Zwierzęce zabawy literackie: Własny mały mit
Recepta na mit (za „Poetyką mitu” Eleazara Mieletinskiego):
Logika mitu oparta jest na fałszywych podstawach, kiedy przesłanka niezbędna do wyprowadzenia konkluzji przyjęta jest zawczasu jako niebudzące wątpliwości założenie. W micie wszystko, co względne, uważane jest za bezwzględne, hipotetyczne – za kategoryczne, a bezwzględność jest względna. W wyniku panującej w micie twórczej wolności pragnień i estetycznej gry pojawia się „cudowne” – z typową dla niego absolutyzacją cech i właściwości, istot lub przedmiotów z ich absolutną zdolnością transformacji, jawnością wszelkich tajności i tajnością wszystkiego, co jawne.
Limit znaków: 6000. Jeśli chcesz, możesz przysłać nam swój własny mały mit – jeśli nam się spodoba, opublikujemy go w dziale Zwierzęce zabawy literackie.
pokrzywnica(małpisko)leniwiecliteracki.pl
niedziela, 17 maja 2015
niedziela, 10 maja 2015
K.S. Rutkowski „W niewoli seksu”
Upolowane: K.S. Rutkowski „W niewoli seksu”, e-book
Pokrzywnica: Po ultrażeńskiej singielce pora na odtrutkę. Książka wydana przez Novae Res jest określana mianem „twardej, męskiej prozy”. Zgadzasz się z tą opinią?
Ciernik: Tak. Jest męska, mocna i wulgarna. Dużo seksu, jeszcze więcej przekleństw. Bohaterowie opowiadań to faceci – zazwyczaj z psychicznymi defektami albo sami siebie za takich niepełnowartościowych uważający. Trochę za często pachniało mi to wszystko Charlesem Bukowskim, ale w sumie nie było złe.
Pokrzywnica: Zainteresował mnie fragment opisu ze strony wydawnictwa: „Znajdziemy tu facetów wikłających się w skomplikowane relacje, zmanipulowanych, cierpiących i gotowych zabić. Przemoc miesza się z seksem, a miłość z nienawiścią. Tutaj spotkamy się w miejscu, gdzie seks stanowi początek drogi, a czasem również jej koniec”. To dobre podsumowanie, rzeczywiście to wszystko w zbiorze „W niewoli seksu” jest. Ale mnie się ta książka nie wydała mocna. Męska, tak (chociaż co ja tam wiem) ale nie mocna. Może zrobiłaby wrażenie na młodych niewinnych pannach (i być może właśnie dlatego powinny ją przeczytać?) ale ja przy lekturze głównie chichotałam. Bo to jest książka dość szczera i bardzo autoironiczna. Przypuszczam, że dla mężczyzny może być gorzko-śmieszna, ale dla mnie była przede wszystkim zabawna, w dobrym znaczeniu tego słowa. Większości bohaterów było mi strasznie żal. Oni rzeczywiście są w niewoli i gonią w piętkę za kawałkiem cycka. I jako posiadaczka tegoż, miałam ochotę powiedzieć: Ej, chłopie, wyluzuj, to tylko cycek! Ale tak naprawdę nie tylko, prawda? O co rzeczywiście w tej książce chodzi?
Ciernik: Sam się zastanawiam, bo chociaż jestem facetem, też myślałem sobie: Człowieku, nie świruj, to tylko… (i tu wstawiałem odpowiednią część ciała w zależności od konkretnego opowiadania). Wychodzi na to, że albo jest to książka o seksoholizmie, albo o ludziach uzależnionych od adrenaliny.
Niedawno czytałem artykuł w Fokusie, zacytuję kawałek:
„Co się dzieje w naszym mózgu w czasie zakochania? Przede wszystkim podnosi się poziom dopaminy, która jest odpowiedzialna m.in. za koncentrację uwagi i zachowania ukierunkowane na osiągnięcie celu. Jej wysokie stężenie sprawia, że czujemy euforię i przypływ energii, wpadamy w ekstazę, nie możemy spać, tracimy apetyt, kołacze nam serce, a oddech przyspiesza. To dopamina podsyca rozpaczliwe wysiłki ratowania miłosnego związku. To dzięki niej jesteśmy w miłości – nawet nieodwzajemnionej – tak wytrwali.
Drugim neuroprzekaźnikiem, który zalewa mózg zakochanego, jest noradrenalina. Dzięki niej zapamiętujemy najdrobniejsze szczegóły działań ukochanego i wspólnie spędzonych chwil. Ważna jest jeszcze serotonina, której poziom akurat gwałtownie spada. Efekt? Myślenie o wybranku cały czas i zachowania typowe dla nerwicy natręctw”.
Pokrzywnica: Noradrenalina i dopamina. Jak po amfetaminie…
Ciernik: Tak. I już wiem, dlaczego nie jestem typem podrywająco-romansującym. Nie kręci mnie to z tego samego powodu, z jakiego nie kręciła mnie nigdy amfetamina: przez chwilę jest fajna zabawa, ale potem niechybnie przychodzi kac, który dla mnie jest zawsze o wiele gorszy i przesłania całą speedową przyjemność.
Pokrzywnica: Cóż, jeśli chce się zdobywać szczyty, wzlatywać ponad chmury, to trzeba też umieć schodzić w doliny albo i do samego piekła. Nie da się inaczej. Może bohaterowie opowiadań Rutkowskiego właśnie tego nie potrafią?
Ciernik: Może.
Pokrzywnica: Kiedy już przestałam chichotać i postanowiłam przyjrzeć się tej książce bardziej serio, to uderzyło mnie, że ci mężczyźni zawsze przegrywają. Czy on jest napalony na kobietę, czy kobieta na niego – wszystko jedno. I tak on zawsze przegra, ona będzie górą. Tak jakby w tym podrywaniu był jednocześnie lęk przed kobietami, nieustanna walka z tym lękiem i zarazem strach przed karą. Niby to oni je uwodzą, niby dominują, widać, że tam nie chodzi o miłość, nawet nie o seks, tylko o kontrolę, o władzę, ale... oni zawsze przegrywają.
Ciernik: Nieubłagany, wszechpotężny kac. I osobista, indywidualna przegrana.
Pokrzywnica: Gdyby odrzucić proste i łatwe odpowiedzi (w rodzaju: zwierzęcy instynkt, adrenalina, nałóg) to dlaczego oni wciąż powtarzają tę grę? Czyżby zabawa w zdobywcę, który gardzi ofiarą i ofiara wzajemnie gardzi nim, była jakoś wpisana w definicję męskości? Jedną z możliwych definicji?
Ciernik: Moja definicja męskości jest dosyć płynna, ale wydaje mi się, że męska jest przede wszystkim umiejętność wychodzenia ze strefy komfortu, pomimo strachu, który zawsze się z tym wiąże. Umiejętność naprawiania popełnionych błędów, na które zawsze jest się narażonym właśnie podczas opuszczania tej naszej strefy. Tak jest zawsze, gdy stoi się przed perspektywą wejścia w poważny związek, zmiany pracy, otwarcia biznesu, zostania ojcem, czy próbuje się napisać taką książkę, jakiej nigdy się nie napisało, a jaką zawsze w głębi serca napisać się chciało, chociaż nie umiało się do tego przyznać. To wszystko są wyjścia ze strefy komfortu, to wszystko są nowe sytuacje, w których możemy przegrać. Czy ta świadomość nas zatrzyma? Prawdziwego faceta nie powinna.
Pokrzywnica: A które z opowiadań podobało Ci się najbardziej?
Ciernik: Mnie w ogóle bardziej niż kwestie seksu, zainteresowały uwagi dotyczące pisania i publikowania książek. Jest tam kilku bohaterów piszących i oni sugerują albo wręcz mówią wprost, że i owszem, ktoś tam ich twórczość zna, mają czytelników, którzy nawet trochę lubią ich teksty, ale ponieważ one są takie mocne, wulgarne, męskie i niestrawne (w mniemaniu tych bohaterów), to oni nie osiągnęli wielkiego sukcesu. No i spójrz, jaka to jest bezpieczna i miła nisza: mam sobie grupkę czytelników, ciągle piszę to samo, fajne i bezpieczne gniazdko sobie uwiłem. Nie będę pisał dla mas, bo... No właśnie, dlaczego, tak naprawdę, nie będziesz? Czy nie dlatego, że mogłoby się okazać, iż pomimo twoich największych starań, mógłbyś zostać odrzucony? A to pokazałoby dobitnie, że nie potrafisz żadnego sukcesu w tej dziedzinie osiągnąć. I z tej perspektywy zbiorek opowiadań K.S. Rutkowskiego o wiele więcej mówi o kryzysie męskości i w ogóle o tym, czym prawdziwa męskość może być.
A jeśli mam wybierać, to najbardziej podobało mi się opowiadanie „Pierwszy udany podryw”. I jeszcze ostatnie, zatytułowane tak samo jak cały zbiór „W niewoli seksu”. Dobrze podsumowało tomik. Ostatnie zdanie jest mocne i poraża samoświadomością bohatera.
Pokrzywnica: Ten szesnastolatek z „Pierwszego udanego podrywu” to jeden z nielicznych mężczyzn, którzy w tej książce wygrywają. Może dlatego, że umiał wykorzystać swoje prawdziwe atuty, przede wszystkim inteligencję. To, co prawdziwe, zawsze jest lepsze od sztuczek.
Ciernik: Niby tak, ale istnieją przecież szkoły uwodzenia. I uczą tam skutecznych technik. Nie stuprocentowych, bo takich nie ma, nie działających na każdą kobietę, ale jednak niektórzy faceci wychodzą z takich szkół z zestawem całkiem skutecznych narzędzi. I nawet jeśli uznamy, że tak naprawdę, te narzędzia to tylko takie placebo, które powoduje, że facet po prostu czuje się lepiej we własnej skórze, a kobiety to zauważają, więc jego szanse statystycznie wtedy rosną, to jednak jest to przecież jakiś sposób wpływania na ludzi, czyż nie?
Pokrzywnica: W samej pewności siebie nie widzę nic złego, natomiast w manipulacji już tak. To przecież rodzaj psychicznej przemocy. Kobiety (na szczęście nie zawsze i nie wszystkie) są na to podatne w pewnych sytuacjach. Mężczyźni zresztą też, przykład mamy w opowiadaniu „Patrz na mnie”. Ono jest oczywiście świadomie przerysowane, ale mówi o tym, w jaki sposób stosują przemoc kobiety.
