piątek, 13 lutego 2015

Agnieszka Zienkowicz, „Przestraszony umysł”

Upolowane:  Agnieszka Zienkowicz, „Przestraszony umysł”, e-book

Ciernik: Mam dla Ciebie małą (ale za to straszną!) przekąskę.

Pokrzywnica: Rzeczywiście. Toż to nie książka, tylko broszurka! Straszne! Tym się nie naje nawet ptaszek!

Ciernik: Ostatnio czytaliśmy same kilkusetstronicowe tomiszcza. Pora na coś lekkiego. Jak będziesz ciągle wcinać opasłe dzieła, to będziesz taka gruba, że w końcu nie dasz rady fruwać!

Pokrzywnica: Hm. Może i racja. Daj, dziobnę w pół godzinki.

Ciernik: I jak?

Pokrzywnica: Sama nie wiem, co to właściwie jest. I dla kogo. Wiadomo, że dotyczy psychologii strachu. Ale dla tych, którzy mają jakąkolwiek wiedzę na ten temat, to jest zbiór koszmarnych uproszczeń. Z kolei dla młodych i zupełnie niezorientowanych w psychologii – może to być miejscami za trudne. Styl też jest nierówny – czasem jak dla starszych dzieci, a kiedy indziej – jak dla studentów. Poza tym ten sposób przedstawiania zagadnień… Taki „amerykańsko-naukowcowy” styl to ja toleruję tylko u bardzo utytułowanych profesorów. W ich wykonaniu to jest fajne. W wykonaniu autorki wygląda tak sobie. Chyba lepiej by było bez tych wszystkich ozdobników i zagajeń. A już zwłaszcza bez rozmaitych „jestem pewna, że wszyscy”. Ja wiem, że to chwyt retoryczny, ale... Zdarzało mi się spacerować nocą po cmentarzu i nie uważam tego za szczególnie przykre czy niepokojące doświadczenie. Więc nie wszyscy. Są gorsze, moim zdaniem, miejsca na nocne wycieczki. Na przykład niektóre kluby. Duchy są miłe i łagodne w porównaniu z napranymi typami z nożami i butelkami w łapach. Albo z pijanymi kierowcami.

Ciernik: Sporo jest w książeczce niepotrzebnych komentarzy. Na przykład: „To teraz kilka mądrych zdań o różnicach między lękiem i strachem”. Skoro są mądre, to nie trzeba tego podkreślać, a skoro nie są, to tym bardziej bez sensu pisać, że mądre.

Najbardziej jednak zirytowało mnie to, co autorka nawypisywała o narkotykach. „Nierzadko zażywanie LSD kończy się samobójstwem lub poważnym samookaleczeniem”. Wody mi odeszły, gdy to przeczytałem! Do tego momentu czytało się jako tako, ale potem nic już nie było takie samo.

Droga autorko, niezmiernie rzadko zażywanie LSD kończy się tym, o czym piszesz. Dokładasz cegiełkę do panującej w naszym kraju bezrozumnej, nienaukowej nagonki na środki, których działania nie rozumiesz. Czy wiesz, że LSD było z dobrym skutkiem stosowane w leczeniu alkoholików? Czy wiesz, że LSD i inne psychodeliki są obecnie stosowane w leczeniu depresji oraz lęku przed śmiercią u pacjentów terminalnie chorych oraz osób z zespołem stresu pourazowego (PTSD)?

Kolejny kwiatek: „Ponad 80% osób nadużywających marihuanę ma objawy depresji klinicznej”.

Droga autorko, czas wrócić na zajęcia ze statystyki i metodologii badań oraz poznać różnice pomiędzy korelacją a związkiem przyczynowo-skutkowym. To, o czym mówisz, to korelacja, a więc współzależność, a nie związek przyczynowo-skutkowy.

Prawda jest natomiast taka, że wiele osób z depresją zażywa marihuanę, ponieważ dzięki niej łatwiej radzą sobie z chorobą, nie jest zaś tak (jak twierdzisz), że zażywanie marihuany wywołuje chorobę. W tej sprawie odsyłam do kogoś bardziej kompetentnego niż ja. Profesor Vetulani. W ogóle polecam jego bloga.

Niemniej, pomimo irytacji, kilka fragmentów „Przestraszonego umysłu” mnie zainteresowało. Ciekawa była, na przykład, wzmianka o prawie domykania figur: „Jeśli jednak informacji będzie zbyt mało, by cokolwiek z tego złożyć (...), to mózg i tak zapędzi do tego ciało migdałowate. Dlaczego? Lepiej zapobiegać (walczyć lub uciekać), niż dać się zjeść przez bliżej nieokreślone monstrum”.

Pokrzywnica: Mnie zainteresowało całkiem przekonujące wyjaśnienie, dlaczego jedni lubią horrory, a inni zupełnie nie. Ty lubisz? Przeżywasz jakieś katharsis? Rozluźnienie? Ja mam tę przypadłość, o której pisze autorka – zbyt mocną pamięć epizodyczną. Mnie wystarczą codzienne wiadomości albo zdjęcie w gazecie – i już scena potrafi długo wracać błyskiem. Horror mnie spina, ale wcale nie rozluźnia, tylko te pojedyncze sceny potem wracają i wracają. Męczące to i żadnego katharsis nie przynosi. Chyba że jest to horror baaaardzo metafizyczny. Malownicze duchy ostatecznie zniosę. Psychopatów nie. Są zbyt bliscy rzeczywistości.

Ciernik: Tylko jeden horror porył mnie tak, że nie mogłem spać przez dwie noce. I to nie jest ściema. „Blair Witch Project”. Reszta mnie albo śmieszy, albo wzbudza obrzydzenie.

Pokrzywnica: To jak w końcu z tym „Przestraszonym umysłem”? Spełnia oczekiwania? Jest tym, czego się spodziewałeś?

Ciernik: No, cóż. Myślałem, że dowiem się czegoś nowego, a tu jednak większość informacji była dla mnie oczywista. Spodziewałem się też, że będzie więcej przykładów – książek, filmów – że autorka będzie opisywać zagadnienia, odnosząc się do konkretnych pozycji. Trochę mi tego brakowało.

Ale nie byłbym zbyt surowy w ocenie tej książeczki. Niby mówi o tym, o czym wszyscy wiemy, ale... Natura strachu i lęku jest taka, że gdy nam się one włączą, to przestajemy logicznie myśleć, a „Przestraszony umysł” jest trochę jak te motywacyjne mantroprzypominajki krążące po sieci. Nigdy nie wiemy do kogo ta książka trafi i na jakim etapie życia ta osoba będzie – może właśnie jej w tym konkretnym momencie przyda się przypomnienie, że strach, który odczuwa, który ją paraliżuje, jest uczuciem znanym wszystkim ludziom, i że matka natura nas w niego wyposażyła dla naszego dobra, ale czasy są takie, że bywa on nieadekwatny do sytuacji i nie trzeba się mu poddawać. Jednak jeśli akurat polujemy na mamuta (stoimy przed jakimś trudnym wyzwaniem, wyborem), to normalne, że się boimy. W zarządzaniu strachem pierwszym etapem jest uświadomienie go sobie. I ta książka może w tym pomóc. Pozwala odbiorcy, żeby sobie uświadomił swój strach i postawił go w odpowiednim miejscu, gdzie nie będzie za bardzo przeszkadzał. Takie proste przypominajki bywają przydatne w wielu momentach życia.

wtorek, 3 lutego 2015

Konkurs na Blog Roku 2014

 

Pokrzywnica: Pamiętasz, jak w zeszłym roku braliśmy udział w konkursie na Blog Roku?

