niedziela, 28 czerwca 2015

Edyta Niewińska Dávila „Levante”

Upolowane: Edyta Niewińska Dávila „Levante”, papier

Leniwiec Literacki

Pokrzywnica: To jedno z najbardziej niesamowitych naszych polowań. Właściwie ociera się o hodowlę!

Ciernik: Faktycznie. Sami przyłożyliśmy skrzydełko i płetwę do powstania tej książki.

Pokrzywnica: I nie tylko my. Hodowców było wielu, a pastwisko nazywało się KulturaHula. Kto sieje i orze…

Ciernik: … i hoduje…

Pokrzywnica: … i hoduje, ten potem ma co jeść!

Ciernik: Pamiętasz jeszcze naszą dyskusję o poprzedniej książce Edyty Niewińskiej, o „Kosowie”?

Pokrzywnica: Jasne! A wiesz, że przegapiliśmy wtedy pewien trop? Ja sobie poświergoliłam z autorką i dzięki temu „Levante” czytałam już uzbrojona we wskazówkę.

Ciernik: Jaki trop?

Pokrzywnica: Tam była niejaka Alicja, pamiętasz? I ona mogła być alter ego głównej bohaterki. Niektórzy tak czytali. My nie.

Ciernik: Alter ego tej mimozowatej Anielki?

Pokrzywnica: Tak, właśnie jej. I ta Anielka może wtedy ukazywać się od całkiem innej strony.

Ciernik: E, i tak jest wkurzająca! Edyta Niewińska ma talent do tworzenia irytujących bohaterek. Alicja z „Levante” na szczęście nie jest aż tak irytująca, ale... Ech, tak właśnie mogłaby wyglądać porażka i miłosne jazdy kobiety z twardym charakterem, która niby wie, czego chce od życia. Alicja podoba mi się trochę bardziej od Anielki, ale też mnie wkurza.

Pokrzywnica: Dlaczego „niby wie”? Nie wierzysz jej, że naprawdę wie?

Ciernik: Jak może cokolwiek wiedzieć ktoś, kto jest nieustannie w sztok pijany?

Pokrzywnica: No tak, mnie to jej picie też trochę, ehem, zmęczyło. Ale tym razem, nie gubiąc tropu, „Levante” odczytuję jako starcie Animusa z Cieniem.

Ciernik: Animus, Cień i Alkoholizm. Twardość Alicji wydawała mi się maską, jakąś wymuszoną pozą, sztywną Personą, co by później ładnie tłumaczyło to rozpłynięcie się bohaterki w facecie z Krakowa. Właśnie ta bezduszność w połączeniu z piciem wydawała mi się irytująca.

Pokrzywnica: Alicja nie jest bezduszna. Może trochę, na początku, ale później już nie. „Mam ochotę i mogę po prostu do niego pójść, powiedzieć, co mi chodzi po głowie, a nawet się z nim przespać. Na litość boską, mogę wszystko. Miłość, nie miłość, czasy są takie, że można przebierać w uczuciach, rodzajach związków czy samotności, jakie się chce mieć. Już to przerabiałam przecież, zawsze miałam to, co mi się należało. Czemu tym razem miałoby być inaczej?” To jest bezduszne? To po prostu rozsądne! A co do faceta z Krakowa – pytanie, czy to był rzeczywiście facet z Krakowa, czy facet z jej umysłu. Ja myślę, że to drugie. Ciekawy był motyw karmienia. Co w nas samych może nas nakarmić? Kim jest nasz wewnętrzny kucharz?

Ciernik: Bezduszny rozsądek, wykalkulowany… W końcu to jest pani polityk! Facet z Krakowa i facet z umysłu to jedno, bo przecież projekcja zawsze potrzebuje ekranu.

Wewnętrzny kucharz? Hmm. Ciekawe. Nigdy nie śniłem o tym, że ktoś mnie karmi. Raz, co prawda, śniło mi się, że zjadałem puste talerze, ale to było w czasie jakiejś diety oczyszczającej, gdy jeszcze wierzyłem w coś takiego, jak diety oczyszczające.