Wracając jednak do uwodzicielskiej manipulacji: tak się złożyło, że potrzebowałam ostatnio poczytać pewne damskie forum poświęcone tematyce związków, romansów i tym podobnych. I co chwilę powtarzały się pytania w rodzaju: Czy ja powinnam do niego zadzwonić? Co on sobie pomyśli, jeśli ja...? Na której randce seks? I milion podobnych. Na większość tych pytań odpowiedziałabym: A jak ty uważasz? Czego byś chciała? Kobiety sobie nie zadają tych pytań! One myślą, co powinny i co wypada, jakim schematem należy się posłużyć, a nie, czego chcą. I dlatego, jeśli facet się we właściwy schemat wpasuje, to one go w tym schemacie przyjmą. Tylko pytanie, czy rzeczywiście jego? Czy może tylko jakąś plastikową męską figurę, przy której same też będą odgrywać rolę, staną się komplementarną i równie plastikową figurą kobiety? Wiesz, ja uważam, że jeżeli kogoś chcesz, to go po prostu chcesz. I wiesz, w jaki sposób go chcesz. Nie musisz nikogo o to pytać.
A warto też pamiętać, że schemat: Ty mnie zdobywaj, a ja będę twoim trofeum jest tylko jednym z wielu możliwych. Można przecież drugiego człowieka przyjmować rozmaicie – nie tylko jak zdobywcę, ale, na przykład, jak króla. Albo po prostu jako partnera, towarzysza, i to niekoniecznie na życie, bo przecież nie każdy jest dla nas odpowiednim towarzyszem na życie. Czasem ktoś jest partnerem idealnym na jeden taniec albo na wspólną wyprawę dokądś. I to też ma wartość.
Ciernik: Kobiety, o których tu piszesz, natrętnie domagają się od samych siebie bycia w związku, więc dla nich żadna inna opcja nie wchodzi w rachubę. Do niektórych spostrzeżeń (i otwierających się w efekcie możliwości) ludzie muszą po prostu dorosnąć. Nie ma innej drogi.
Wspominałem o szkołach uwodzenia. Teraz jest tego mnóstwo, ale jeszcze kilkanaście lat temu w sieci polskiej nie było takich szkół w ogóle, a w USA było tylko kilku fachowców w tej dziedzinie. Zwano ich Pick-up artists. Ich szkolenia to najczęściej były właśnie jakieś techniki podrywu, których założenia można streścić w kilku zdaniach, ale głównie chodziło o zachwianie poczucia wartości kobiety i wprowadzanie na zmianę głasków i klapsów psychicznych. Trochę takie pranie mózgu, ale mające spowodować pewien rodzaj satysfakcji czymś nieprzewidywalnym. Sprawdziłem, rzeczywiście działało, szczególnie na młode kobiety. Potem porzuciłem temat jako kompletnie nudny, by z ciekawości zerknąć na scenę Pick-up artists po wielu latach. Okazało się, że większość tych facetów przeszła bardzo ciekawe zmiany, ale głównym motywem było... dorośnięcie. Zrozumieli, że tymi technikami są w stanie zaczarować kobietę, nawet uwieść, ale kompletnie nie są w stanie zatrzymać przy sobie wartościowej osoby. Bo nikt normalny nie wytrzyma długo takich emocjonalnych klapsów i głasków, nawet jeśli będą one na początku wkręcać. W konsekwencji ci faceci bardzo mocno poszli w rozwój osobisty, zrozumieli że muszą sami siebie poznać, ewentualnie zmienić się i popracować nad swoimi problemami i demonami, jeśli kiedykolwiek chcą przy sobie mieć wartościową i odpowiednią kobietę.
Pokrzywnica: Jesteś pewien, że to jest tylko i wyłącznie kwestia dojrzałości? Może nie każdy potrzebuje i w ogóle może być tylko z jedną kobietą? Istnieją przecież ludzie poliamoryczni. Według niektórych teorii to jest wrodzony element orientacji seksualnej. Co, jeśli ktoś ma w naturze tak silną potrzebę zmienności, że dusi się, próbując trwać przy jednej partnerce?
Ciernik: W dzisiejszych czasach (i pewnie jeszcze długo tak będzie) dominuje model związku partnerskiego: jeden mężczyzna plus jedna kobieta. To, że nie każdemu to pasuje, to już inna sprawa. W takim przypadku mamy klasyczny konflikt: natura versus kultura. A z takich konfliktów powstają albo ludzkie tragedie, albo dzieła sztuki.
Pokrzywnica: Albo jedno i drugie.
A gdyby wrócić do bohaterów książki, to myślisz, że oni tego chcą? Chcą tego utartego modelu jeden na jeden? Bo mnie się wydawało, że oni są trochę jak te kobiety z forum – też nie pytają sami siebie, czego chcą. Po co im właściwie ten cycek wciąż nowy? Bo, jak mówi tytuł, są w niewoli? Bo to jest uzależnienie? Rety, jak ja myślę o uzależnieniu od cycka, to oczami wyobraźni widzę niemowlę. Dziadzio Freud rechocze zza grobu. Ale gdyby na chwilę potraktować to psychiczne niemowlęctwo poważnie, to czego im potrzeba? Bezwarunkowej akceptacji? Bezwarunkowego bezpieczeństwa, którego nie da się osiągnąć, bo przecież skoro się jest mężczyzną, to trzeba wciąż wychodzić ze strefy komfortu, walczyć, zdobywać, przekraczać granice? Bo się jest jak kot, który musi sobie wywlec kawałek mięsa z miski, poganiać z nim, utytłać w kurzu i dopiero wtedy zjeść, bo upolowane jest zawsze lepsze? Może ten typ faceta nie jest w stanie przyjąć tego, co jest mu dane tak po prostu, bo wtedy mu zwyczajnie nie smakuje? Musi wziąć sam, inaczej nie potrafi? I co wtedy?
Ciernik: Jeśli coś przychodzi za łatwo, to tego nie doceniamy. Porad dietetycznych w Internecie jest multum, wystarczy godzinka czy dwie, żeby każda kobieta ułożyła sobie dietę. Ale to nic nie daje. Dopiero jak zapłacą kilka stówek za poradę u dietetyka, to nagle dieta zaczyna działać.
Pokrzywnica: O, właśnie! Jeszcze to – handel. Zobacz, kolejny w tej książce, jakże prawdziwy, schemat: oni wszyscy zakładają z góry, że seks to jest jakaś wartość, którą kobieta posiada i oni muszą go jej jakoś wyrwać, ukraść, ale spodziewają się, że ona będzie chciała za to coś innego, na przykład ich uwięzić (jak ta koszmarna żona znęcająca się psychicznie nad mężem), więc oni muszą wywinąć się od płacenia. Na tym ta cała sztuka polega: ukraść i uciec. Natomiast jeśli to kobieta chce seksu, to w ich percepcji jest zawsze jakoś tak... jakby wbrew naturze. Wtedy to już nie są kobiety, tylko jakieś straszliwe demony, jak mityczna Lilith. W tej książce seksualność w ogóle jest jednym wielkim źródłem zagrożenia: męska prowadzi do przegranej, klęski, kaca i zniewolenia a kobieca... tym bardziej. A gdyby tak przestać się bać? Co musiałoby się stać, żeby oni przestali się bać?
Ciernik: Tak, u nich kobiety są w sferze jakiegoś cienia, a jak wiadomo, to właśnie z cienia pochodzi wszystko, co nas opętuje. Jest wyjście: oni musieliby poczuć się równi tym kobietom. Ale wtedy mogłoby się okazać, że jedna strona nie jest w stanie dogadać się z drugą, bo nie działają już zwyczajowe manipulacje, wydzielanie zasobów, i tak dalej. Trzeba by wymyślić nowe sposoby komunikacji. Wyjść ze strefy komfortu.
Pokrzywnica: No to wygląda na to, że oni jednak są słabi. Z prawdziwej strefy komfortu nie potrafią wyjść, kręcą się tylko w kółko, cały czas w tym samym kręgu, ale prawdziwej granicy nie potrafią przekroczyć. A może to nie słabość? Może oni tej granicy po prostu nie widzą?
Ciernik: A czy niewiedza nie jest w pewnym stopniu słabością?
Pokrzywnica: Moglibyśmy jeszcze tak długo… To chyba jedna z najobszerniejszych naszych dyskusji. I pomyśleć, że to książka z wydawnictwa Novae Res odsądzanego przez niektórych od czci i wiary. A tu proszę: całkiem dobrze się czytało i porozmawiać jest o czym. Cóż, tyle warte są stereotypy i przedwczesne sądy.
Ciernik: Też jestem zaskoczony. Spodziewałem się czegoś byle jakiego i niechlujnie wydanego, a tymczasem „W niewoli seksu” okazało się całkiem przyzwoitym e-bookiem, ciekawą i dającą pole do przemyśleń książką.
Pokrzywnica: Po ultrażeńskiej singielce pora na odtrutkę. Książka wydana przez Novae Res jest określana mianem „twardej, męskiej prozy”. Zgadzasz się z tą opinią?
Ciernik: Tak. Jest męska, mocna i wulgarna. Dużo seksu, jeszcze więcej przekleństw. Bohaterowie opowiadań to faceci – zazwyczaj z psychicznymi defektami albo sami siebie za takich niepełnowartościowych uważający. Trochę za często pachniało mi to wszystko Charlesem Bukowskim, ale w sumie nie było złe.
Pokrzywnica: Zainteresował mnie fragment opisu ze strony wydawnictwa: „Znajdziemy tu facetów wikłających się w skomplikowane relacje, zmanipulowanych, cierpiących i gotowych zabić. Przemoc miesza się z seksem, a miłość z nienawiścią. Tutaj spotkamy się w miejscu, gdzie seks stanowi początek drogi, a czasem również jej koniec”. To dobre podsumowanie, rzeczywiście to wszystko w zbiorze „W niewoli seksu” jest. Ale mnie się ta książka nie wydała mocna. Męska, tak (chociaż co ja tam wiem) ale nie mocna. Może zrobiłaby wrażenie na młodych niewinnych pannach (i być może właśnie dlatego powinny ją przeczytać?) ale ja przy lekturze głównie chichotałam. Bo to jest książka dość szczera i bardzo autoironiczna. Przypuszczam, że dla mężczyzny może być gorzko-śmieszna, ale dla mnie była przede wszystkim zabawna, w dobrym znaczeniu tego słowa. Większości bohaterów było mi strasznie żal. Oni rzeczywiście są w niewoli i gonią w piętkę za kawałkiem cycka. I jako posiadaczka tegoż, miałam ochotę powiedzieć: Ej, chłopie, wyluzuj, to tylko cycek! Ale tak naprawdę nie tylko, prawda? O co rzeczywiście w tej książce chodzi?