Ciernik: Jasne. Fajnie było. A pamiętasz te żółte kulki?

Pokrzywnica: Pewnie! Wystartujemy znów?

Ciernik: A nie jesteśmy na to zbyt leniwi?

Pokrzywnica: Chyba jesteśmy. Ale to nic. Wystartujmy w kategorii: Najbardziej Leniwy Blog Roku 2014!

Ciernik: Nie ma takiej. Znalazłem tylko: Literackie i kulturalne.

Pokrzywnica: Hm. Literaccy to my, owszem, jesteśmy, ale czy wystarczająco kulturalni?

Ciernik: Ależ oczywiście!

 

I wystartowaliśmy. A teraz wszystko w Waszych rękach!

Jeśli chcecie zagłosować na kulturalnego Leniwca Literackiego, możecie to zrobić, wysyłając SMS o treści: J11416 (nie mylić z J23!) na numer: 7122.



Możecie również zagłosować na naszą dyskusję o „Chińskim maharadży” Wojtka Kurtyki zgłoszoną w kategorii: Tekst roku. SMS o treści: T12172 na numer 7122.



Koszt SMS-a wynosi 1,23 zł. brutto.

Dochód z SMS-ów zostanie przekazany Fundacji Dzieci Niczyje pomagającej dzieciom – ofiarom przemocy. Można głosować także na inne ciekawe blogi. Zachęcamy!

Głosowanie będzie trwało do 10 lutego 2015, do godziny 12.00.

 

niedziela, 1 lutego 2015

Aleksander Kowarz „Samemu Bogu chwała”

Upolowane:  Aleksander Kowarz „Samemu Bogu chwała”, e-book

Pokrzywnica: Zauważyłeś, że takie zdobycze trafiają nam się stosunkowo rzadko? Literatura typowo rozrywkowa. I co Ty na to?

Ciernik: Nie jest to jakieś szaleństwo, ale nie odrzuca. Nawet byłem ciekawy, co będzie dalej. Sprawnie poprowadzona fabuła. Ale błędów sporo.

Pokrzywnica: Tak, to całkiem ciekawa powieść sensacyjna w kostiumie fantastyczno-postapokaliptycznym. Wciąż coś się dzieje, akcja pędzi, nudno raczej nie jest. Podoba mi się, że postacie są traktowane bardzo sprawiedliwie – wszyscy są tyleż szlachetni, co paskudni. Stron konfliktu jest kilka, a każda z postaci ma jakieś sensowne motywy, każdą można zrozumieć, nawet jeśli popełnia zbrodnie. Nie ma tu głębokiej psychologii, ale też nie jest ona szczególnie potrzebna. Chodzi bardziej o dzianie się, o wydarzenia, które składają się w całość, którą da się czytać. Tylko ten brak korekty! Błędy powalają! „Wzdłuż i wrzesz” albo „wywarzyć drzwi”. Rety!

Ciernik: Główny bohater, Ateron Kern, też mi się średnio podoba. Jakoś mało w nim mięsa. Wygląda jakby powstał wyłącznie po to, żeby można było zaprezentować świat. Inne postacie mają ciekawsze, mniej wydumane problemy niż on.  Protagonista, który ani razu nie staje przed żadnym poważnym wyborem? Dziwne. Nie przechodzi żadnego testu, czy to człowieczeństwa, jak inni bohaterowie, czy choćby męstwa. Jest tępym naiwniakiem, który wykonuje rozkazy i obraca się jak chorągiewka tam, gdzie akurat wiatr zawieje. Nawet decyzja przejścia z Gwardii do Inkwizycji nie jest jego decyzją, tylko wyrokiem losu/Boga. I tak przez całą książkę. A przecież można było poprowadzić to tak, żeby Ateron miał dylemat, komu zaufać: Gideonowi czy Christopherowi. Ale nie, on przechodzi do kolejnego obozu, gdy poprzedni go wykorzysta. Mamy więc pokaz martyrologii w wykonaniu ofiary manipulacji, ale nie mamy dylematów głównego bohatera ani napięcia z nimi związanego.

Pokrzywnica: Mnie nie podobały się Brownowate idee: Jezus miał dzieci, jego potomkowie żyją, bla bla. Nudne to już. Za to fantazja na temat nowej wojny chrześcijaństwa z islamem – interesująca i na czasie. A do tego heretycy. I to wszystko bez łatwych ocen i osądów. Każdy z bohaterów ma swoje racje. Każdy ma też coś za uszami. Nie znajdziemy tu prostych podziałów na czarne i białe, dobre i złe. Nie mamy pojęcia, komu kibicować – i to jest niewątpliwy atut tej powieści.

Ciernik: Wszyscy mają motywy, powody i racje, a efektem jest wojna, klęska i rzeź. W dzisiejszych czasach trudno pisać SF. Świat pędzi tak szybko, że coś, co dzisiaj wydaje się przełomowe, po wydaniu książki za pół roku może okazać się czymś zupełnie zwyczajnym. Albo kompletną pomyłką. Trudno nadążyć, szczególnie w przypadku wizji near future. Hardkorowe SF już w ogóle nie wchodzi w rachubę, bo ze względu na poziom skomplikowania dzisiejszej nauki, autor musi mieć doktorat, żeby coś przyzwoitego napisać, a czytelnik – żeby czytać to ze zrozumieniem. Zostaje więc historia alternatywna lub coś, co zaprezentował autor – pomieszanie post-apo ze średniowieczem. Odpada mnóstwo problemów technologicznych, a więc pułapek związanych z niecelnym strzałem w przyszłość. Ten zabieg pozwolił Kowarzowi ominąć takie pułapki i skupić się na wizji społeczno-religijnej.  A właściwie tylko społecznej, bo przecież katarzy już byli. Templariuszy naprawdę oskarżano o kontakty z muzułmanami, a nawet ze sławnym Starcem z Gór i jego sektą prototerrorystów, morderców i samobójców – Hasziszinów. Zostaje więc wizja społeczeństwa przyszłości. Wiarygodna?

Pokrzywnica: Nie wiem. Powrót Inkwizycji w takiej formie jak w „Samemu Bogu chwała” wydaje się w pierwszej chwili nieprawdopodobny, ale czy nazizm lub stalinizm wydają się prawdopodobne? A były. I to nie tak dawno. Nie mogłam się opędzić od takich skojarzeń, patrząc na sposób działania Kościoła przedstawiony w powieści. Bardziej mi to właśnie przypominało historię najnowszą niż średniowiecze. Ze średniowiecza są tam przecież tylko mity. I to te dosyć popularne, więc zniekształcone.

Ciernik: Nie tylko mity, ale też totalna potrzeba sterowania społeczeństwem, a nawet myślami ludzi. To typowo inkwizytorskie podejście. Zero tolerancji dla inności.

Pokrzywnica: Ale to też znamy z historii najnowszej.

Ciernik: Ale średniowiecze jednak było troszkę wcześniej!