Wewnętrzny kucharz to musiałby być dosyć złożony archetyp. Z jednej strony ktoś, komu zależy na naszym szczęściu, spełnieniu, radości i zdrowiu, ale z drugiej – egocentryk domagający się oklasków jak każdy artysta.

Pokrzywnica: On dociera do Alicji poprzez smak. Budzi w ten sposób inne zmysły. To dosyć osobliwa metoda. Do mnie by się tak nie dało. Przez dotyk, przez zapach, przez słuch… może tak. Przez intelekt! O, to na pewno. Ale nie przez smak. Jedzenie jest przereklamowane!

A jeżeli obaj panowie (Sinan i kucharz) są tylko wytworami jej umysłu, to jaka ona jest? Co z siebie odrzuciła, jak myślisz? A jeśli Adrian też jest tylko częścią jej, to co zabiła?

Ciernik: Jeśli oni są wytworami jej umysłu, to ona jest oczywiście chora. Myślę, że to może być delirium tremens

Sinan czyli początkujący gangsta, żołnierz organizacji mafijnej, to ktoś w pewnym sensie podobny do polityka, czyli całkowicie podporządkowany strukturze i bez szemrania wykonujący rozkazy szefa. Mafia to taka jeszcze brudniejsza polityka, Sinan jest politycznym Cieniem, który ściga ją nawet po porzuceniu pracy.

Pokrzywnica: Nie zapominaj, że to płatny zabójca!

Ciernik: Nie zapominam. A kucharz jest oczywiście rewersem Sinana. To artysta, jest panem samego siebie – robi, co mu się podoba, zapomina o tych, których życie już nieświadomie zmienił, rzuca pracę i jedzie na koniec świata, żeby po kilku dniach rzucić kolejne zajęcie i pojechać jeszcze dalej. Alicja balansuje między tymi stanami. Zabijając Adriana, teoretycznie zabiła… swojego wewnętrznego polityka niskiego szczebla. Ale przecież to nie ona go zabiła. Ona się tylko z nim pokłóciła.

Pokrzywnica: Zaraz, zaraz. Niekoniecznie chora. Niekoniecznie deliryczne omamy. To przecież levante. „Levante – powiedział stary – przynosi sny. To wiatr, która otula senną, zmęczoną głowę gęstą powłoką wspomnień, które być może nie miały miejsca. To sen, który mógł być twoją przeszłością. To zapowiedź tego, co mogłoby się zdarzyć albo zdarzyło się tylko w twojej głowie”.

Ciernik: Ja myślę, że to wszystko się w książce miesza. Alkohol pity przez bohaterkę w dużych ilościach może stanowić wytłumaczenie dla czytelników o bardziej naukowych, sceptycznych umysłach. Natomiast ci, którzy wolą realizm magiczny, wybiorą wyjaśnienie w postaci levante. Swoją drogą: to fajne, że im głębiej wchodzimy w opowieść, tym bardziej zaczyna się ona wymykać logice. Lubię takie zabiegi pisarskie, szczególnie, jeśli granica jest przesuwana subtelnie. A tutaj właśnie tak jest.

Pokrzywnica: Mnie się najbardziej podobała właśnie ta magia: coraz silniejsze podmuchy dziwacznego andaluzyjskiego wiatru, który sprawia, że nie wiesz, czy żyjesz, czy śnisz. A w tym śnie (albo i nie śnie) odsłaniają się kolejne warstwy umysłu. A poza tym, to bardzo ładnie i starannie wydana książka z piękną okładką.