Ciernik: Sam się zastanawiam, bo chociaż jestem facetem, też myślałem sobie: Człowieku, nie świruj, to tylko… (i tu wstawiałem odpowiednią część ciała w zależności od konkretnego opowiadania). Wychodzi na to, że albo jest to książka o seksoholizmie, albo o ludziach uzależnionych od adrenaliny.
Niedawno czytałem artykuł w Fokusie, zacytuję kawałek:
„Co się dzieje w naszym mózgu w czasie zakochania? Przede wszystkim podnosi się poziom dopaminy, która jest odpowiedzialna m.in. za koncentrację uwagi i zachowania ukierunkowane na osiągnięcie celu. Jej wysokie stężenie sprawia, że czujemy euforię i przypływ energii, wpadamy w ekstazę, nie możemy spać, tracimy apetyt, kołacze nam serce, a oddech przyspiesza. To dopamina podsyca rozpaczliwe wysiłki ratowania miłosnego związku. To dzięki niej jesteśmy w miłości – nawet nieodwzajemnionej – tak wytrwali.
Drugim neuroprzekaźnikiem, który zalewa mózg zakochanego, jest noradrenalina. Dzięki niej zapamiętujemy najdrobniejsze szczegóły działań ukochanego i wspólnie spędzonych chwil. Ważna jest jeszcze serotonina, której poziom akurat gwałtownie spada. Efekt? Myślenie o wybranku cały czas i zachowania typowe dla nerwicy natręctw”.
Pokrzywnica: Noradrenalina i dopamina. Jak po amfetaminie…
Ciernik: Tak. I już wiem, dlaczego nie jestem typem podrywająco-romansującym. Nie kręci mnie to z tego samego powodu, z jakiego nie kręciła mnie nigdy amfetamina: przez chwilę jest fajna zabawa, ale potem niechybnie przychodzi kac, który dla mnie jest zawsze o wiele gorszy i przesłania całą speedową przyjemność.
Pokrzywnica: Cóż, jeśli chce się zdobywać szczyty, wzlatywać ponad chmury, to trzeba też umieć schodzić w doliny albo i do samego piekła. Nie da się inaczej. Może bohaterowie opowiadań Rutkowskiego właśnie tego nie potrafią?
Ciernik: Może.
Pokrzywnica: Kiedy już przestałam chichotać i postanowiłam przyjrzeć się tej książce bardziej serio, to uderzyło mnie, że ci mężczyźni zawsze przegrywają. Czy on jest napalony na kobietę, czy kobieta na niego – wszystko jedno. I tak on zawsze przegra, ona będzie górą. Tak jakby w tym podrywaniu był jednocześnie lęk przed kobietami, nieustanna walka z tym lękiem i zarazem strach przed karą. Niby to oni je uwodzą, niby dominują, widać, że tam nie chodzi o miłość, nawet nie o seks, tylko o kontrolę, o władzę, ale... oni zawsze przegrywają.
Ciernik: Nieubłagany, wszechpotężny kac. I osobista, indywidualna przegrana.
Pokrzywnica: Gdyby odrzucić proste i łatwe odpowiedzi (w rodzaju: zwierzęcy instynkt, adrenalina, nałóg) to dlaczego oni wciąż powtarzają tę grę? Czyżby zabawa w zdobywcę, który gardzi ofiarą i ofiara wzajemnie gardzi nim, była jakoś wpisana w definicję męskości? Jedną z możliwych definicji?
Ciernik: Moja definicja męskości jest dosyć płynna, ale wydaje mi się, że męska jest przede wszystkim umiejętność wychodzenia ze strefy komfortu, pomimo strachu, który zawsze się z tym wiąże. Umiejętność naprawiania popełnionych błędów, na które zawsze jest się narażonym właśnie podczas opuszczania tej naszej strefy. Tak jest zawsze, gdy stoi się przed perspektywą wejścia w poważny związek, zmiany pracy, otwarcia biznesu, zostania ojcem, czy próbuje się napisać taką książkę, jakiej nigdy się nie napisało, a jaką zawsze w głębi serca napisać się chciało, chociaż nie umiało się do tego przyznać. To wszystko są wyjścia ze strefy komfortu, to wszystko są nowe sytuacje, w których możemy przegrać. Czy ta świadomość nas zatrzyma? Prawdziwego faceta nie powinna.
Pokrzywnica: A które z opowiadań podobało Ci się najbardziej?
Ciernik: Mnie w ogóle bardziej niż kwestie seksu, zainteresowały uwagi dotyczące pisania i publikowania książek. Jest tam kilku bohaterów piszących i oni sugerują albo wręcz mówią wprost, że i owszem, ktoś tam ich twórczość zna, mają czytelników, którzy nawet trochę lubią ich teksty, ale ponieważ one są takie mocne, wulgarne, męskie i niestrawne (w mniemaniu tych bohaterów), to oni nie osiągnęli wielkiego sukcesu. No i spójrz, jaka to jest bezpieczna i miła nisza: mam sobie grupkę czytelników, ciągle piszę to samo, fajne i bezpieczne gniazdko sobie uwiłem. Nie będę pisał dla mas, bo... No właśnie, dlaczego, tak naprawdę, nie będziesz? Czy nie dlatego, że mogłoby się okazać, iż pomimo twoich największych starań, mógłbyś zostać odrzucony? A to pokazałoby dobitnie, że nie potrafisz żadnego sukcesu w tej dziedzinie osiągnąć. I z tej perspektywy zbiorek opowiadań K.S. Rutkowskiego o wiele więcej mówi o kryzysie męskości i w ogóle o tym, czym prawdziwa męskość może być.
A jeśli mam wybierać, to najbardziej podobało mi się opowiadanie „Pierwszy udany podryw”. I jeszcze ostatnie, zatytułowane tak samo jak cały zbiór „W niewoli seksu”. Dobrze podsumowało tomik. Ostatnie zdanie jest mocne i poraża samoświadomością bohatera.
Pokrzywnica: Ten szesnastolatek z „Pierwszego udanego podrywu” to jeden z nielicznych mężczyzn, którzy w tej książce wygrywają. Może dlatego, że umiał wykorzystać swoje prawdziwe atuty, przede wszystkim inteligencję. To, co prawdziwe, zawsze jest lepsze od sztuczek.
Ciernik: Niby tak, ale istnieją przecież szkoły uwodzenia. I uczą tam skutecznych technik. Nie stuprocentowych, bo takich nie ma, nie działających na każdą kobietę, ale jednak niektórzy faceci wychodzą z takich szkół z zestawem całkiem skutecznych narzędzi. I nawet jeśli uznamy, że tak naprawdę, te narzędzia to tylko takie placebo, które powoduje, że facet po prostu czuje się lepiej we własnej skórze, a kobiety to zauważają, więc jego szanse statystycznie wtedy rosną, to jednak jest to przecież jakiś sposób wpływania na ludzi, czyż nie?
Pokrzywnica: W samej pewności siebie nie widzę nic złego, natomiast w manipulacji już tak. To przecież rodzaj psychicznej przemocy. Kobiety (na szczęście nie zawsze i nie wszystkie) są na to podatne w pewnych sytuacjach. Mężczyźni zresztą też, przykład mamy w opowiadaniu „Patrz na mnie”. Ono jest oczywiście świadomie przerysowane, ale mówi o tym, w jaki sposób stosują przemoc kobiety.
Wracając jednak do uwodzicielskiej manipulacji: tak się złożyło, że potrzebowałam ostatnio poczytać pewne damskie forum poświęcone tematyce związków, romansów i tym podobnych. I co chwilę powtarzały się pytania w rodzaju: Czy ja powinnam do niego zadzwonić? Co on sobie pomyśli, jeśli ja...? Na której randce seks? I milion podobnych. Na większość tych pytań odpowiedziałabym: A jak ty uważasz? Czego byś chciała? Kobiety sobie nie zadają tych pytań! One myślą, co powinny i co wypada, jakim schematem należy się posłużyć, a nie, czego chcą. I dlatego, jeśli facet się we właściwy schemat wpasuje, to one go w tym schemacie przyjmą. Tylko pytanie, czy rzeczywiście jego? Czy może tylko jakąś plastikową męską figurę, przy której same też będą odgrywać rolę, staną się komplementarną i równie plastikową figurą kobiety? Wiesz, ja uważam, że jeżeli kogoś chcesz, to go po prostu chcesz. I wiesz, w jaki sposób go chcesz. Nie musisz nikogo o to pytać.
A warto też pamiętać, że schemat: Ty mnie zdobywaj, a ja będę twoim trofeum jest tylko jednym z wielu możliwych. Można przecież drugiego człowieka przyjmować rozmaicie – nie tylko jak zdobywcę, ale, na przykład, jak króla. Albo po prostu jako partnera, towarzysza, i to niekoniecznie na życie, bo przecież nie każdy jest dla nas odpowiednim towarzyszem na życie. Czasem ktoś jest partnerem idealnym na jeden taniec albo na wspólną wyprawę dokądś. I to też ma wartość.
Ciernik: Kobiety, o których tu piszesz, natrętnie domagają się od samych siebie bycia w związku, więc dla nich żadna inna opcja nie wchodzi w rachubę. Do niektórych spostrzeżeń (i otwierających się w efekcie możliwości) ludzie muszą po prostu dorosnąć. Nie ma innej drogi.
Wspominałem o szkołach uwodzenia. Teraz jest tego mnóstwo, ale jeszcze kilkanaście lat temu w sieci polskiej nie było takich szkół w ogóle, a w USA było tylko kilku fachowców w tej dziedzinie. Zwano ich Pick-up artists. Ich szkolenia to najczęściej były właśnie jakieś techniki podrywu, których założenia można streścić w kilku zdaniach, ale głównie chodziło o zachwianie poczucia wartości kobiety i wprowadzanie na zmianę głasków i klapsów psychicznych. Trochę takie pranie mózgu, ale mające spowodować pewien rodzaj satysfakcji czymś nieprzewidywalnym. Sprawdziłem, rzeczywiście działało, szczególnie na młode kobiety. Potem porzuciłem temat jako kompletnie nudny, by z ciekawości zerknąć na scenę Pick-up artists po wielu latach. Okazało się, że większość tych facetów przeszła bardzo ciekawe zmiany, ale głównym motywem było... dorośnięcie. Zrozumieli, że tymi technikami są w stanie zaczarować kobietę, nawet uwieść, ale kompletnie nie są w stanie zatrzymać przy sobie wartościowej osoby. Bo nikt normalny nie wytrzyma długo takich emocjonalnych klapsów i głasków, nawet jeśli będą one na początku wkręcać. W konsekwencji ci faceci bardzo mocno poszli w rozwój osobisty, zrozumieli że muszą sami siebie poznać, ewentualnie zmienić się i popracować nad swoimi problemami i demonami, jeśli kiedykolwiek chcą przy sobie mieć wartościową i odpowiednią kobietę.