Pokrzywnica: Zaraz… Ty naprawdę wierzysz, że tak wyglądało średniowiecze? Jak w tej książce? Że Aleksander Kowarz odtworzył tu średniowieczne myślenie i dodał jedynie nowinki technologiczne? Bo ja uważam, że nie. Bardzo nie. Myślenie jest na wskroś nowoczesne, moim zdaniem. Tylko symbole mają coś wspólnego ze średniowieczem, ale i te zostały tu użyte już po przemieleniu przez popkulturową maszynkę, więc to są bardziej takie plastikowe ikonki, niż prawdziwe symbole czegoś istotnego.

Ciernik: Może nie tyle odtworzył średniowieczne myślenie, co raczej wyobrażenie o tym, jak ono wyglądało. Być może jest to uproszczone i popkulturowe wyobrażenie średniowiecza i Inkwizycji, ale nawet nie o to chodzi. Różnica jest taka, że to religie karzą ludzi za myślenie, a nie systemy totalitarne. Systemy totalitarne karzą za szerzenie poglądów niezgodnych z obowiązującą linią, ale myśli w zasadzie zostają prywatne. Tak długo, jak długo się nie materializują, systemów totalitarnych to nie obchodzi. Natomiast religijne systemy totalitarne, to co innego. One na złe, grzeszne, nieprawomocne myśli nie pozwalają. I to tutaj widzę różnicę.

Pokrzywnica: Oj, Orwell by się z Tobą kłócił. A nie sądzisz, że znane nam systemy totalitarne nie robiły tego wyłącznie dlatego, że podchodziły do tematu pragmatycznie i wiedziały, że takiej możliwości nie ma? A w książce jest. Jeden z elementów fantastycznych to technologia, która umożliwia śledzenie myśli. A gdyby naprawdę istniała, to co? Tylko Kościół byłby nią zainteresowany? Nie wierzę. Każdy monarcha, każdy rząd chciałby mieć taką władzę.

Ciernik: I religie ją mają. To właśnie w tym miejscu systemy religijnej opresji wygrywają z totalitaryzmami. Te drugie nie osiągnęły tego, co udało się pierwszym. Religie zaszczepiają ludziom  wroga wewnętrznego, totalitarne – tylko zewnętrznego. Wierzyć, że samemu się jest grzesznym, jest trudniej, niż wierzyć, że sąsiad jest grzeszny. Systemy religijnej opresji w sposób niesamowicie umiejętny wpoiły swoim wiernym, że są z gruntu źli, nieodpowiedni, winni. Wystarczyło wykorzystać fakt, że wszyscy czasami czujemy, że coś ze światem i z nami jest nie tak. Użyto tego przeciwko nam, czy to w postaci konieczności „dźwigania” grzechu za sam fakt urodzenia (grzech pierworodny), czy za sam fakt posiadania ciała (jak w gnostycyzmie, gdzie materię uważa się za zło), czy postrzegania świata w sposób nawykowy (karma we wschodnich systemach).

Pokrzywnica: A jak Ci się podoba koncepcja elektronicznego Papieża? Według mnie jest ciekawa – strateg idealny i sędzia idealny – żadne uczucie nie zakłóci jego bezstronności, będzie się kierował w osądach i decyzjach wyłącznie zgodnością z doktryną... Brrr!

Ciernik: Taki Papież przecież wciąż działa – to zaszczepiony w nas bezlitosny sędzia, przed którym nic się nie ukryje. A Papież SI faktycznie zerojedynkowo wykonywałby wyroki zgodnie z algorytmem dziesięciu przykazań. Masz rację, Stalin też pewnie chciałby mieć coś takiego, ale głównie z powodu własnej paranoi, a nie „wyższej sprawy”.

Pokrzywnica: Jeśli dobrze się przyjrzeć, to w ludzkich społeczeństwach wszystkie „wyższe sprawy” okazują się jednak ostatecznie „niższymi sprawami” – tak przynajmniej wygląda to w powieści Aleksandra Kowarza. Trzeba autorowi przyznać, że stworzył interesującą hybrydę: i średniowiecze, i postapokalipsa, i fantastyka społeczno-religijna, i nowe technologie  – a wszystko razem składa się na powieść sensacyjną. I jakoś się ten cały mix smaków trzyma razem w jednym rozrywkowym torcie. Gdybyż tylko jeszcze na śmietance, czyli korekcie, nie oszczędzał!

sobota, 24 stycznia 2015

Pozory mylą

Zwierzęce zabawy literackie: Pozory mylą


„Kochanie, to nie tak, jak myślisz!” – zwykł tłumaczyć się niewierny mąż przyłapany in flagranti. Ale przecież czasem naprawdę sytuacja wygląda na zupełnie inną, niż jest w rzeczywistości! Wymyśl i opisz, jak TO (niekoniecznie zdrada małżeńska, TO może być czymś całkiem innym) wyglądało i jak faktycznie było.

Limit znaków: 8000. Jeśli chcesz, możesz przysłać nam swój tekst o pozorach, które mylą – jeśli nam się spodoba, opublikujemy go w dziale Zwierzęce zabawy literackie.

pokrzywnica(małpisko)leniwiecliteracki.pl

niedziela, 18 stycznia 2015

Aneta Modelska „Odbicia”

Upolowane:  Aneta Modelska „Odbicia”, papier

Ciernik: Zajmujemy się selfpublishingiem i wydawnictwami niszowymi. Wydawnictwo Krytyki Politycznej może rzeczywiście nie jest wielkim graczem, ale niszowym bym go nie nazwał. Co Cię skłoniło do zakupu wydanych przez nie „Odbić” Anety Modelskiej?

Pokrzywnica: Zaintrygowała mnie recenzja zamieszczona na Lubimy Czytać przez Lukę Rhei. Recenzentka ta prowadzi również bloga Przestrzenie tekstu i oczywiście tam też zajrzałam. Opisywana książka (jak się okazało: księga) wydała mi się niezwykła i pomyślałam, że warto ją przeczytać.

Ciernik: No tak. Jeśli książka jest „dziwna i tajemnicza”, to Pokrzywnica zaraz będzie chciała ją zjeść!

Pokrzywnica: Ty byś nie chciał, widząc taką recenzję?

Ciernik: Chciałem! I zjadłem! Rzeczywiście jest niepokojąco i dziwnie, szczególnie na początku. Nie pamiętam, który to autor powiedział kiedyś, że pierwsza książka pisarzy mainstreamowych zawsze mówi o sprawach osobistych. W niej debiutant wyrzuca z siebie wszystko, co naprawdę jego. Natomiast druga, z braku pomysłu i flaków do wyrzucenia, jest o tym, jak się pisało pierwszą. W „Odbiciach” autorka od razu poszła na całość – mamy tu dwie powieści w jednej, z czego druga jest o pisaniu książki. Jak Ci się podobał ten zabieg? Zapowiadało się fajnie.

Pokrzywnica: Formalnie – tak, masz rację. Są tu dwie przeplatające się warstwy: „Książka Pawła” i „Rzeczywistość”. Ale tak naprawdę jest na tych ponad siedmiuset stronach kilka książek. I one wcale nie są bardzo ciasno splecione, mogłyby egzystować odrębnie. Pomysł bardzo mi się podobał, wykonanie zresztą też, choć moim zdaniem „Odbicia” byłyby równie dobre, gdyby były krótsze, trochę mniej szczegółowe, a wszystkie wątki bardziej ze sobą powiązane. Ale ten rozmach autorki ma jednak swój urok. Wyczuwa się za tym wszystkim konkretną osobę, czyjeś prawdziwe spojrzenie, prawdziwe uczucia.