Ciernik: Rzeczywiście. Dawno nie miałem w ręku tak ładnie (ale bez zbędnych udziwnień) wydanej książki! Udało nam się to pasienie przyszłej zdobyczy!

niedziela, 14 czerwca 2015

Antologia „Tea-book 2. Science Fiction”

Upolowane:  Antologia „Tea-book 2. Science Fiction”, e-book

Pokrzywnica: Od czasu do czasu warto zanurzyć dziób w herbatce. Poprzednie dwa łyki były całkiem smaczne, pora na kolejny.

Ciernik: Ja się zanurzam w całości. SF wymaga zaangażowania!

Pokrzywnica: Nurkowanie w filiżance? I jak wrażenia? Moim zdaniem, Jana Maszczyszyna jest trochę za dużo. Mamy aż pięć opowiadań jego autorstwa (w tym jedno nieujęte w spisie treści). Są bardzo ciekawe, ale to jednak jest antologia, a tutaj pozostali autorzy wyglądają przy Janie M. jak chórek podśpiewujący la la la. A przecież nie są źli.

Ciernik: Chórek rzeczywiście nie jest zły, ale widać różnicę klas. Wciąż się zastanawiam, czy dodanie do amatorskiej antologii tekstów zawodowca bardziej pomogło, czy zaszkodziło. Jak dla mnie rozpiętość jest zbyt duża.

Pokrzywnica: Myślę, że pomogłoby, gdyby nie było ich tak dużo. Ale wiesz, co mnie zdumiało najbardziej? W opowiadaniach, które, jak informują dopiski pod nimi, były już publikowane w odrębnym zbiorze Jana Maszczyszyna wydanym przez WFW (któż to taki?) były błędy ortograficzne. „Mały Harry w zestawie bąbkowym” albo nieśmiertelna „stróżka krwi”. W ogóle nie rozumiem, dlaczego ten błąd ze „stróżką” pojawia się tak często w różnych publikacjach. Przecież to proste: „strużka” od „strugi”, „stróżka” od „stróża”. I teraz zastanawiam się, czy w reklamowanym przy okazji zbiorze „Testimonium” te błędy również nie były poprawione? Korekta „Herbatki u Heleny” już tego nie czytała, tylko zaufała? W innych opowiadaniach w „Tea-booku” aż takich błędów nie ma... Gdzieś przemknęło się, co prawda, „z twarzą zwróconą ku południowi” zamiast „ku południu”, ale ogólnie nie jest źle. W niektórych opowiadaniach, zwłaszcza w „Czynniku Zhanga” Marianny Szygoń, pojawiał się problem z synonimami. Jeśli bohater ma na imię, dajmy na to, Edek, jest radiologiem i pochodzi ze Szwecji, to bardzo denerwują mnie zdania w rodzaju: Julianna spojrzała na radiologa w sytuacji, kiedy akurat jego zawód nie ma nic do rzeczy, bo on właśnie, na przykład, myje zęby, a nie pochyla się nad wynikami badań radiologicznych. Julianna spojrzała na Szweda też w tym momencie zabrzmiałoby sztucznie. Trzeba mieć trochę wyczucia do synonimów.

Ciernik: WFW to nic innego, jak Warszawska Firma Wydawnicza, kolejny twór spod znaku Print On Demand, tak wyklinany w ostatnich czasach przez jeszcze większych pisarskich celebrytów niż Jan Maszczyszyn. A Helena pewnie uwierzyła, że skoro nazwisko znane, skoro teksty były w druku, to na pewno są w porządku. Nie są. To w końcu POD. Co ciekawe, książkę z której pochodzą opowiadania, można kupić w księgarni internetowej WFW, ale Jana Maszczyszyna nie wymieniono w dziale Nasi autorzy na stronie WFW. Nie wiem, co o tym myśleć.