Pokrzywnica: Jesteś pewien, że to jest tylko i wyłącznie kwestia dojrzałości? Może nie każdy potrzebuje i w ogóle może być tylko z jedną kobietą? Istnieją przecież ludzie poliamoryczni. Według niektórych teorii to jest wrodzony element orientacji seksualnej. Co, jeśli ktoś ma w naturze tak silną potrzebę zmienności, że dusi się, próbując trwać przy jednej partnerce?
Ciernik: W dzisiejszych czasach (i pewnie jeszcze długo tak będzie) dominuje model związku partnerskiego: jeden mężczyzna plus jedna kobieta. To, że nie każdemu to pasuje, to już inna sprawa. W takim przypadku mamy klasyczny konflikt: natura versus kultura. A z takich konfliktów powstają albo ludzkie tragedie, albo dzieła sztuki.
Pokrzywnica: Albo jedno i drugie.
A gdyby wrócić do bohaterów książki, to myślisz, że oni tego chcą? Chcą tego utartego modelu jeden na jeden? Bo mnie się wydawało, że oni są trochę jak te kobiety z forum – też nie pytają sami siebie, czego chcą. Po co im właściwie ten cycek wciąż nowy? Bo, jak mówi tytuł, są w niewoli? Bo to jest uzależnienie? Rety, jak ja myślę o uzależnieniu od cycka, to oczami wyobraźni widzę niemowlę. Dziadzio Freud rechocze zza grobu. Ale gdyby na chwilę potraktować to psychiczne niemowlęctwo poważnie, to czego im potrzeba? Bezwarunkowej akceptacji? Bezwarunkowego bezpieczeństwa, którego nie da się osiągnąć, bo przecież skoro się jest mężczyzną, to trzeba wciąż wychodzić ze strefy komfortu, walczyć, zdobywać, przekraczać granice? Bo się jest jak kot, który musi sobie wywlec kawałek mięsa z miski, poganiać z nim, utytłać w kurzu i dopiero wtedy zjeść, bo upolowane jest zawsze lepsze? Może ten typ faceta nie jest w stanie przyjąć tego, co jest mu dane tak po prostu, bo wtedy mu zwyczajnie nie smakuje? Musi wziąć sam, inaczej nie potrafi? I co wtedy?
Ciernik: Jeśli coś przychodzi za łatwo, to tego nie doceniamy. Porad dietetycznych w Internecie jest multum, wystarczy godzinka czy dwie, żeby każda kobieta ułożyła sobie dietę. Ale to nic nie daje. Dopiero jak zapłacą kilka stówek za poradę u dietetyka, to nagle dieta zaczyna działać.
Pokrzywnica: O, właśnie! Jeszcze to – handel. Zobacz, kolejny w tej książce, jakże prawdziwy, schemat: oni wszyscy zakładają z góry, że seks to jest jakaś wartość, którą kobieta posiada i oni muszą go jej jakoś wyrwać, ukraść, ale spodziewają się, że ona będzie chciała za to coś innego, na przykład ich uwięzić (jak ta koszmarna żona znęcająca się psychicznie nad mężem), więc oni muszą wywinąć się od płacenia. Na tym ta cała sztuka polega: ukraść i uciec. Natomiast jeśli to kobieta chce seksu, to w ich percepcji jest zawsze jakoś tak... jakby wbrew naturze. Wtedy to już nie są kobiety, tylko jakieś straszliwe demony, jak mityczna Lilith. W tej książce seksualność w ogóle jest jednym wielkim źródłem zagrożenia: męska prowadzi do przegranej, klęski, kaca i zniewolenia a kobieca... tym bardziej. A gdyby tak przestać się bać? Co musiałoby się stać, żeby oni przestali się bać?
Ciernik: Tak, u nich kobiety są w sferze jakiegoś cienia, a jak wiadomo, to właśnie z cienia pochodzi wszystko, co nas opętuje. Jest wyjście: oni musieliby poczuć się równi tym kobietom. Ale wtedy mogłoby się okazać, że jedna strona nie jest w stanie dogadać się z drugą, bo nie działają już zwyczajowe manipulacje, wydzielanie zasobów, i tak dalej. Trzeba by wymyślić nowe sposoby komunikacji. Wyjść ze strefy komfortu.
Pokrzywnica: No to wygląda na to, że oni jednak są słabi. Z prawdziwej strefy komfortu nie potrafią wyjść, kręcą się tylko w kółko, cały czas w tym samym kręgu, ale prawdziwej granicy nie potrafią przekroczyć. A może to nie słabość? Może oni tej granicy po prostu nie widzą?
Ciernik: A czy niewiedza nie jest w pewnym stopniu słabością?
Pokrzywnica: Moglibyśmy jeszcze tak długo… To chyba jedna z najobszerniejszych naszych dyskusji. I pomyśleć, że to książka z wydawnictwa Novae Res odsądzanego przez niektórych od czci i wiary. A tu proszę: całkiem dobrze się czytało i porozmawiać jest o czym. Cóż, tyle warte są stereotypy i przedwczesne sądy.
Ciernik: Też jestem zaskoczony. Spodziewałem się czegoś byle jakiego i niechlujnie wydanego, a tymczasem „W niewoli seksu” okazało się całkiem przyzwoitym e-bookiem, ciekawą i dającą pole do przemyśleń książką.
piątek, 1 maja 2015
wtorek, 28 kwietnia 2015
Wiktoria Kwiatkowska „Singielka online”
Upolowane: Wiktoria Kwiatkowska „Singielka online”, e-book
Ciernik: Ty jesteś trochę złośliwa, wiesz? Dlaczego kazałaś mi czytać harlequina?
Pokrzywnica: No co? Nie lubisz singielek?
Ciernik: Lubię. Nie lubię natomiast nudnych i źle napisanych książek. Na dodatek tam nie ma chyba ani jednej strony bez literówki!
Pokrzywnica: To się wcale nie zapowiadało tak źle. Pomyśl: nowoczesny polski harlequin napisany przez nowoczesną polską autorkę, osadzony w nowoczesnych polskich realiach, z nowoczesną polską bohaterką…
Ciernik: …korzystającą z nowoczesnej międzynarodowej technologii w celach starych jak świat.
Pokrzywnica: Eeee… no tak. Ale doceń, że nawet wzmianka o Smoleńsku jest!
Ciernik: Tak. Wzmianka o Smoleńsku wciśnięta pomiędzy: ja, ja, ja, Nina, ja, Nina, ja, Nina, Nina...
Pokrzywnica: Albo Weronika, ja, ja, ja, albo Kinga, ja, ja, ja.
Ciernik: Poważnie, dawno nie natknąłem się na tak antypatyczną bohaterkę. Po co komu tak płytki obraz singielki? Kobieta, która wszystko wie najlepiej, a do pełni szczęścia brakuje jej tylko dziecka. Dziecko jako kolejne osiągnięcie. Nawet nie zadała sobie pytania, czy będzie dobrą matką. Nawet przez chwilę nie zastanowiła się nad sensem sprowadzenia na tę naszą kulkę brudu kolejnej istoty.
Pokrzywnica: W sumie nie wiadomo, co gorsze: bohaterka rozmemłana i bezwolna czy taka Lena – wyprany z głębszych uczuć robot o mentalności teściowej z dowcipów, rozstawiający wszystkich po kątach i układający im życie według własnego widzimisię. I ci wszyscy na to pozwalają! Bo są rozmemłani i nic nie potrafią, za to Lena potrafi wszystko, tylko że całe to „wszystko” sprowadza się do asystowania pewnej posłance oraz szukania facetów na portalach randkowych. Facetów dla znajomych kobiet – czy one tego chcą, czy nie. Jakiś niski ten szczyt ambicji, nie uważasz? I tej oto pani zachciało się dziecka, mniej więcej tak, jak się zachciewa nowego modelu telefonu.
Ciernik: A z drugiej strony mamy zakończenie, które też jest banalne i kiczowate, choć przegięte w drugą stronę. Pani wielkomiejska singielka okazuje się zwykłą dziewczynką potrzebującą faceta z czasów swoich młodzieńczych zakochań. I od razu mówię: to nie jest spojlerowanie, to ostrzeżenie dla czytelników!
Pokrzywnica: A jak myślisz: jest coś prawdziwego w tej bohaterce czy ona jest całkiem nieprawdopodobna i od początku do końca zmyślona? Bo mnie się wydaje, że jednak coś jest, jakiś kawałeczek prawdy o rzeczywistości. Bo zobacz: niby kobieta lat trzydzieści parę i z karierą, a w środku nastoletnia, głupiutka smarkula, ale zarówno w środku, jak i na zewnątrz szalenie płytka. Niby przebojowa i osiągająca cele, ale te cele są kompletnie nieprzemyślane. I coś tu się wydaje niepokojąco prawdziwe – Wieczna Dziewczynka jako partnerka dla Piotrusia Pana?
Ciernik: Sam nie wiem. Chyba nie ma aż tak płytkich istot, ale mogą być kobiety, które przez jakiś czas, na konkretnym etapie życia, mogą takie cechy, jak Lena, przejawiać. Jak stwierdziłaś – dziewczynki. Wydaje mi się jednak, że życie w końcu każdego postawi pod murem. Najczęściej na tym murze wisi lustro. I albo ta kobieta (w ogóle osoba, bo przecież faceci mogą być tacy sami) zauważy, jak płytkie życie prowadzi i coś z tym zrobi, albo zauważy i nic z tym nie zrobi, co ostatecznie i tak doprowadzi do zmiany jej życia, bo prędzej czy później przyjdą konflikty, depresja, nałogi i tym podobne.
Pokrzywnica: Obawiam się, że wielu ludzi w ogóle nie zauważa tego lustra, nawet jeśli wyrżnie w nie nosem. I być może wiele przez to tracą. Bo może gdyby w nie spojrzeli, to okazałoby się, że są dużo piękniejsi niż myśleli?
Ciernik: A może oboje się mylimy i ta książka mówi prawdę? Może takie płytkie kobiety naprawdę istnieją? Ba, może to właśnie one są docelowymi odbiorcami tej książki? Pewnie mijam je na ulicy, nieraz zamienię z nimi słowo... To trochę przerażające... A może nie? Może to jest właśnie klucz do szczęścia? Bądźcie jako dzieci: niewinni, nieświadomi, tępi. Konsumujcie, pracujcie, bawcie się i nie zadawajcie trudnych pytań.