Ciernik: Szczególnie uczucia kobiety. Za każdym razem, gdy któraś z bohaterek zastanawiała się, czy to, co usłyszała, powinna traktować dosłownie, czy może jednak rozmówca naprawdę chciał powiedzieć coś całkiem innego, byłem zdziwiony. Czy kobiety żyją w aż tak paranoicznym świecie? Heh. To musi być strasznie męczące: dopatrywać się w czyichś słowach dziesięciu innych znaczeń. Psychologiczne portrety są tutaj po prostu świetne. Trochę mi przeszkadzało, że po wprowadzeniu każdej nowej postaci autorka zarzuca czytelnika wieloma informacjami biograficznymi naraz. Rozumiem, że chodziło o pokazanie sposobu myślenia pisarza – imię, nazwisko bohatera, a potem od razu wszystko, co o nim wie. Zabieg dla mnie zrozumiały, ale chociaż uzasadniony, to jednak męczący – a gdy nowe postacie pojawiają się ciągle, nawet pod koniec powieści – wręcz irytujący. Mimo to, po przebrnięciu przez te bloki zbitego biograficznego materiału, dostajemy bardzo dobrze zarysowane psychologicznie postacie.

Pokrzywnica: Ja myślę, że pokazanie sposobu myślenia pisarza, czyli Pawła, to tylko jeden z powodów, dla których te notki biograficzne się w tekście znalazły. W posłowiu mąż nieżyjącej już autorki przytacza jej słowa: „Między jednym a drugim – tym, co stworzyła wyobraźnia Pawła, a tym, co zdarzyło się w świecie <<realnym>>, pojawiają się pewne dziwne związki. Niekiedy wyraźne, niekiedy trudno uchwytne. To, w jaki sposób będą rozumiane, zależy tylko od czytającego”. Moim zdaniem, te fragmenty, które wyglądają jak CV, to takie twarde dno. To punkty wyjścia, miejsca, w których powinniśmy stanąć i patrzeć, żeby zacząć szukać tych związków.

Ciernik: „Dziwne związki” pomiędzy różnymi elementami, to z pewnością najbardziej wyrazista cecha tej książki. Jak dla mnie najciekawsze jest to, jakie tragiczne odbicie powieść znalazła w „naszej” rzeczywistości, dodając kolejną pętlę fikcja – real. Jeśli spojrzymy na całość, dokładając biografię autorki, robi się trochę przerażająco. Łatwo wtedy popaść w stan, w jakim znajdował się Marek, jeden z głównych bohaterów. Dla mnie to właśnie jego wątek był najciekawszy i najmocniej trzymał mnie przy tej powieści. Przerywniki związane z innymi bohaterami nie działały na mnie tak mocno. Podziwiałem umiejętności autorki, to, że potrafiła pokazać rozmaite ludzkie rozterki i problemy, ale niespecjalnie czułem związek z tymi postaciami. Ich biografie wydawały mi się obce. Ludzie starsi o około 10 lat ode mnie, dorastający w innym społeczeństwie, gdzie indziej będący teraz. Ich historie czytałem tak, jakbym czytał kronikę. Natomiast paranoiczny wątek Marka zapowiadał się na ciekawy kryminał.

Pokrzywnica: Mnie najbardziej zainteresowały właśnie te związki – wpływ wymyślonego na rzeczywiste. I ta drobiazgowość opisów uczuć postaci wydała mi się potrzebna, żeby móc tropić te związki, te drobne odchylenia, które powstają dlatego, że ktoś coś wymyślił. Jeśli jakaś kobieta wymyśla wirtualną postać, w której zakochuje się młody chłopak, to ta wymyślona postać ma realny wpływ na jego życie. Jeśli ktoś komuś nakłamie, nawkręca, a tamten pod wpływem tych kłamstw popadnie w chorobę psychiczną, to ma to realny wpływ na życie wkręconego i wszystkich, którzy go znają. Jeśli pewna kobieta opowie pewnemu mężczyźnie, co robiła wiele lat temu w Paryżu, to ta opowieść (nieważne: prawdziwa czy zmyślona) ma wpływ na to, co się potem wydarzy w życiu tej kobiety, jej córki, jej narzeczonego. I takich tropów jest w powieści bardzo dużo. Mniej lub bardziej wyraźnych. Na tym chyba polega cała niezwykłość pomysłu autorki – oprócz postaci, podmiotami działającymi, aktywnie zmieniającymi rzeczywistość, są tam opowieści. One stają się jakby dodatkowymi bytami, niemal osobami.

Ciernik: Przyjmując taką perspektywę, można się jeszcze bardziej wystraszyć. Skoro nawet nasze najbardziej błahe słowo, głupia historyjka czy kłamstewko, może mieć aż tak dalekosiężne skutki (efekt motyla), to widzę kilka możliwości:

  1. zaakceptowanie tego i niewgłębianie się;

  2. zaakceptowanie tego i wgłębianie się, jak robią to na przykład buddyści ze swoją nauką o karmie. Oni uznają, że podstawą każdego czynu musi być współczucie, bo skoro nie zawsze możemy przewidzieć końcowy efekt naszych działań, to miejmy chociaż dobre intencje;

  3. nieakceptowanie tego i dalej, w konsekwencji, musi pójść za tym jakaś forma samounicestwienia (od wycofania się ze świata po fizyczne samobójstwo).


Trochę przerażające.

Pokrzywnica: Ja chyba jestem z tych akceptujących i nie wgłębiających się. I nie tyle mnie to przeraża, co raczej skłania do uwagi, do większej ostrożności przy dzieleniu się rozmaitymi zmyśleniami. Bo zmyślić można wszystko, ale kiedy się to zmyślenie wypuści w świat, to ono zaczyna działać samodzielnie. Nawet jeśli wydaje nam się, że wszystko przewidzieliśmy i wszystkiego dopilnowaliśmy (tutaj kłania się historia jednego z bohaterów „Odbić”, tego Węgra, który dostał plik zabezpieczony hasłem – miał nie znać dobrze polskiego, a znał, i w dodatku był hakerem – amatorem). To jest tak nieprawdopodobne, że… aż prawdziwe. Rzeczywistość właśnie taka jest.

Wracając jednak do tych postaci – czasem wydawało mi się, że jest ich za dużo. Miałam uczucie, że zrobił się wokół mnie tłum i wszyscy gadają, a ja nie dam rady wysłuchać tylu osób naraz. W pewnym momencie byłam po prostu zmęczona tą książką jak przydługim spotkaniem towarzyskim. Ale teraz myślę, że to była po prostu metoda na ukrycie niektórych „dziwnych związków”, żeby nie było ich widać tak od razu – sztuczny gwar, sztuczny tłok.

Ciernik: Mnie to w jakiejś chwili zaczęło nawet irytować, szczególnie gdy powieść zbliżała się już do końca, a autorka wciąż wprowadzała coraz to nowych bohaterów. Powiem szczerze, że wtedy już czytałem to po łebkach, nie ogarniałem i nie chciałem ogarniać, śledziłem tylko znane mi wątki.

Pokrzywnica: Ja liczyłam na to, że one się w finale wszystkie splotą, zwiążą w jeden węzeł. Ale tak się nie stało. „Powieść Pawła”, gdyby rzeczywiście istniała, byłaby sensacyjna, z żywą akcją, paranoicznym klimatem i zaskakującym zakończeniem. Natomiast wątki „Odbić” zatytułowane „Rzeczywistość” to jakby seria pojedynczych opowiadań, które czasem łączą osoby, a czasem tylko wspólny motyw: opowieść, która wymyka się spod kontroli i zmienia losy bohaterów. A całość?