Pokrzywnica: Dziwna historia. Ale zostawmy błędy. Z całego „Tea-booka” najbardziej podobały mi się dwa opowiadania: „Spotkanie na skrzyżowaniu losów” właśnie Jana Maszczyszyna oraz „Czerwień, czerń, czerwień” Jarosława Turowskiego. To ostatnie zafascynowało mnie prostotą – pomysł na fabułę banalny, z gatunku tych przemielonych tysiąc razy, ale to opowiadaniu wcale, w moim odczuciu, nie zaszkodziło, bo był pomysł na klimat. Pomysł zadziwiająco prosty, ale jakże skuteczny! I pomyślałam sobie, że to nic, że fabuła banalna, i tak można. I tak się da.

Ciernik: A mnie się „Czerwień...” zupełnie nie podobała. Rozzłościła mnie i obraziłem się na autora! Może gdyby to był zbiorek z tekstami bizarro, gore czy jakimiś innymi horrorami… ale z SF to miało niewiele wspólnego. Równie dobrze wszystko mogłoby się dziać na bezludnej wyspie albo w Andach...

Pokrzywnica: Otóż to! Fabularnie to jest schemat, właśnie taki dobrze znany z różnych katastrof andyjskich czy innych bezludnych wysp. Ale klimat! Tytułowa zmiana barw podziałała na mnie niemal hipnotycznie. Czułam to. I czułam kosmos, od którego oddzielała mnie tylko cieniutka, blaszana ścianka statku.

Ciernik: Kosmos to ja czułem w tekście otwierającym zbiór – „Spetryfikowanych” Adama Dzika, choć on przecież też nie był odkrywczy – kolejna wariacja na temat „Obcego ósmego pasażera Nostromo” czy bardzo niedocenianego filmu „Ukryty wymiar” z 1997 roku.

Pokrzywnica: Masz na myśli ten „Ukryty wymiar”, w którym „statek był w piekle”? Rety, to jeden z najgorszych filmów, jakie widziałam! Chyba jestem w gronie tych bardzo niedoceniających…

Ciernik: Ech. Wróćmy lepiej do naszej herbacianej antologii. „Spetryfikowani” to ładnie napisane opowiadanie, z klimatem, fajnymi dialogami i prawdziwymi bohaterami. Tylko zakończenie trochę liche (z zakończeniami to w ogóle podczas lektury miałem spory problem).

Wszystkie teksty Maszczyszyna są naprawdę niezłe. Czasami czułem w nich ducha Le Guin, z jej antropologicznymi opowieściami o dziwnych społecznościach czy nawet rasach – pod tym względem ogromne wrażenie zrobiły na mnie „Pasje mojej miłości”. Troszkę jakbym czytał „Lewą rękę ciemności” w wersji męskiej. No, i wspomniane już przez Ciebie „Spotkanie na skrzyżowaniu losów”.

Pokrzywnica: To chyba najlepsze opowiadanie w całym tomiku.

Ciernik: Coś pięknego, obrazowego i urzekającego ma w sobie też krótki tekst Franka Zarzyckiego zamykający antologię.

Pokrzywnica: „Tajemnica babiego lata”? Mnie się z kolei to opowiadanie niezbyt podobało. Miałam poczucie, że to bardziej zarodek czegoś niż pełny utwór. Ale może taki był zamysł? Nie jestem pewna.

Ciernik: To rzeczywiście zalążek chyba, a do tego znowu ta końcówka... Ale jednak było w nim coś malowniczego. Znasz może obrazy Jakuba Różalskiego? To właśnie było coś takiego.

Pokrzywnica: Ciekawie wypadło porównanie dwóch opowiadań z motywami erotycznymi – seks w „Vamoku” Andrzeja Trybuły, gdzie stanowił temat centralny, jakoś mnie nie przekonał, za to u Maszczyszyna, gdzie był tylko jednym z motywów, okazał się niesamowity.

Ciernik: Seks przekonał mnie i tu, i tu, chociaż rzeczywiście pokazany był całkiem inaczej. Jednak u Maszczyszyna był jednocześnie nieludzki (z oczywistych względów) i zarazem ludzki, zrozumiały, a w dodatku działający jakoś dziwacznie na zmysły.