Pokrzywnica: Z tymi adresatami (a raczej adresatkami, bo mężczyźni raczej nie strawią tej książki) to chyba masz rację. To propozycja dla osób wolno czytających, niezbyt lotnych i o krótkiej pamięci. Tylu powtórzeń i tłumaczenia po raz enty tego samego to ja już dawno nie widziałam. Książka ma sto sześćdziesiąt stron, a gdyby wyciąć to, co jest po wielokroć powtarzane, niczym streszczenie telenoweli dokumentalnej po reklamach, to zostałoby opowiadanko na stron szesnaście. Chyba że to nowy sposób pisania książek dostosowany do nowego sposobu działania mózgu cyfrowych tubylców: powtarzaj w kółko to samo, bo odbiorca po trzech sekundach już nie pamięta, co przed chwilą przeczytał.
Ciernik: Tak. Szesnaście stron. Nasza dyskusja też nie powinna zbyt długo trwać. Ta książka nie jest tego warta. Zresztą, zgodnie z Twoją teorią, już jej nie pamiętam.
Ciernik: Ty jesteś trochę złośliwa, wiesz? Dlaczego kazałaś mi czytać harlequina?
Pokrzywnica: No co? Nie lubisz singielek?
Ciernik: Lubię. Nie lubię natomiast nudnych i źle napisanych książek. Na dodatek tam nie ma chyba ani jednej strony bez literówki!
Pokrzywnica: To się wcale nie zapowiadało tak źle. Pomyśl: nowoczesny polski harlequin napisany przez nowoczesną polską autorkę, osadzony w nowoczesnych polskich realiach, z nowoczesną polską bohaterką…
Ciernik: …korzystającą z nowoczesnej międzynarodowej technologii w celach starych jak świat.
Pokrzywnica: Eeee… no tak. Ale doceń, że nawet wzmianka o Smoleńsku jest!
Ciernik: Tak. Wzmianka o Smoleńsku wciśnięta pomiędzy: ja, ja, ja, Nina, ja, Nina, ja, Nina, Nina...
Pokrzywnica: Albo Weronika, ja, ja, ja, albo Kinga, ja, ja, ja.
Ciernik: Poważnie, dawno nie natknąłem się na tak antypatyczną bohaterkę. Po co komu tak płytki obraz singielki? Kobieta, która wszystko wie najlepiej, a do pełni szczęścia brakuje jej tylko dziecka. Dziecko jako kolejne osiągnięcie. Nawet nie zadała sobie pytania, czy będzie dobrą matką. Nawet przez chwilę nie zastanowiła się nad sensem sprowadzenia na tę naszą kulkę brudu kolejnej istoty.
Pokrzywnica: W sumie nie wiadomo, co gorsze: bohaterka rozmemłana i bezwolna czy taka Lena – wyprany z głębszych uczuć robot o mentalności teściowej z dowcipów, rozstawiający wszystkich po kątach i układający im życie według własnego widzimisię. I ci wszyscy na to pozwalają! Bo są rozmemłani i nic nie potrafią, za to Lena potrafi wszystko, tylko że całe to „wszystko” sprowadza się do asystowania pewnej posłance oraz szukania facetów na portalach randkowych. Facetów dla znajomych kobiet – czy one tego chcą, czy nie. Jakiś niski ten szczyt ambicji, nie uważasz? I tej oto pani zachciało się dziecka, mniej więcej tak, jak się zachciewa nowego modelu telefonu.
Ciernik: A z drugiej strony mamy zakończenie, które też jest banalne i kiczowate, choć przegięte w drugą stronę. Pani wielkomiejska singielka okazuje się zwykłą dziewczynką potrzebującą faceta z czasów swoich młodzieńczych zakochań. I od razu mówię: to nie jest spojlerowanie, to ostrzeżenie dla czytelników!
Pokrzywnica: A jak myślisz: jest coś prawdziwego w tej bohaterce czy ona jest całkiem nieprawdopodobna i od początku do końca zmyślona? Bo mnie się wydaje, że jednak coś jest, jakiś kawałeczek prawdy o rzeczywistości. Bo zobacz: niby kobieta lat trzydzieści parę i z karierą, a w środku nastoletnia, głupiutka smarkula, ale zarówno w środku, jak i na zewnątrz szalenie płytka. Niby przebojowa i osiągająca cele, ale te cele są kompletnie nieprzemyślane. I coś tu się wydaje niepokojąco prawdziwe – Wieczna Dziewczynka jako partnerka dla Piotrusia Pana?
Ciernik: Sam nie wiem. Chyba nie ma aż tak płytkich istot, ale mogą być kobiety, które przez jakiś czas, na konkretnym etapie życia, mogą takie cechy, jak Lena, przejawiać. Jak stwierdziłaś – dziewczynki. Wydaje mi się jednak, że życie w końcu każdego postawi pod murem. Najczęściej na tym murze wisi lustro. I albo ta kobieta (w ogóle osoba, bo przecież faceci mogą być tacy sami) zauważy, jak płytkie życie prowadzi i coś z tym zrobi, albo zauważy i nic z tym nie zrobi, co ostatecznie i tak doprowadzi do zmiany jej życia, bo prędzej czy później przyjdą konflikty, depresja, nałogi i tym podobne.
Pokrzywnica: Obawiam się, że wielu ludzi w ogóle nie zauważa tego lustra, nawet jeśli wyrżnie w nie nosem. I być może wiele przez to tracą. Bo może gdyby w nie spojrzeli, to okazałoby się, że są dużo piękniejsi niż myśleli?
Ciernik: A może oboje się mylimy i ta książka mówi prawdę? Może takie płytkie kobiety naprawdę istnieją? Ba, może to właśnie one są docelowymi odbiorcami tej książki? Pewnie mijam je na ulicy, nieraz zamienię z nimi słowo... To trochę przerażające... A może nie? Może to jest właśnie klucz do szczęścia? Bądźcie jako dzieci: niewinni, nieświadomi, tępi. Konsumujcie, pracujcie, bawcie się i nie zadawajcie trudnych pytań.
Pokrzywnica: Z tymi adresatami (a raczej adresatkami, bo mężczyźni raczej nie strawią tej książki) to chyba masz rację. To propozycja dla osób wolno czytających, niezbyt lotnych i o krótkiej pamięci. Tylu powtórzeń i tłumaczenia po raz enty tego samego to ja już dawno nie widziałam. Książka ma sto sześćdziesiąt stron, a gdyby wyciąć to, co jest po wielokroć powtarzane, niczym streszczenie telenoweli dokumentalnej po reklamach, to zostałoby opowiadanko na stron szesnaście. Chyba że to nowy sposób pisania książek dostosowany do nowego sposobu działania mózgu cyfrowych tubylców: powtarzaj w kółko to samo, bo odbiorca po trzech sekundach już nie pamięta, co przed chwilą przeczytał.
Ciernik: Tak. Szesnaście stron. Nasza dyskusja też nie powinna zbyt długo trwać. Ta książka nie jest tego warta. Zresztą, zgodnie z Twoją teorią, już jej nie pamiętam.
niedziela, 19 kwietnia 2015
Bartosz Orlewski „Za garść zbawienia i inne opowiadania”
Upolowane: Bartosz Orlewski „Za garść zbawienia i inne opowiadania”, e-book
Ciernik: Zobacz, co upolowałem!
Pokrzywnica: Ale dziwaczna okładka! Co to ma być? Koguty w aureolach? Czy ta książka aby na pewno nadaje się do jedzenia?
Ciernik: Intrygujące, co? Zamieszczone w niej opowiadania były już publikowane, co w światku SP nie zdarza się często, pomyślałem więc, że możemy liczyć na zbiór tekstów po redakcji.
Pokrzywnica: To rzeczywiście plus. Teksty po korekcie czyta się o wiele przyjemniej, niż te pełne ortograficzno-stylistycznych pcheł i kleszczy.
Ciernik: Zachęcił mnie też opis na wydaje.pl: „to zbiór dwunastu opowiadań i sześciu literackich szortów, które oferują bezkompromisową przejażdżkę po bezdrożach mojej wyobraźni rozmiłowanej w opowieściach niesamowitych, dziwacznych westernach i amerykańskich muscle cars”. A poza tym, co się będę krył po kątach, po prostu lubię heavy metal.
Pokrzywnica: Ja nazwisko autora kojarzę głównie z Szortalu. Ale czytałam też coś na Niedobrych Literkach.
Ciernik: I co powiesz po skonsumowaniu „Garści zbawienia”?
Pokrzywnica: Dobra! Gęsta, mięsna chili soup. Z metafizyczną papryką i czarną kawą na deser. Tylko strasznie dużo ołowianych kulek w tym mięsie…
Ciernik: Cóż, taka specyfika kuchni tego autora.
Pokrzywnica: Ale za to jaki ładny język! Zwłaszcza porównania:
„Z południa nadjechał samochód czerwony jak przekrwione dziąsła”
albo
„Jim rozryczał się jak dziecko ukąszone przez grzechotnika”.
Ciernik: „Czas wlókł się jak kulawy osioł”.
Pokrzywnica: No, i jeszcze ta przepiękna scena erotyczna:
„Dopiero potem, po przerwie na tequilę i tytoń wymieszany z haszyszem, zaczęli się pieprzyć. Zielonooka Sally zasuwała w górę i w dół niczym pociąg z piekła rodem, mknący ze Wschodu na Zachód po dusze pionierów, a Nero bez wytchnienia dokładał do pieca, zdobywając kolejne punkty w grze zapomnienia”.
Ciernik: Autor panuje nad językiem. Ma swoją wizję, którą potrafi zręcznie przelać na papier. Fajnie buduje niektórych bohaterów („Zmówił więc modlitwę do Allaha, w którego raczej nie wierzył(...)”. Bawi się nawiązaniami. To dobra lektura.
Pokrzywnica: O, właśnie: podobały Ci się intertekstualne zabawy z Cortázarem, Borgesem i Ligottim? Mnie bardzo, zwłaszcza z Cortázarem – ach, bo przecież jak można mistrza tak bezczelnie (i chwalebnie) wykorzystać?!
Ciernik: Podobały mi się. I nie tylko zabawy z tą trójką, ale również z Lovecraftem. Nie dość, że są nawiązania, to na dodatek zręcznie wplecione. Te westernowe opowiadania brzmią, jakby ktoś zmiksował „Krwawy południk” Cormaca McCarthiego z tekstami Lovecrafta. Mamy tu brutalność i naturalizm pierwszego oraz grozę, często kosmiczną, niepoznawalną, ale obecną i namacalną, drugiego. No i wszędobylskie szaleństwo.