Bardzo trudno podsumować „Odbicia”, prawda? Powieść jest bogata – to na pewno. Opasły tom, pełen ludzkich losów. Prawdziwych i zmyślonych. I przenikający to wszystko niepokój.

Ciernik: Jestem ciekaw ile tego niepokoju i bogactwa odbiło się w pierwszej wydanej, a drugiej napisanej ("Odbicia" długo szukały wydawcy) powieści Anety Modelskiej. Ale czy ta ciekawość wystarczy, żeby sięgnąć po „List, który przyszedł za późno”? Nie wiem. W końcu wydało go tradycyjne wydawnictwo…

środa, 7 stycznia 2015

Jacob Stone, Borys Volkenheim „Tartan”, e-book

Upolowane: Jacob Stone, Borys Volkenheim „Tartan”, e-book

Pokrzywnica: He he! Znów mamy egzotyczne pseudonimy polskich autorów! Ale w tym przypadku raczej nie chodzi o „podbijanie Ameryki”, tylko chyba o dopasowanie personaliów twórców do wykreowanego świata. Bo „Tartan” to eksperyment – próba zbudowania powieści fantasy na fundamentach gry RPG.

Ciernik: Strasznie tłusty eksperyment. Ponad 400 stron! My jesteśmy małymi zwierzętami, nie damy rady tego wszystkiego zjeść! Zaprośmy na ucztę jeszcze kogoś.

Pokrzywnica: Czytasz w moich myślach! Zaprosiłam do nas pewną fajną ptaszynę, która sama pisze i do tego gra w RPG od lat. Ona nam wytłumaczy, z czym to wszystko się je!

Cześć, Pustułko! Rozgość się!

Pustułka: Cześć.

Pokrzywnica: Wiem, że piszesz już od dobrych kilku lat. A jak długo grasz?

Pustułka: Gram (a głównie jestem Mistrzem Gry) od jakichś 12 lat – bardzo mocno się w to wciągnęłam. Znam różne systemy, różne klimaty, fabuły, podejścia do grania.

Pokrzywnica: Ja jestem kompletnie zielona, nigdy nie grałam, więc będę zadawać głupie pytania. Pierwsze: co robi Mistrz Gry? I czy to jest w jakimś stopniu podobne do tego, co robi pisarz?

Ciernik: A ja grywałem sporo, głównie w Warhammera i trochę w MERPA.

Pokrzywnica: O, to Ty zadawaj, dla kontrastu, mądre pytania!

Pustułka: Czy granie i pisanie są podobne? Tak, trochę tak. Przynajmniej dla mnie, bo podejście do tworzenia fabuł RPG-owych może być różne. MG, czyli Mistrz Gry (zależnie od systemu może być nazywany inaczej, ale zasada pozostaje ta sama) to osoba, która tworzy fabułę, wydarzenia, opisuje graczom reakcje otoczenia na zachowania ich postaci, decyduje o sukcesach i porażkach (wspomagając się jakąś mechaniką często, żeby rzecz nie była czysto arbitralna), stawia wyzwania, no, ogólnie buduje świat, w którym Bohaterowie Graczy (BG) się poruszają.

Musi więc mieć pomysły jak pisarz, musi umieć też klimatycznie przekazać to, co widzi w głowie, żeby gracze mogli się wczuć i współtworzyć rozgrywkę. Jest więc trochę podobieństw.

Ciernik: Zwłaszcza, kiedy się gra własne scenariusze.

Pustułka: Dla mnie nie istnieją inne opcje! W ogóle nie uznaję grania „gotowców”.

Pokrzywnica: Jak się wymyśla grę? Jak się współpracuje z graczami? Czy do tego potrzeba weny? Trudniejsza jest współpraca, interakcje MG czy samotność i wszechwładza (a co za tym idzie, wszechodpowiedzialność) pisarza? Korzystasz czasem z doświadczeń gracza przy pisaniu? A odwrotnie?

Pustułka: Jak się wymyśla fabułę do gry? Pewnie co MG, to inna recepta, ale opowiem, jak to u mnie wygląda.

Wena na pewno się przydaje. Jednak po tylu latach regularnej zabawy czasem podchodzę do tego jak do pracy na etacie. Jest umówiona sesja i nieważne, czy jest humor, czy jest pomysł, czy też nie, coś się rozegra. Bywa, że siadam do stołu z pustką w głowie, ale potem to rusza. Zaczynam od jakiejś rozmowy BN-a z BG, wczuwam się i coś się odblokowuje. Do pisania jednak z taką pustką w głowie nie usiądę, bo tylko będę się gapić w pustą kartkę. W RPG jednak można czasem uchwycić się pomysłu gracza – pociągnąć wątek, który otworzył, zamiast wymyślać własne – chociaż przyznam, że jestem raczej osobą, która lubi mieć wszystko pod kontrolą.

Pod tym względem pisanie jest chyba trudniejsze. Choć wtedy z kolei masz pewność, że nikt nie pokrzyżuje Ci planów, nie rozwali klimatu sceny głupim tekstem, ani nie znudzi się wątkiem, który cię pasjonuje.

Za to i w jednym, i w drugim bardzo często pomysł wykluwa mi się w ten sam sposób – od jednej sceny, która gdzieś się zalęgnie w głowie i nie chce odpuścić. Często bywa tak, że w efekcie ta scena (rozmowa, kłótnia, walka, wypadek) nie będzie już tak ważna w fabule... Ale bez niej niczego by nie było.

Częściej korzystam z doświadczeń pisarskich w swoich sesjach RPG, niż na odwrót – chyba to pisanie dało mi zdolność tworzenia fabuł ad hoc, czy szybkiego kreowania postaci z jakimś charakterkiem. Zauważyłam też, że bardzo rozgraniczam pomysły na fabuły do RPG i pomysły do opowiadań. Nawet niewykorzystany wątek erpegowy raczej się nie znajdzie w opowiadaniu (przynajmniej nie w surowej postaci), bo jednak zakłada zwykle sporo wkładu graczy, często jest też mocno schematyczny (dopiero wkład innych pomaga mu się rozwinąć).

Mam też osobną „kategorię” opowiadań związanych jakoś luźno z sesjami (na przykład z postaciami Bohaterów Niezależnych). Cyzeluję je podobnie jak teksty, które chcę puścić w świat, ale jednak pokazuję wyłącznie „wtajemniczonej” grupce. Bo wiem, że jest tam masa „smaczków” czytelna tylko dla nich, i że stylistyka typowego fantasy ich nie odrzuci, bo to „ich” świat. Nie zdecydowałabym się nigdy tego wydać.

Pokrzywnica: MG nie tworzy jednak do końca postaci, prawda? Tworzy takie jakby maski, skorupki, w które „wchodzą” gracze, tak? I to oni mają sprawić, żeby te postacie ożyły? Cóż, w książce tak się nie da. I to w „Tartanie” widać. Postacie, łącznie z głównym bohaterem, to wydmuszki. Wyglądają, ale nie mają wnętrza.

Ciernik: Czasem zdarza się tak jak mówisz, że MG daje „szkielety”, ale najczęściej nie ma takiej potrzeby, bo to gracze tworzą swoje postacie od początku do końca. Mistrz Gry tworzy tak zwanych Bohaterów Niezależnych (BN) i ich odgrywa.