Pokrzywnica: Świetnie to ująłeś! Właśnie o to chodzi. „Vamok” po prostu na mnie nie podziałał. Myślałam, że to może przez męski punkt widzenia bohatera, ale w „Pasjach mojej miłości” przecież też doświadczającym jest mężczyzna. A jednak to działa – właśnie tak, jak mówisz – działa na zmysły i działa dziwacznie. Dokładnie tak, jak powinno. A co myślisz o „Na skrzyżowaniu losów”?

Ciernik: Oryginalny pomysł SF i klimat rodem z kryminału noir, a do tego świetni bohaterowie. Pomysł z reinkarnacją – palce lizać!

Pokrzywnica: Tak. Zwłaszcza bohaterowie mnie ujęli. I to, że sam początek jest taki niewinny jak z bajki, a potem się rozkręca niczym szalony sen. W ogóle to, co u Maszczyszyna jest niezwykłe, to, oprócz swobodnie galopującej wyobraźni, bogactwo tematów i swoboda hasania wszędzie, gdzie mu się akurat zachce. Autor robi wrażenie kogoś, kto otwiera wszystkie furtki i nie ma dla niego żadnych barier. Bardzo mi się podobała ta rozbuchana wolność myślenia i kreowania.

Ciernik: No i sama widzisz: rozmawiamy głównie o jego tekstach. Reszta to jednak chórek...

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Magdalena Krakowska „Szklane oczy”

Upolowane: Magdalena Krakowska „Szklane oczy”, e-book

Ciernik: Skąd Ty, Pokrzywnico, wytrzasnęłaś te „Szklane oczy”? Co Cię przyciągnęło do tej książki?

Pokrzywnica: Szczerze? Po lekturze powieści „Nie rozumiemy się bez słów”, której akcja toczyła się w Poznaniu, trafiłam w księgarni na taki oto opis: „Akcja książki rozgrywa się na warszawskich Bielanach, gdzie bohater wynajmuje mieszkanie, w nadziei na odseparowanie się od pewnych wydarzeń z przeszłości. Oddychając specyficznym klimatem bielańskich osiedli, odnajduje pogubione w dzieciństwie wątki”.

Pomyślałam, że „Szklane oczy” to będzie coś podobnego do książki Sobczyńskiego, tylko z akcją osadzoną w Warszawie. A tu nic z tego.

Ciernik: A co, według Ciebie, najbardziej te dwie powieści od siebie odróżnia?

Pokrzywnica: Wszystko. Są zupełnie inne. I ten opis jest, według mnie, mylący. Wcale nie czułam „specyficznego klimatu Bielan”, to wszystko mogłoby się dziać gdziekolwiek. Ale to nie znaczy, że książka Magdaleny Krakowskiej w ogóle mi się nie podobała. Ma, owszem, wady, ale ma też zalety. Jest jednak zdobyczą całkiem inną, niż się spodziewałam.

Ciernik: Ja też nie czułem, żeby ta książka w jakikolwiek sposób była... regionalna. Wrzucenie nazw ulic czy dzielnic to za mało, żeby oddać klimat miejsca. Ale ja w ogóle nie szukałem w „Szklanych oczach” klimatu miejsca, więc mi to w żaden sposób nie przeszkadzało.

Pokrzywnica: A podobała Ci się ta powieść? Jako całość?

Ciernik: Tak. Nie nudziłem się przy niej. Może nie urywa ogona, może jest tam trochę moralizatorstwa, na przykład ze strony ze strony księdza… Swoją drogą: fajna postać, ale mało wiarygodna jak na chrześcijańskiego kapłana. To powinien być mistrz zen. Albo jeszcze lepiej, ktoś teoretycznie niezwiązany z żadną religią – wtedy wyszłaby fajna dychotomia: sekciarskie pseudomądrości versus żywa wiedza człowieka z krwi i kości. Ale to takie marudzenie, pewnie odzywa się we mnie autor z jego: Ja bym to lepiej napisał.