Pokrzywnica: Mnie się podoba wtykanie w różne niespodziewane miejsca metafizyki i filozofii. Natomiast westernowe dekoracje w pewnym momencie mnie zmęczyły. Wydaje mi się, że trochę za dużo tych miasteczek, kapeluszy i coltów, jak na cały zbiór. W pojedynczych opowiadaniach to się broni, ale cała książka w tym klimacie... dla mnie za dużo. Może dlatego, że jestem kobietą?
Ciernik: Nie dlatego. Ja się czułem jakbym czytał raz po raz kolejną wersję tego samego tekstu. To po prostu nie jest zbiór przeznaczony do pożerania naraz w całości. Trzeba powolutku, pojedynczo.
Pokrzywnica: Chyba tak. Jak się próbuje zjeść wszystko naraz, to robi się przeciążenie i wywala korki w mózgu. Chociaż filozofia i metafizyka mi nie ciążyły. Tylko właśnie dekoracje i nadmiar strzelanin. Może gdyby te opowiadania bardziej się ze sobą splatały, uzupełniały...? Czasem tak się zdarzało, że na przykład, bohater jednego mignął gdzieś na trzecim planie w innym, czasem coś się rozwinęło czy wyjaśniło, ale bardzo rzadko. I ogólne moje wrażenie było takie, że coś wzbiera i wzbiera, i wzbiera… aż do zagubienia i zniechęcenia.
Ciernik: Rzeczywiście na te momenty filozoficzno-metafizyczne czekałem najbardziej i cieszyłem się z tych perełek, przysypanych przez góry ołowiu, ale trudno powiedzieć, czy chciałbym, aby ich było więcej. Może właśnie przy takim miksie cała sztuka polega na dobraniu odpowiednich proporcji? Według mnie, proporcje w ramach pojedynczych tekstów są takie, jak powinny być.
A który tekst najbardziej zapadł Ci w pamięć?
Pokrzywnica: Oczywiście „Caleb”. Ja Cortázara rozpoznaję od razu. I przez cały czas myślałam sobie: „W co ten Orlewski, skubany, tutaj gra, w co on gra?”
Ciernik: Czyżby w klasy?
Pokrzywnica: Lubię takie zabawy – niby w tekście, a jednak poza nim, ciche porozumienie autora z odbiorcą, słodki dreszczyk, trochę jak oszukiwanie przy kartach. No, ale w Lovecrafta się ze mną nie da pograć, za słabo znam.
Z jakichś dziwnych powodów zostało mi w pamięci również „Ristretto”, chociaż niby o kawie pisano setki razy i czym tu się zachwycać? Ale coś tam było, coś niezwykłego i tak migotliwego, że trudnego do złapania.
Ciernik: „Ristretto” jest, moim zdaniem, najfajniejsze w całym zbiorze. Może dlatego, że inne niż reszta? Ale podobało mi się też otwierające tomik „Bezprawie”. To był mój pierwszy kontakt z tekstami tego autora, a trzeba mu przyznać, że umie robić pierwsze wrażenie.
Pokrzywnica: Co do „Ristretto”, to myślę, że „inne niż reszta” to za mało. Ja przy czytaniu poczułam, że autor złapał za ogon coś naprawdę ważnego. Ale tylko przez moment, bo to się zaraz wymknęło. I nie wiem, co to było, ale mam niejasne przeczucie, że coś było.
Ciernik: Tam przede wszystkim jest więcej filozofii i metafizyki. Mocno gnostycki ten tekst. No i chyba jest niespotykanie pozytywny, jak na cały zbiorek, bo to chyba jedyny (ale może nie pamiętam?) tekst, w którym główny bohater zaczyna rozumieć, jak działa Maszyneria i że czasami nie jest z nią aż tak źle?
Jedno, co mi się w tym wszystkim nie podoba, to tytuł. Mam dziwne przeświadczenie, że autor użył go tylko dlatego, że opowiadanie, które tego tytułu całemu tomikowi użyczyło, jako jedyne pojawiło się w poważnym, wysokonakładowym piśmie, czyli w „Nowej Fantastyce”. Czyżby Bartosz Orlewski liczył na większą rozpoznawalność? Może i marketingowo to dobre zagranie, ale moim zdaniem, ten tytuł jest trochę pretensjonalny. Może lepsze by było „Bezprawie” albo „Żegnaj, Melhizabet”? Pierwszy tytuł łapie w klamrę większość tekstów w zbiorku. Drugi jest fajnie tajemniczy.
Pokrzywnica: Tak. Drugi coś w sobie ma… I cała książka, niezależnie od tytułu, też ma w sobie całkiem sporo. To był naprawdę niezły posiłek.
Ciernik: Zobacz, co upolowałem!
Pokrzywnica: Ale dziwaczna okładka! Co to ma być? Koguty w aureolach? Czy ta książka aby na pewno nadaje się do jedzenia?
Ciernik: Intrygujące, co? Zamieszczone w niej opowiadania były już publikowane, co w światku SP nie zdarza się często, pomyślałem więc, że możemy liczyć na zbiór tekstów po redakcji.
Pokrzywnica: To rzeczywiście plus. Teksty po korekcie czyta się o wiele przyjemniej, niż te pełne ortograficzno-stylistycznych pcheł i kleszczy.
Ciernik: Zachęcił mnie też opis na wydaje.pl: „to zbiór dwunastu opowiadań i sześciu literackich szortów, które oferują bezkompromisową przejażdżkę po bezdrożach mojej wyobraźni rozmiłowanej w opowieściach niesamowitych, dziwacznych westernach i amerykańskich muscle cars”. A poza tym, co się będę krył po kątach, po prostu lubię heavy metal.
Pokrzywnica: Ja nazwisko autora kojarzę głównie z Szortalu. Ale czytałam też coś na Niedobrych Literkach.
Ciernik: I co powiesz po skonsumowaniu „Garści zbawienia”?
Pokrzywnica: Dobra! Gęsta, mięsna chili soup. Z metafizyczną papryką i czarną kawą na deser. Tylko strasznie dużo ołowianych kulek w tym mięsie…
Ciernik: Cóż, taka specyfika kuchni tego autora.
Pokrzywnica: Ale za to jaki ładny język! Zwłaszcza porównania:
„Z południa nadjechał samochód czerwony jak przekrwione dziąsła”
albo
„Jim rozryczał się jak dziecko ukąszone przez grzechotnika”.
Ciernik: „Czas wlókł się jak kulawy osioł”.
Pokrzywnica: No, i jeszcze ta przepiękna scena erotyczna:
„Dopiero potem, po przerwie na tequilę i tytoń wymieszany z haszyszem, zaczęli się pieprzyć. Zielonooka Sally zasuwała w górę i w dół niczym pociąg z piekła rodem, mknący ze Wschodu na Zachód po dusze pionierów, a Nero bez wytchnienia dokładał do pieca, zdobywając kolejne punkty w grze zapomnienia”.
Ciernik: Autor panuje nad językiem. Ma swoją wizję, którą potrafi zręcznie przelać na papier. Fajnie buduje niektórych bohaterów („Zmówił więc modlitwę do Allaha, w którego raczej nie wierzył(...)”. Bawi się nawiązaniami. To dobra lektura.
Pokrzywnica: O, właśnie: podobały Ci się intertekstualne zabawy z Cortázarem, Borgesem i Ligottim? Mnie bardzo, zwłaszcza z Cortázarem – ach, bo przecież jak można mistrza tak bezczelnie (i chwalebnie) wykorzystać?!
Ciernik: Podobały mi się. I nie tylko zabawy z tą trójką, ale również z Lovecraftem. Nie dość, że są nawiązania, to na dodatek zręcznie wplecione. Te westernowe opowiadania brzmią, jakby ktoś zmiksował „Krwawy południk” Cormaca McCarthiego z tekstami Lovecrafta. Mamy tu brutalność i naturalizm pierwszego oraz grozę, często kosmiczną, niepoznawalną, ale obecną i namacalną, drugiego. No i wszędobylskie szaleństwo.
Pokrzywnica: Mnie się podoba wtykanie w różne niespodziewane miejsca metafizyki i filozofii. Natomiast westernowe dekoracje w pewnym momencie mnie zmęczyły. Wydaje mi się, że trochę za dużo tych miasteczek, kapeluszy i coltów, jak na cały zbiór. W pojedynczych opowiadaniach to się broni, ale cała książka w tym klimacie... dla mnie za dużo. Może dlatego, że jestem kobietą?
Ciernik: Nie dlatego. Ja się czułem jakbym czytał raz po raz kolejną wersję tego samego tekstu. To po prostu nie jest zbiór przeznaczony do pożerania naraz w całości. Trzeba powolutku, pojedynczo.
Pokrzywnica: Chyba tak. Jak się próbuje zjeść wszystko naraz, to robi się przeciążenie i wywala korki w mózgu. Chociaż filozofia i metafizyka mi nie ciążyły. Tylko właśnie dekoracje i nadmiar strzelanin. Może gdyby te opowiadania bardziej się ze sobą splatały, uzupełniały...? Czasem tak się zdarzało, że na przykład, bohater jednego mignął gdzieś na trzecim planie w innym, czasem coś się rozwinęło czy wyjaśniło, ale bardzo rzadko. I ogólne moje wrażenie było takie, że coś wzbiera i wzbiera, i wzbiera… aż do zagubienia i zniechęcenia.
Ciernik: Rzeczywiście na te momenty filozoficzno-metafizyczne czekałem najbardziej i cieszyłem się z tych perełek, przysypanych przez góry ołowiu, ale trudno powiedzieć, czy chciałbym, aby ich było więcej. Może właśnie przy takim miksie cała sztuka polega na dobraniu odpowiednich proporcji? Według mnie, proporcje w ramach pojedynczych tekstów są takie, jak powinny być.
A który tekst najbardziej zapadł Ci w pamięć?
Pokrzywnica: Oczywiście „Caleb”. Ja Cortázara rozpoznaję od razu. I przez cały czas myślałam sobie: „W co ten Orlewski, skubany, tutaj gra, w co on gra?”
Ciernik: Czyżby w klasy?
Pokrzywnica: Lubię takie zabawy – niby w tekście, a jednak poza nim, ciche porozumienie autora z odbiorcą, słodki dreszczyk, trochę jak oszukiwanie przy kartach. No, ale w Lovecrafta się ze mną nie da pograć, za słabo znam.
Z jakichś dziwnych powodów zostało mi w pamięci również „Ristretto”, chociaż niby o kawie pisano setki razy i czym tu się zachwycać? Ale coś tam było, coś niezwykłego i tak migotliwego, że trudnego do złapania.