Pustułka: MG tworzy swoich bohaterów (BN) i oni zazwyczaj muszą być „z krwi i kości”, żeby BG mogli z nimi wchodzić w relacje (a te potrafią być naprawdę ciekawe). Gracze swoich bohaterów tworzą sami, ewentualnie konsultując jakieś ograniczenia z MG.

„Wydmuszkowatość” postaci w „Tartanie” wcale nie wynika, moim zdaniem, ze sposobu tworzenia postaci „jak w RPG”, tylko z zaniedbania psychologii. Tutaj położono nacisk na to, żeby wszystko wyglądało jak w grze komputerowej albo w filmie, czyli stworzono po prostu serię obrazków, a nie postacie, w które można by uwierzyć.

Pokrzywnica: Otóż to! Dowiadujemy się, jakie kto ma włosy, oczy i sylwetkę (na marginesie: rozbawiła mnie widoczna fascynacja mięśniami) ale nie mamy pojęcia, jakie te postacie są – jak czują i myślą, czego i dlaczego pragną. To są tylko figurki wycięte z papieru. I tu upatruję źródła głównego grzechu „Tartana” – nudy. Bo to jest aż 448 stron nudy! Czytałam z poczucia obowiązku, czytałam, ziewając, bo ci bohaterowie nic mnie nie obchodzą, ich losy nic mnie nie obchodzą, liczne bitwy (a są tu przecież i niespodzianki, i nagłe zwroty akcji) też mnie nic nie obchodzą, wszystko mi jedno, kto kogo pokona, bo wszyscy są mi tak samo obojętni. Po prostu nic (nikt!) mnie w tym świecie nie trzyma.

Ciernik: To jest podobno jeden z najczęstszych błędów piszących graczy. Kobieta miała 167 centymetrów wzrostu i niebieskie oczy. Albo: Pomieszczenie było duże i miało czerwone ściany. To są klasyczne teksty skierowane do graczy. MG nie zawsze ma potrzebę robienia klimatu, często po prostu chce podać jakąś informację graczom i nie musi do tego używać języka literackiego.

Pustułka: To były najnudniejsze opisy bitew, jakie w życiu czytałam (uwzględniając artykuły czy książki historyczne) niestety... Ale to akurat trąciło RPG-ową manierą. Wydawało mi się, jakby kamera szła za BG i musiała pokazać każdy jego pojedynek w podziale na tury – każda wymiana ciosów została zapisana (brakowało tylko w nawiasach wyników rzutów kostkami).

Co do opisów bohaterów, cóż... „Włosy” i „oczy” to podstawowe rubryki na sporej części kart postaci (taka maniera charakteryzowania) – pewnie to stąd...

A potem dostajemy takie kwiatki, jak fakt, że Tartan, ścierając się w morderczym pojedynku z jakimś gościem, dostrzega, iż ten ma szaroniebieskie oko.

Pokrzywnica: Och, kwiatki i w ogóle język to osobna historia. Niby książka była redagowana, ale pani redaktor chyba przysypiała (z nudów?) nad dziełem. Nieustannie powtarzane „sobie” i „swój” – „położył sobie ręce na biodrach”, „nie mógł powstrzymać swoich emocji”, „kupcy chronili przed skwarem swe głowy” – do upojenia. Styl okropny. Ale zostawmy to na razie.

Ta książka to eksperyment, próba przełożenia gry na historię do czytania. Czy Waszym zdaniem życie Tartana to w ogóle jest pomysł na powieść? Gdyby autorzy mieli więcej talentu i/lub umiejętności literackich – czy to by się mogło udać? Czy może jest to historia, która byłaby ciekawa jedynie w grze (o ile w ogóle byłaby?) a w książce po prostu nie? Czy ten eksperyment mógł wypaść lepiej, niż wypadł?

Pustułka: Czemu nie? Są wątki, które, moim zdaniem, mają potencjał. Może nie na Nobla, ale na coś zjadliwego... Tam jest parę spraw zasygnalizowanych, w których siedzą jakieś emocje, problemy, coś, co mogłoby dodać kolorytu postaciom. W pierwszej części trochę tego było – wchodzenie cwaniaczka z ulicy do elitarnej wojskowej jednostki (Tylko gdzie motywacje? Czemu właściwie obchodziło go życie króla?). Selena (Niby oklepany wątek miłosny, ale właściwie, czemu nie?) później może kwestia odnalezienia się w świecie po rozwiązaniu Gwardii Królewskiej. Pewne kwestie dałoby się pogłębić, akcję dać bardziej w tle... No, ale to takie luźne gdybania.

Czytywałam kiedyś lektury z akcją osadzoną w światach związanych z RPG. Nie były to książki wysokich lotów (ale też nie starały się takie być) lecz przynajmniej pochłaniało się je w jeden wieczór (takie czytadło do przemielenia wzrokiem). Przez „Tartana” natomiast ledwo przebrnęłam.

Ciernik: O! Właśnie chciałem o to zapytać: czy książki tego typu zawsze są takie słabe, czy bywają lepsze?

Pustułka: Zdarzają się nieco lepsze, choć nadal oczywiście jest to raczej rozrywka dla niewyrobionego czytelnika. Nie ma co się łudzić.

Pokrzywnica: Mnie się podobał jeden fragment, w którym widziałam pomysł literacki, i to całkiem ciekawy. To było tam, gdzie skryba Horacy odwiedzał różne postacie i rozmawiał z nimi, próbując odtworzyć biografię Tartana. Realizacja tego pomysłu nie do końca się udała, bo te postacie mówiły głównie o tym, co się działo, a nie o Tartanie oglądanym z ich wyjątkowego, niepowtarzalnego punktu widzenia. A przecież taka Elfka Śmierci, która zapewne widziała w nim górę smacznego mięsa albo Wielki Kalif, który pewnie przez cały czas zastanawiał się, którą z córek „sprzedać” Tartanowi za żonę... Oni by mogli powiedzieć naprawdę ciekawe rzeczy! Gdyby te postacie były bardziej dopracowane psychologicznie, gdyby było widać ich indywidualność i Tartana przez jej pryzmat... To by była, moim zdaniem, fajna historia – taka mozaika, w której rekonstruujemy obraz bohatera. Może nie wyszłaby z tego powieść, ale niezłe opowiadanie chyba tak.

Ciernik: Historie ogona nie urywają, ale mają, moim zdaniem, pewien potencjał. Można by je rozwinąć w kierunku opowieści rozrywkowych dla niewyrobionego czytelnika, bo tam są takie archetypowe wręcz motywy i gdyby napisać je znośnym językiem, to może i coś by z tego było. Z tym, że to wszystko jest, oczywiście, ograne aż do bólu, zerżnięte z innych światów, lekko tylko zmienione. Świat jest nudny i nieodkrywczy, książka jest źle napisana. Tak naprawdę to wygląda po prostu jak reportaż z sesji. Szczególnie druga minipowieść sprawia wrażenie zbioru przygód, których komuś nie chciało się nawet dobrze opisać.

Pokrzywnica: Ciekawe, że chyba Tobie najbardziej nie podoba się to, co mnie się akurat wydaje literacko najbardziej obiecujące.

Ciernik: Nie do końca nie podoba. To, co piszesz, ma sens – pomysł super, ale ta realizacja!