Pokrzywnica: A mnie zupełnie nie przeszkadzało, że to mówi ksiądz. Ja w ogóle patrzę na tego typu rozważania jak na rozwiązywanie równań. Wszystko mi jedno, kto to robi, byle ładnie przekładał iksy i igreki.

„- Życie! Co to jest?

- Niektórzy mówią, że to umiejętność zagospodarowania sobie wolnego czasu, niektórzy, że walka, są tacy, którzy nazywają je niekończącą się lekcją, balem, a inni boskim darem... I w zależności od tego, jak to w sobie ustawisz, takie będą twoje działania”.

Albo to:

„Teraz wiedział, że słabość umysłu człowieka polega na nieradzeniu sobie z tym, co umysł produkuje. A produkuje to, na co mu pozwolisz”.

Popatrz, to przecież jak algebra – operujesz na literkach A i B, nieważne, jaka cyfra za tym stoi. Ważne, żeby dobrze kombinować. Długopis, rządki znaków, zeszyt w kratkę. Lubiłam to w szkole.

Ciernik: Algebra? Do czego Ty właściwie teraz pijesz? Uważasz, że bohaterowie są źle wykreowani, jednowymiarowi?

Pokrzywnica: Nie, dlaczego? Po prostu na tyle lubię tego typu rozważania, że podobają mi się niezależnie od tego, w czyje usta zostały akurat włożone. Mógł to mówić ksiądz, mógł mistrz zen albo żul spod budki z piwem – i tak by mi się podobało. To jak zabawa czy gra, którą dobrze znasz i lubisz. Jest miło, kiedy ktoś, prócz Ciebie ją zna. Na tyle miło, że robi się kwestią drugorzędną, kto to jest.

Ciernik: To prawda, że ciekawe rozważania są mocną stroną „Szklanych oczu”. Niektóre odebrałem jako mi bliskie, a inne mnie zatrzymały i skłoniły do zastanowienia. Na przykład to:

„Czym dla mnie jest życie?” – rozmyślał. „Ruchem. Z drugiej strony każdy ruch jest obrazem braku równowagi. Widać to najlepiej na prostych przykładach. Najedzony człowiek leży na sofie i ogląda telewizję, a głodny biega i szuka sposobu, by się nasycić. A więc z zasady każde ciało, jakby kierowane wyższym prawem, dąży do stanu równowagi, stanu, w którym zużywa na swoje istnienie jak najmniejszą ilość energii. Ale też dzięki ruchowi, który przełamuje dotychczasowy stan równowagi, ciało przechodzi na inny poziom i szuka dla siebie nowej równowagi. Czyli rozwój jest w ruchu. Ale co to znaczy ruch? Czy to tylko przesuwanie się obiektów jednego w stosunku do drugiego? Ruch jako zmiana odległości – to spojrzenie prymitywne, ale ruch jako zmiana cech obiektu – interesujące. A równowaga? Przecież kiedy Budda wstał spod drzewa i powiedział: «Świat jest w równowadze» – to buch! Poszło! Zrobiła się religia”.

Zawsze uważałem, że ciało nie tyle dąży do stanu, w którym zużywa jak najmniej energii, ale raczej do stanu podwyższonego poziomu energii. A tutaj, proszę, niby oczywista oczywistość, ale jakoś tak fajnie uzupełniła moje poglądy i pobudziła do ponownego przemyślenia niektórych kwestii.

Ale nie tylko mądrości w tej książce można znaleźć. Czasami jest trochę poezji, jak to:

„- Między jednym bezpiecznym miejscem, a drugim mieści się miejsce dla wilków. Zawsze noś ze sobą kamienie”.

Pokrzywnica: Tak, przytoczyłeś skrót, ale cała ta historyjka o wilkach i kamieniach miała specyficzny urok. Niektóre opisy snów były ciekawe. I to są właśnie zalety „Szklanych oczu” Natomiast wady – no cóż, dla mnie fabuła. Podobała Ci się ta historia?