Ciernik: „Ristretto” jest, moim zdaniem, najfajniejsze w całym zbiorze. Może dlatego, że inne niż reszta? Ale podobało mi się też otwierające tomik „Bezprawie”. To był mój pierwszy kontakt z tekstami tego autora, a trzeba mu przyznać, że umie robić pierwsze wrażenie.
Pokrzywnica: Co do „Ristretto”, to myślę, że „inne niż reszta” to za mało. Ja przy czytaniu poczułam, że autor złapał za ogon coś naprawdę ważnego. Ale tylko przez moment, bo to się zaraz wymknęło. I nie wiem, co to było, ale mam niejasne przeczucie, że coś było.
Ciernik: Tam przede wszystkim jest więcej filozofii i metafizyki. Mocno gnostycki ten tekst. No i chyba jest niespotykanie pozytywny, jak na cały zbiorek, bo to chyba jedyny (ale może nie pamiętam?) tekst, w którym główny bohater zaczyna rozumieć, jak działa Maszyneria i że czasami nie jest z nią aż tak źle?
Jedno, co mi się w tym wszystkim nie podoba, to tytuł. Mam dziwne przeświadczenie, że autor użył go tylko dlatego, że opowiadanie, które tego tytułu całemu tomikowi użyczyło, jako jedyne pojawiło się w poważnym, wysokonakładowym piśmie, czyli w „Nowej Fantastyce”. Czyżby Bartosz Orlewski liczył na większą rozpoznawalność? Może i marketingowo to dobre zagranie, ale moim zdaniem, ten tytuł jest trochę pretensjonalny. Może lepsze by było „Bezprawie” albo „Żegnaj, Melhizabet”? Pierwszy tytuł łapie w klamrę większość tekstów w zbiorku. Drugi jest fajnie tajemniczy.
Pokrzywnica: Tak. Drugi coś w sobie ma… I cała książka, niezależnie od tytułu, też ma w sobie całkiem sporo. To był naprawdę niezły posiłek.
niedziela, 12 kwietnia 2015
Jacek Sobczyński „Nie rozumiemy się bez słów”
Upolowane: Jacek Sobczyński „Nie rozumiemy się bez słów”, papier
Pokrzywnica: Wiosną, gdy słoneczko zaświeci, Cierniki zamiast pływać, wpełzają na skały. Pogadać z nimi wtedy nie sposób, gdyż…
Ciernik: Niestety, tym razem, to nie skały. Zasuwam w ogródku. Ledwo zdążyłem przeczytać książkę Jacka Sobczyńskiego.
Pokrzywnica: A ona ma już ponad rok! Wydał ją Instytut Wydawniczy Latarnik wiosną zeszłego roku. Nie zauważyliśmy jej wtedy.
Ciernik: Co się odwlecze…
Pokrzywnica: I co? Tak między grabieniem grządek a wyrywaniem chwastów będziesz z doskoku o literaturze rozmawiał?
Ciernik: Będę. To się nazywa agrokultura!
Pokrzywnica: A podobało Ci się „Nie rozumiemy się bez słów”? Podwórkowe dzieciństwo dwóch chłopaków i dziewczyny z poznańskiego osiedla Kopernika oraz co potem z trójki bohaterów wyrosło i co z tego wszystkiego wynikło – dobry temat?
Ciernik: Strasznie podobała mi się pierwsza część, pewnie dlatego, że ja niewiele ze swojego dzieciństwa pamiętam, a te opowieści przywołały różne obrazy z mojej przeszłości. Widzę też sporo różnic pomiędzy dorastaniem w dużym mieście, jak opisywany Poznań, a w małej wiosce, jak moja. Choćby kwestia anonimowości: w małej wiosce nie sposób robić aż takich akcji, jak u Sobczyńskiego, a przecież jakoś trzeba rozładowywać dziecięcą energię. Robi się inne rzeczy i trochę inaczej. A to sprawia, że człowiek zostaje inaczej ukształtowany.
Pokrzywnica: Tak myślałam, że ta pierwsza część będzie Ci się podobała. Ale mnie się bardzo podobała też ta druga, ze zmianą klimatu i zupełnie innymi emocjami – to przez nie widać przejście z dzieciństwa w dorosłość. Wtedy wszystko wydawało się osiągalne, byle tylko w końcu dorosnąć i móc wyciągnąć po to ręce. Teraz niby powinniśmy to „wszystko” mieć. Coś tam mamy, ale jakoś przelatuje nam przez palce i w mgnieniu oka traci urok i smak... Pięknie to jest pokazane. Wyjątkiem jest Jasiek, który od początku do końca wie, co robi, i mówi „wolę tak”. Bardzo mi się podoba ta postać. Tragiczna, ale też na swój sposób imponująca. Człowiek, który wie, że leci po równi pochyłej i wie zarazem, że nie może inaczej. Że to jest czasem nie do zatrzymania, nawet gdy się wie, że... A może właśnie dlatego, że się wie?
A z drugiej strony: w końcówce Jasiek w męskiej rozmowie uświadamia Maćkowi, że ten mało robi, żeby mu się układało, tylko ma pretensje do całego świata. A Jasiek zasuwa od początku, od małego dzieciaka, nie ma tej kariery za friko, tylko zapracował na nią i poniósł straszliwe, nieodwracalne koszty emocjonalne. O tym łatwo zapomnieć w pewnym momencie, kiedy on się robi niezbyt sympatyczny. I tak właśnie jest w życiu: zazdrościmy innym zdolności, talentów, powodzenia, a jakie dramaty często za tym wszystkim stoją, to na ogół nie mamy pojęcia.
Ciernik: Bo każdy uważa, że jego problemy są największe i co inni mogą o tym wiedzieć. Zawsze się obruszam, gdy ktoś zazdrości, na przykład, bogatym ludziom, że oni to już w ogóle nie mają problemów. Mają. Każdy ma. Swoje, które zapewne urastają w jego oczach do nie wiadomo jakich rozmiarów. Samsara – życie jest cierpieniem.
Pokrzywnica: A co sądzisz o historii Jaśka? Mógł inaczej? Bo mnie się wydaje, że z tym, co dostał od matki, pograł najlepiej jak mógł. Świadomie. Bo on wiedział, że nie stworzy żadnego zdrowego związku. Wiedział i dlatego nie próbował. Ja wierzę, że istnieje realny pierwowzór Jaśka. Czegoś takiego nie można wymyślić od zera. Chyba że można? Ale jeśli tak, to autor jest geniuszem. W ogóle autor jest bardzo dobry – tyle smaków w tej książce jest, czasem człowiek chichocze jak głupi, czasem płakać się chce, a czasem zgroza za gardło łapie…
Ciernik: Ja w prawdziwym życiu nie znam osób, które wychodząc z porąbanej rodziny, stworzyłyby naprawdę zdrowy związek. Z tym, że może łatwo mi tak oceniać z zewnątrz. Jasiek pewnie zagrał takimi kartami, jakie miał. Ale z drugiej strony: można powiedzieć, że jest tak samo wyrachowany jak jego żona. Wiedząc, jak bardzo ma narąbane w głowie, wnosi cały ten bajzel w życie drugiej osoby.
Pokrzywnica: Ta druga osoba dokładnie tego chciała. I dlatego uważam, że to było fair. Jeśli ktoś chce Twój bajzel, to jesteś w prawie, żeby mu go dać. Czyż nie?
Ciernik: Jeśli jesteś ze sobą i z tą drugą osobą w stu procentach szczery, to chyba tak. Ale to dla mnie śliskie trochę. Bo wyobrażam sobie sytuację, że w pewnym momencie zaczynam się swoim powaleniem wysługiwać, na zasadzie: Widziały gały, co brały! Nie podoba ci się? Przecież ostrzegałem!
Pokrzywnica: No, jest takie ryzyko. Kwestia uczciwości. Nie tylko „przed”, ale i „w trakcie”. Nie tylko z tą drugą osobą, ale ze sobą samym. I wtedy to może działać. Problem powstaje, jeśli w takim związku pojawią się dzieci, bo wtedy to psychiczne pokręcenie (w nieco zmienionej formie, bo wiadomo, że Jasiek nie zachowa się tak jak jego matka) się przeniesie dalej. Ale powiedz, ilu znasz ludzi tak głęboko świadomych swojego pokręcenia i uwzględniających je w sposób sensowny przy podejmowaniu decyzji? Większość uważa, że są całkiem w porządku. I wtedy to przenoszą – tę nienormalność, która udaje normę.
Ciernik: Ja widzę dwie skrajności. Taką, o której piszesz, i drugą grupę – ludzi, którzy są powaleni mniej więcej jak wszyscy, ale wyhodowali sobie aż takie demony, że ze strachu przed nimi, nie próbują już zbudować żadnej relacji. Tych drugich, z tego co widzę, chyba zaczyna przybywać. Ale może tylko w moim środowisku?
Pokrzywnica: Oj, nie tylko. Inni też to widzą. Pamiętasz „Kosowo”?
Ciernik: No, właśnie. A w „Nie rozumiemy się bez słów” mamy, oprócz Jaśka, przecież także Maćka i Izkę.
Pokrzywnica: Izka też ma swoją niezdrową historię. Z ojcem. Ale wydaje się, że jednak skutki pokręcenia ją omijają. Czyżby dzięki głównemu bohaterowi?
Ciernik: Jeśli dobrze pamiętam i rozumiem Junga, Maciek korespondowałby tutaj z archetypem Zranionego Uzdrowiciela, czyli osoby, która nieświadomie szukając metody na uleczenie siebie, leczy innych, samemu na zawsze pozostając chorym.
Pokrzywnica: A jaka jest jego choroba według Ciebie? Słusznie go Jasiek podsumował?
Ciernik: Słusznie, chociaż przecież Maciek jakoś specjalnie chory nie jest. Tym komentarzem idealnie podkreślam to, co powiedziałem na początku: mamy tendencję do umniejszania cierpienia innych ludzi. Największym problemem Maćka wydaje się nieumiejętność akceptacji tego, jaka jego rodzina jest naprawdę. On nosi w sobie jakiś urojony obraz prawdziwej rodziny i nie potrafi się pogodzić z rzeczywistością. Ale właściwie, ilu czytelników, tyle może być opinii o bohaterach. Ważne, że są żywi i ich świat też jest żywy.
Muszę przyznać że to całkiem fajna książka. Wciągający, gawędziarski styl, emocje, klimat. Szkoda że trafiła u mnie na niezbyt dobry czas, bo akurat teraz wyszły Słupy z Eternitu, więc miała naprawdę dużą konkurencję. Gdyby nie to, przeczytałbym ją o wiele szybciej. Ale i tak wracałem do niej z ciekawością, co będzie dalej. Jednego mi brakowało...