Pustułka: Wracając do stylu i języka: ilekroć czytałam o „wyciąganiu czegoś z magicznego inwentarza”, to myślałam, że rozszarpię swój czytnik na strzępy. I paskudna kalka z angielskiego, i znaczenie ni w pięć ni w dziewięć. Szczegół, ale chyba głównie to zostanie mi na dłużej w pamięci z tej powieści.

Pokrzywnica: Mnie to kładzenie rąk „sobie na biodrach” doprowadzało do rozpaczy. Nie dość, że „sobie”, to jeszcze przy tym geście wciąż mi stawała przed oczami tancerka z zespołu „Mazowsze” podśpiewująca Oj, dana, dana. A jak już Tartan spotkał się z krasnoludem i obaj „położyli sobie ręce na biodrach”, to zobaczyłam dwie grube i pyskate przekupy przy straganach... Zdarzały się też całkiem zabawne literówki, na przykład taka: „skrzyżował słonie na piersiach”.

Ciernik: Ja mogę wymienić jedną zaletę „Tartana”: przy czytaniu przypomniała mi się młodość!

Pokrzywnica: Słuchajcie, no to dlaczego gier (które przecież chyba dostarczają emocji, nie?) nie daje się przełożyć na dobre opowieści? Czemu wypadają tak blado (jako prosta rozrywka „do przemielenia”)? Czy jest coś poza tą „wydmuszkowatością” postaci, co uniemożliwia taki przekład? Warto w ogóle próbować, czy takie eksperymenty są z góry skazane na niepowodzenie? A jeśli próbować, to jak to robić? Co zrobić, żeby wyszło coś lepszego niż „Tartan”, który bardziej przypomina Panoramę Firm niż powieść?

Ciernik: Uważam, że taki dobry przekład jest jak najbardziej możliwy! Te książki są słabe, bo piszą je słabi autorzy, a poza tym są one adresowane do dzieciaków, więc nie ma co liczyć na jakieś głębsze treści. Ale jestem pewien, że można zrobić dobrą powieść na kanwie gry, bo gry RPG mają często duży potencjał fabularny.

Pustułka: Zgadzam się. Problem tkwi w samych autorach i tym, jak wysoko stawiają sobie poprzeczkę, a nie w grach jako takich.

Przeszkodą może być to, co drażniło mnie w „Tartanie”: często, aby utrzymać uwagę graczy, trzeba ubarwiać świat – mnożyć potwory, dziwne zjawiska, wprowadzać nowe moce i tak dalej. Bo po prostu walka z dziesiątym orkiem nie jest tak ciekawa jak z pierwszym i trzeba coś zmienić. Dlatego świat RPG często oferuje dużo bardzo różnorodnych scenerii. A wpakowanie tego wszystkiego w powieść kończy się sieczką. Autor musi wiedzieć, co chce pokazać, skupić się na jednym, opowiedzieć, zamiast robić przegląd pomysłów twórców świata. A to się stało w „Tartanie”: tu wyszkoleni orkowie na tle goblińskiej hordy, a obok wielcy uczeni, tu znów coś w stylu Bliskiego Wschodu, tam żywiące się ludzkim mięsem elfy, a tu jeszcze znienacka wyskakują Siły Światłości. Jednego normalnego obywatela nie ma! Nellem trąci jakimś specyficznym steampunkiem (dobra, bez pary, ale za to dostajemy balony i sterowce, i działa ładowane kryształami energetycznymi) ale na odsiecz mu idą, między innymi, samuraje... I tak w nieskończoność.

Pokrzywnica: O, właśnie! To powoduje, że nie tylko postacie, ale i świat też nie przyciąga, bo się w nim po prostu gubimy. Co zatem zostaje? Akcja? Cóż, potencjał fabularny nie może polegać na serii bitew, które różnią się, co prawda, szczegółami, ale poza tym przypominają kolejne etapy jakiejś prostej gry komputerowej. Bo ileż można? A tu mamy te bitwy plus dwa standardowe do bólu romanse. No i zamiast klasycznego łuku rozwoju bohatera, jest jakaś nieokreślona figura powyginana w osiemnaście – choć to akurat nie musi być wadą, o ile będzie jakoś zaplanowane, żeby nie sprawiało wrażenia efektu rzutu kostką.

Pustułka: Rozwój Tartana mocno mi przypominał wprowadzanie postaci na kolejne poziomy metodą: Pomyślmy, co by tu dobrać (jaką profesję/umiejętność), żeby dostać największe statystyki w ataku i obrażenia. To się sprawdza tylko wtedy, gdy nad wszystkim jest jakaś nadrzędna koncepcja – nawet w grze (jeśli dbamy choć trochę o klimat) a co dopiero w powieści.

A akcja? Sama najlepiej ją podsumowałaś – gra komputerowa. Nic więcej.

 

 

 

sobota, 3 stycznia 2015

Projekt "Levante"

Jedna z naszych ulubionych autorek, Edyta Niewińska, napisała nową powieść. Tym razem postanowiła stworzyć w związku z książką projekt crowdfundingowy – wydanie „Levante” mają sfinansować sami czytelnicy. W nagrodę dostaną upominki: podziękowania w książce, własnoręcznie wypisane i wysłane przez autorkę pocztówki z Andaluzji, egzemplarze powieści z dedykacją, a jeśli ktoś wesprze projekt naprawdę dużą kwotą, może liczyć nawet na wycieczkę po opisywanym pueblo blanco z Edytą w roli przewodnika. Szczegółowy opis projektu i fragment powieści można znaleźć na stronie Kultura Hula.

[embed]https://www.youtube.com/watch?v=TmNLHRJ-M9g[/embed]

 

Leniwiec Literacki: W opisie projektu na stronie Kultura Hula piszesz tak: „Duże wydawnictwa nie nadążają za potrzebami rynku, czytelników i autorów, dlatego zdecydowałam się na współpracę z innowacyjnym, poznańskim wydawnictwem BookFlow”. Co dokładnie masz na myśli?

Edyta Niewińska: Ludzie pracujący dla BookFlow znają problemy twórców debiutujących i tych, którzy funkcjonują już na rynku. Wiedzą, że debiutanci często są odprawiani z kwitkiem w dużych wydawnictwach, bo nie są znani. Sami autorzy zresztą często nie rozumieją, jak działa rynek książki w Polsce, i tak naprawdę wcale nie muszą tego wiedzieć. Napisali książkę i chcieliby, aby znalazła się na półkach w księgarniach. Wydawca jest od tego, żeby zająć się całą resztą. Niestety, z jakichś przyczyn w Polsce to tak nie funkcjonuje.

Leniwiec Literacki: To znaczy, że rozmawiałaś o wydaniu „Levante” z wydawnictwami niewymagającymi współfinansowania ze strony autora? Odmówiły?

Edyta Niewińska: Rozmawiałam z wydawnictwami o publikacji mojej pierwszej książki „Kosowo” i zrozumiałam, że niestety mainstreamowy rynek wydawniczy nie nadąża za rynkiem czytelniczym. W jednym z największych wydawnictw zaproponowano mi wydrukowanie książki za dwa lata, co oznaczałoby dodatkowo kolejne pół roku czekania na wprowadzenie jej na rynek. Dla mnie książka, którą piszę, jest ważna tu i teraz, opowiada o aktualnych problemach współczesnych mi ludzi i zależy mi na tym, żeby trafiła do czytelnika jak najszybciej. „Levante” skończyłam redagować pod koniec listopada, aktualnie zbieram środki na jej wydanie, a za cztery miesiące będzie można ją kupić w księgarniach. Dzięki temu czytelnicy będą mieli książkę dotyczącą ich teraźniejszych spraw, a ja będę mogła zająć się pisaniem następnej.