Ciernik: Historia jest prosta, ale nie przeszkadzało mi to. Dobrze, że nie została sztucznie wydłużona, bo wtedy pewnie bym się znudził. A tak – tempo było dla mnie w sam raz. Zdarzyło się kilka słabszych, naciąganych momentów, ale przymknąłem na nie oko, pewnie dlatego, że nie oczekiwałem fabuły na wzór „Milczenia owiec”, tylko właśnie prostej opowieści.

Pokrzywnica: A końcówka? Mnie zakończenie bardzo rozczarowało. Wpadło to wszystko w jakąś telenowelę, zupełnie niepotrzebnie. Bohater, sny, schody, mieszkania, sąsiedzi (sąsiadki!), relacje – to było dobre. Zupełnie nie podobało mi się wprowadzenie tych motywów z przeszłości i wyglądało, jakby autorka sama nie była z takiego rozwiązania fabularnego do końca zadowolona – te nieśmiałe próby tłumaczeń, że prawda jest dziwniejsza od fikcji… Myślę, że wcale nie trzeba było wzbogacać teraźniejszości o przeszłość. Sama w sobie była ciekawa.

Ciernik: Alternatywna wersja zakończenia rzeczywiście jest słabsza niż pierwotna i mniej prawdziwa. Jednak to mnie specjalnie nie obchodziło. Podobała mi się relacja bohatera z ojcem, chyba dlatego, że to jedyny w powieści naprawdę dynamiczny związek, w którym bohaterowie się zmieniają, dojrzewają i są prawdziwi. Z księdzem to był klasyczny model mistrz/uczeń. Z kobietą też jakoś tak jednowymiarowo. A z ojcem coś się działo. Ta relacja zaangażowała mnie, jako czytelnika, bo przez cały czas się zastanawiałem, dlaczego syn ciągle ojca odwiedza, skoro to taki dziwny człowiek. I dopiero pod koniec zyskałem szerszy obraz i zacząłem bardziej ojca rozumieć, nawet lubić, chociaż generalnie nie jest to sympatyczna osoba. Z takiego zrozumienia wyłania się jakieś Ahaaa! jak w życiu. Ojciec to ładnie wykreowana, niejednoznaczna postać, z którą bohater jest w nieoczywistej relacji. Dla mnie właśnie to stanowiło najważniejszy motyw powieści i chyba właśnie dlatego książka ostatecznie mi się podobała.

Pokrzywnica: I warto na koniec wspomnieć, że to całkiem przyzwoity e-book, nieupstrzony błędami, krótko mówiąc: jadalny.

 

 

sobota, 23 maja 2015

„Opowieści osobliwe: Ekspres Arkham”, słuchowisko

Upolowane: „Opowieści osobliwe: Ekspres Arkham”, słuchowisko

Ciernik: Nadszedł właściwy czas, moja droga Pokrzywnico. Musisz wreszcie przeczytać jakiś tekst Lovecrafta!

Pokrzywnica: Kiedy jakoś tak… nie pragnę!

Ciernik: Życie stawia przed nami rozmaite wyzwania. Odwagi! Teraz albo nigdy!

Pokrzywnica: No, dobra. Przeczytałam kilka opowiadań. Na przykład „Zeznania Randolpha Cartera”.

Ciernik: I co powiesz?

Pokrzywnica: Zacytuję: „Czy mam stwierdzić, że ów głos był głęboki; płytki; galaretowaty; odległy; nieziemski; nieludzki; bezcielesny? Cóż mam powiedzieć?”.

Ciernik: Hi hi! Dopiero teraz możesz ocenić i docenić (albo i nie) najnowsze słuchowisko duetu Michał Ochnik i Dawid Banasiuk, kolejną część cyklu „Opowieści osobliwe”.