Pokrzywnica: Ach, epilog też jest cudny! Warto czytać dokładnie, do ostatniej strony! Czego Ci brakowało?
Ciernik: Zbierania obrazków z samochodami z gum Turbo! A poza tym, powiem Ci w sekrecie, że bardzo mi się powieść Jacka Sobczyńskiego kojarzy z Nudlami. To taka śląska wersja pierwszej części książki. I przyznaję, że jest bliższa mojemu twardemu i czarnemu jak węgiel sercu, niż jakieś gotowane pyry!
Pokrzywnica: Wiosną, gdy słoneczko zaświeci, Cierniki zamiast pływać, wpełzają na skały. Pogadać z nimi wtedy nie sposób, gdyż…
Ciernik: Niestety, tym razem, to nie skały. Zasuwam w ogródku. Ledwo zdążyłem przeczytać książkę Jacka Sobczyńskiego.
Pokrzywnica: A ona ma już ponad rok! Wydał ją Instytut Wydawniczy Latarnik wiosną zeszłego roku. Nie zauważyliśmy jej wtedy.
Ciernik: Co się odwlecze…
Pokrzywnica: I co? Tak między grabieniem grządek a wyrywaniem chwastów będziesz z doskoku o literaturze rozmawiał?
Ciernik: Będę. To się nazywa agrokultura!
Pokrzywnica: A podobało Ci się „Nie rozumiemy się bez słów”? Podwórkowe dzieciństwo dwóch chłopaków i dziewczyny z poznańskiego osiedla Kopernika oraz co potem z trójki bohaterów wyrosło i co z tego wszystkiego wynikło – dobry temat?
Ciernik: Strasznie podobała mi się pierwsza część, pewnie dlatego, że ja niewiele ze swojego dzieciństwa pamiętam, a te opowieści przywołały różne obrazy z mojej przeszłości. Widzę też sporo różnic pomiędzy dorastaniem w dużym mieście, jak opisywany Poznań, a w małej wiosce, jak moja. Choćby kwestia anonimowości: w małej wiosce nie sposób robić aż takich akcji, jak u Sobczyńskiego, a przecież jakoś trzeba rozładowywać dziecięcą energię. Robi się inne rzeczy i trochę inaczej. A to sprawia, że człowiek zostaje inaczej ukształtowany.
Pokrzywnica: Tak myślałam, że ta pierwsza część będzie Ci się podobała. Ale mnie się bardzo podobała też ta druga, ze zmianą klimatu i zupełnie innymi emocjami – to przez nie widać przejście z dzieciństwa w dorosłość. Wtedy wszystko wydawało się osiągalne, byle tylko w końcu dorosnąć i móc wyciągnąć po to ręce. Teraz niby powinniśmy to „wszystko” mieć. Coś tam mamy, ale jakoś przelatuje nam przez palce i w mgnieniu oka traci urok i smak... Pięknie to jest pokazane. Wyjątkiem jest Jasiek, który od początku do końca wie, co robi, i mówi „wolę tak”. Bardzo mi się podoba ta postać. Tragiczna, ale też na swój sposób imponująca. Człowiek, który wie, że leci po równi pochyłej i wie zarazem, że nie może inaczej. Że to jest czasem nie do zatrzymania, nawet gdy się wie, że... A może właśnie dlatego, że się wie?
A z drugiej strony: w końcówce Jasiek w męskiej rozmowie uświadamia Maćkowi, że ten mało robi, żeby mu się układało, tylko ma pretensje do całego świata. A Jasiek zasuwa od początku, od małego dzieciaka, nie ma tej kariery za friko, tylko zapracował na nią i poniósł straszliwe, nieodwracalne koszty emocjonalne. O tym łatwo zapomnieć w pewnym momencie, kiedy on się robi niezbyt sympatyczny. I tak właśnie jest w życiu: zazdrościmy innym zdolności, talentów, powodzenia, a jakie dramaty często za tym wszystkim stoją, to na ogół nie mamy pojęcia.
Ciernik: Bo każdy uważa, że jego problemy są największe i co inni mogą o tym wiedzieć. Zawsze się obruszam, gdy ktoś zazdrości, na przykład, bogatym ludziom, że oni to już w ogóle nie mają problemów. Mają. Każdy ma. Swoje, które zapewne urastają w jego oczach do nie wiadomo jakich rozmiarów. Samsara – życie jest cierpieniem.
Pokrzywnica: A co sądzisz o historii Jaśka? Mógł inaczej? Bo mnie się wydaje, że z tym, co dostał od matki, pograł najlepiej jak mógł. Świadomie. Bo on wiedział, że nie stworzy żadnego zdrowego związku. Wiedział i dlatego nie próbował. Ja wierzę, że istnieje realny pierwowzór Jaśka. Czegoś takiego nie można wymyślić od zera. Chyba że można? Ale jeśli tak, to autor jest geniuszem. W ogóle autor jest bardzo dobry – tyle smaków w tej książce jest, czasem człowiek chichocze jak głupi, czasem płakać się chce, a czasem zgroza za gardło łapie…
Ciernik: Ja w prawdziwym życiu nie znam osób, które wychodząc z porąbanej rodziny, stworzyłyby naprawdę zdrowy związek. Z tym, że może łatwo mi tak oceniać z zewnątrz. Jasiek pewnie zagrał takimi kartami, jakie miał. Ale z drugiej strony: można powiedzieć, że jest tak samo wyrachowany jak jego żona. Wiedząc, jak bardzo ma narąbane w głowie, wnosi cały ten bajzel w życie drugiej osoby.
Pokrzywnica: Ta druga osoba dokładnie tego chciała. I dlatego uważam, że to było fair. Jeśli ktoś chce Twój bajzel, to jesteś w prawie, żeby mu go dać. Czyż nie?
Ciernik: Jeśli jesteś ze sobą i z tą drugą osobą w stu procentach szczery, to chyba tak. Ale to dla mnie śliskie trochę. Bo wyobrażam sobie sytuację, że w pewnym momencie zaczynam się swoim powaleniem wysługiwać, na zasadzie: Widziały gały, co brały! Nie podoba ci się? Przecież ostrzegałem!
Pokrzywnica: No, jest takie ryzyko. Kwestia uczciwości. Nie tylko „przed”, ale i „w trakcie”. Nie tylko z tą drugą osobą, ale ze sobą samym. I wtedy to może działać. Problem powstaje, jeśli w takim związku pojawią się dzieci, bo wtedy to psychiczne pokręcenie (w nieco zmienionej formie, bo wiadomo, że Jasiek nie zachowa się tak jak jego matka) się przeniesie dalej. Ale powiedz, ilu znasz ludzi tak głęboko świadomych swojego pokręcenia i uwzględniających je w sposób sensowny przy podejmowaniu decyzji? Większość uważa, że są całkiem w porządku. I wtedy to przenoszą – tę nienormalność, która udaje normę.
Ciernik: Ja widzę dwie skrajności. Taką, o której piszesz, i drugą grupę – ludzi, którzy są powaleni mniej więcej jak wszyscy, ale wyhodowali sobie aż takie demony, że ze strachu przed nimi, nie próbują już zbudować żadnej relacji. Tych drugich, z tego co widzę, chyba zaczyna przybywać. Ale może tylko w moim środowisku?
Pokrzywnica: Oj, nie tylko. Inni też to widzą. Pamiętasz „Kosowo”?
Ciernik: No, właśnie. A w „Nie rozumiemy się bez słów” mamy, oprócz Jaśka, przecież także Maćka i Izkę.
Pokrzywnica: Izka też ma swoją niezdrową historię. Z ojcem. Ale wydaje się, że jednak skutki pokręcenia ją omijają. Czyżby dzięki głównemu bohaterowi?
Ciernik: Jeśli dobrze pamiętam i rozumiem Junga, Maciek korespondowałby tutaj z archetypem Zranionego Uzdrowiciela, czyli osoby, która nieświadomie szukając metody na uleczenie siebie, leczy innych, samemu na zawsze pozostając chorym.
Pokrzywnica: A jaka jest jego choroba według Ciebie? Słusznie go Jasiek podsumował?
Ciernik: Słusznie, chociaż przecież Maciek jakoś specjalnie chory nie jest. Tym komentarzem idealnie podkreślam to, co powiedziałem na początku: mamy tendencję do umniejszania cierpienia innych ludzi. Największym problemem Maćka wydaje się nieumiejętność akceptacji tego, jaka jego rodzina jest naprawdę. On nosi w sobie jakiś urojony obraz prawdziwej rodziny i nie potrafi się pogodzić z rzeczywistością. Ale właściwie, ilu czytelników, tyle może być opinii o bohaterach. Ważne, że są żywi i ich świat też jest żywy.
Muszę przyznać że to całkiem fajna książka. Wciągający, gawędziarski styl, emocje, klimat. Szkoda że trafiła u mnie na niezbyt dobry czas, bo akurat teraz wyszły Słupy z Eternitu, więc miała naprawdę dużą konkurencję. Gdyby nie to, przeczytałbym ją o wiele szybciej. Ale i tak wracałem do niej z ciekawością, co będzie dalej. Jednego mi brakowało...
Pokrzywnica: Ach, epilog też jest cudny! Warto czytać dokładnie, do ostatniej strony! Czego Ci brakowało?
Ciernik: Zbierania obrazków z samochodami z gum Turbo! A poza tym, powiem Ci w sekrecie, że bardzo mi się powieść Jacka Sobczyńskiego kojarzy z Nudlami. To taka śląska wersja pierwszej części książki. I przyznaję, że jest bliższa mojemu twardemu i czarnemu jak węgiel sercu, niż jakieś gotowane pyry!
niedziela, 5 kwietnia 2015
Puste kółko i krzyżyk
Zwierzęce zabawy literackie: Puste kółko i krzyżyk
Napisz krótką opowieść, która będzie miała dwa początki i dwa końce, ale nie będzie miała środka. Oba początki muszą pasować do obu końców.
Limit znaków: 6000. Jeśli chcesz, możesz przysłać nam swój tekst z pustką zamiast środka – jeśli nam się spodoba, opublikujemy go w dziale Zwierzęce zabawy literackie.
pokrzywnica(małpisko)leniwiecliteracki.pl
Napisz krótką opowieść, która będzie miała dwa początki i dwa końce, ale nie będzie miała środka. Oba początki muszą pasować do obu końców.
Limit znaków: 6000. Jeśli chcesz, możesz przysłać nam swój tekst z pustką zamiast środka – jeśli nam się spodoba, opublikujemy go w dziale Zwierzęce zabawy literackie.
pokrzywnica(małpisko)leniwiecliteracki.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)