Leniwiec Literacki: Czas. Coś w tym jest. Podobnie mówił w jednym z wywiadów Kuba Wojtaszczyk, autor „Portretu trumiennego”. Powiedział, że wydał tę książkę własnym sumptem z niecierpliwości, że mógł ją wydać tradycyjnie, ale po prostu nie chciał czekać.

A jak argumentowały te wydawnictwa, które odrzuciły „Kosowo”? Przecież to jest dobra książka…

Edyta Niewińska: Jedno wydawnictwo odmówiło mi publikacji „Kosowa” ponieważ uznało, że powieść może co najwyżej zdobyć nagrodę literacką, ale na pewno nie będzie bestsellerem czytelniczym, czyli nie przyniesie oczekiwanych zysków.

Leniwiec Literacki: Rzeczywiście, to nie jest łatwe czytadło. To raczej bolesna diagnoza stanu psychicznego dzisiejszych młodych dorosłych.

Edyta Niewińska: Dziękuję za miłe słowa. Ewentualna nagroda dla „Kosowa” – jak mi wyjaśniła pani redaktor – jest dla autora, nie dla wydawnictwa, więc im się to zwyczajnie nie opłaca. Powiedziano mi także, że żadne środki nie zostaną przekazane na promocję mojej książki, ponieważ warto promować tylko amerykańskie bestsellery, bo to one przynoszą zyski. To pokazuje stan rynku, który nie liczy się z czytelnikiem szukającym dobrej, ciekawej, czasem wymagającej lektury, w zamian próbując zawęzić rynek do komercyjnych czytadeł do pociągu.

Leniwiec Literacki: No to jak to z Tobą właściwie jest: chcesz być autorką niezależną i nie zamierzasz w ogóle wydawać tradycyjnie, czy też masz poczucie, że po prostu musisz działać tak jak działasz, bo inaczej nie wydasz w ogóle? To jest wybór czy konieczność? Bo przecież nie jesteś debiutantką, wydałaś selfpublishingowo ciekawą i ciepło przyjętą przez czytelników powieść – czy to nie jest dobry argument dla wydawców?

Edyta Niewińska: Przede wszystkim nie interesuje mnie główny nurt, w niczym, ani w pisaniu, ani w wydawaniu. Ponadto mam przeczucie, że rynek wydawniczy za chwilę spotka to samo, co rynek muzyczny i telewizyjny – podobnie, jak mp3 i Netflix zmieniły odbiór muzyki i seriali telewizyjnych, tak rynek selfpublishingu zmieni podejście dużych wydawców. To już widać w USA i UK, gdzie największe bestsellery powstawały jako powieści w odcinkach na blogach albo były wydawane jako e-booki na Amazonie. W Polsce jeszcze trochę czasu upłynie, zanim zobaczymy zmiany, ale ja nie zamierzam na nie czekać latami.

Rynek selfpublishingu w Polsce często kojarzony jest z publikacjami niskiej jakości, w których są błędy ortograficzne…

Leniwiec Literacki: Oraz całe mnóstwo innych!

Edyta Niewińska: …oraz całe mnóstwo innych. I które mają brzydkie okładki. A to nie musi tak wyglądać! „Kosowo” nie było wydane jako taki prawdziwy selfpublishing, tylko przez małe poznańskie wydawnictwo Madmesis. BookFlow, które wybrałam na wydawcę „Levante”, stawia na jakość wydawanych książek, które będą miały porządny skład, dobrą korektę i niebanalną okładkę. Autor może liczyć na wsparcie ze strony wydawcy dysponującego świetnym zapleczem technicznym i zespołem doświadczonych specjalistów, a to bardzo ważne.

Myślę, że teraz, gdy nie jestem już debiutantką, byłoby mi łatwiej znaleźć tradycyjnego wydawcę, ale gdy pomyślę o warunkach, jakie oni proponują – żałosne „stawki” jako wynagrodzenie i żadnego wsparcia merytorycznego, promocyjnego, do tego tak zwane oszczędności na każdym kroku – to naprawdę nie chcę przez to przechodzić. Wolę spróbować czegoś nowego, z ludźmi, do których mam zaufanie, bo wiem, że zależy im na mojej książce.

Leniwiec Literacki: A na czym polega „innowacyjność” BookFlow?

Edyta Niewińska: Innowacyjność polega na tym, że osoby, które tworzą ten projekt, stoją „frontem do klienta”. Zabawne, że to, co powinno być standardem, jest w Polsce innowacją. Wnosząc na starcie, jako autor, kwotę na sfinansowanie wydania książki, mam realny udział w zyskach z jej sprzedaży. A czytelnicy, wspierając crowdfunding, kupują książkę w przedsprzedaży. Wydaje mi się to uczciwym rozwiązaniem dla wszystkich – autora, wydawcy i czytelnika.

Leniwiec Literacki: A kto właściwie jest klientem wydawnictwa? Autor czy czytelnik?

Edyta Niewińska: Chyba jedni i drudzy. Dla mnie wydawnictwo jest pośrednikiem pomiędzy moją książką a jej odbiorcą. Dzięki dobrej dystrybucji i promocji mogę dotrzeć z książką do czytelników. Dlatego nie zdecydowałam się na typowy selfpublishing, bo nie chcę spędzać czasu na samodzielnej sprzedaży książki, wolę poświęcić go na pisanie i na spotkania z czytelnikami. Taki komfort zapewnia mi mój nowy wydawca, Bookflow. U nich każdy autor ma dwie możliwości: Wydawnictwo BookFlow i BookFlow Selfie. Wydawnictwo oferuje kompleksową obsługę i ogólnopolską dystrybucję, tak jak w „tradycyjnym” wydawnictwie. Różnica polega tylko na modelu finansowania, bo pod tym względem to jest rzeczywiście selfpublishing. Decydując się na tę opcję, otrzymuję wsparcie ze strony BookFlow na każdym etapie powstawania książki i po jej wypuszczeniu na rynek: profesjonalną redakcję, korektę, skład, druk książki, promocję, w tym patronaty medialne i dobrą dystrybucję. Ponadto ludzie z wydawnictwa pomagają w zebraniu pieniędzy poprzez crowdfunding. Współpracują z zaprzyjaźnioną platformą kulturahula.pl, na której założyłam swój projekt. To miejsce, które skupia różnych twórców, ale szczególnie bliska jest im literatura. Kultura Hula zakończyła już z sukcesem dwa projekty, z czego jeden z nich był książkowy, więc jestem optymistką i wierzę, że „Levante” też wesprą ludzie, którzy lubią dobrą literaturę.

Leniwiec Literacki: My patrzymy na rozmaite literackie projekty i przedsięwzięcia z perspektywy czytelnika. Dla nas wpłata na taki projekt, to nie charytatywne wsparcie, tylko rodzaj zaliczki. „Kosowo” nam się podobało, więc tę nową powieść też chcemy przeczytać. Dlatego Leniwiec drobną kwotę wpłacił i teraz czeka. I to nie tylko na „Levante”, ale także na pocztówkę z Andaluzji!