skończy dokładnie tak, jak skończyć się musi. Bardzo smutne, ale i bardzo piękne opowiadanie.
Ciernik: Fajne, niesamowicie klimatyczne, ale jest w nim pewna niekonsekwencja: skoro śmierć zapomniała o tym miejscu, to dlaczego ludzie, mimo to, umierają? Jak na przykład człowiek-łóżko?
Pokrzywnica: Właśnie! Ciekawe…
Ciernik: Nieco mniej podobało mi się pierwsze, tytułowe opowiadanie. Wciąż czekałem, że się jakoś rozkręci, a tu zakończenie byle jakie. Ale i tutaj jest coś godnego pochwały: świetna wizja lasu i przewrotne poczucie humoru: „Nosiła głowę wysoko, dumnie stąpając przez obornik...”. Podobała mi się też główna bohaterka, Ruda, z jednej strony najbardziej ludzka ze wszystkich, a z drugiej – najbardziej nieludzka.
Pokrzywnica: U Agnieszki Żak nawet nieludzkie zombie jest ludzkie. Za to człowiek – potworny. I ona w bardzo specyficzny sposób opisuje ciało: rozpadające się, chore, zdeformowane, niszczone na wszelkie sposoby (od szpadla po zarazę), pożerane. Zauważyłeś, że w tych opowiadaniach zawsze ktoś chrząka, smarka, charczy, pluje flegmą? Krwi nie ma tam dużo, za to mnóstwo jest brudu, smrodu i ropy.
Ciernik: Zauważyłem. Od szpadla po zarazę, przez widelce i scyzoryki w uchu. Autorka mówi, że świat jest brzydki, a my jesteśmy workami na kości i flaki. Mam tutaj skojarzenie z pewnymi buddyjskimi praktykami polegającymi na tym, żeby sobie wyobrażać wszelkie obrzydliwości ciała, a to w celu nieprzywiązywania się do niego, bo jak wiadomo, według buddyzmu źródłem cierpienia jest właśnie przywiązanie, między innymi do ciała. Te teksty to takie medytacje nietrwałości i tego właśnie brudu.
Pokrzywnica: Tylko że w opowiadaniach z tego zbioru bohaterowie, owszem, ciągną za sobą ciało jak wielki, brudny, niepotrzebny ogon, ale (może z wyjątkiem "Lwów morskich", gdzie jest wprost mowa o duszy) nic poza nim nie ma. Kto zatem ten ciężar dźwiga? Chwilami wydawało mi się, że te potwory – pasożyty wczepiające się pazurami w serca są bardziej żywe niż ludzie. Takie zwierzęce. Las był żywy. Ale ludzie? Jakoś nie bardzo...
Ciernik: Czytając to opowiadanie, pomyślałem, że takie wynaturzenia pojawiają się, gdy łańcuch narodzin i śmierci (śmierć przecież o nich zapomniała) zostaje zatrzymany. To jest to, co próbujemy robić w dzisiejszych czasach. Oszukać śmierć, czas, choroby, zatapetować, udawać, zostać na zawsze dzieckiem.
Pokrzywnica: Ale cokolwiek robimy, to te flaki i brud są prawdziwe. Jednak tak samo prawdziwe są przecież słowa Sarahy: „To tu, w tym ciele, płyną święte rzeki: tu są słońce i księżyc, a także wszystkie cele pielgrzymek. (...) W żadnej świątyni nie czułem się tak błogo, jak we własnym ciele”. Warto pamiętać o obu stronach medalu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)