Pokrzywnica: Doceniam. Z odcinka na odcinek duet pracuje coraz lepiej. „Ekspresu Arkham” słuchało się całkiem przyjemnie. A jaka śliczna końcówka!

Ciernik: Końcówką przekreślili wszystkie zarzuty, które tak skrzętnie notowałem podczas słuchania. Złośliwe zwierzaki!

Pokrzywnica: A co takiego wynotowałeś? Bo mnie zgrzytnęły w uszach drobne usterki językowe: „nabrać drugiego oddechu”, „nie uświadczyłem wrzasków, krzyków i piany toczącej się z ust zrywających z siebie ubrań pacjentów”, „dzieje się to, o czym pana ostrzegałem”, „wzrok z ledwością mógł w stanie uchwycić”… Oprócz tych wpadek, trochę mi przeszkadzało zbyt szybkie tempo czytania na początku. Ach, no i to, że kluczowe słowa wuja są niezrozumiałe, kiedy padają po raz pierwszy. Musiałam cofnąć, a i tak nie zrozumiałam, co powiedział. Dopiero później się wyjaśniło.

A jak oceniasz samą historię? Bo ja się sama sobie dziwiłam, że mnie taka, naiwna w gruncie rzeczy, opowieść wciągnęła. Nie przepadam za takimi prostymi, typowo rozrywkowymi opowiadankami, ale tego się naprawdę przyjemnie słuchało.

Ciernik: Czułem się podobnie. Sam byłem zaskoczony, że poprowadzili mnie jak po sznurku tak prostą historią. A w końcówce aż mnie ciarki przeszły! Chciałem się przyczepić, bo nie podobała mi się praca głosem głównego bohatera. Było płasko, zbyt równo, tempo jakby ktoś czytał w szkole wypracowanie, brakowało pauz, drżenia głosu, emocji, które powinny się pojawić podczas opowiadania tak sensacyjnych wydarzeń. No, ale na koniec autorzy pokazali mi język i teraz mogę sobie te wszystkie zarzuty zwinąć w rulonik i wykorzystać w charakterze trąbki do ucha…

Pokrzywnica: Ha, ha, trąbka do ucha to pożyteczna rzecz, zwłaszcza rybie może się przydać! A co do opowieści: przyznasz, że jest całkiem ładnie poprowadzona i rzeczywiście nawiązuje do stylu i motywów Lovecrafta. Bardzo ładnie wyszło też tło dźwiękowe – tworzy klimat, dopowiada szczegóły, ale nie kłóci się z opowiadaną historią ani jej nie dubluje.

Ciernik: Przyznaję, niemniej uważam, że zagrali bardzo ryzykownie: słuchacz może w pierwszym odruchu zrazić się tą płaskością głównego bohatera. Na szczęście poprzecinali jego wypowiedzi  bardziej emocjonalnymi i przykuwającymi uwagę fragmentami, jak na przykład rozmowa z profesorem (swoją drogą: świetnie mi się go słuchało – dykcja, emocje, barwa głosu!), więc mamy takie falowanie klimatu, ale w odpowiednim rytmie. W jednej kwestii zresztą autor tekstu jest, moim zdaniem, lepszy od Lovecrafta – stworzył niezłe dialogi! U mistrza dialogów było niewiele, a jeśli już były, to takie, że lepiej, żeby ich nie było…

Pokrzywnica: Czyli co? Rosną nam Gwiazdy Nowej Grozy Wsączanej do Ucha przez Trąbkę?

Ciernik: Może i rosną. Kto wie? I odczep się już od mojej trąbki, dobrze?

niedziela, 17 maja 2015

Własny mały mit

Zwierzęce zabawy literackie: Własny mały mit

Recepta na mit (za „Poetyką mitu” Eleazara Mieletinskiego):

Logika mitu oparta jest na fałszywych podstawach, kiedy przesłanka niezbędna do wyprowadzenia konkluzji przyjęta jest zawczasu jako niebudzące wątpliwości założenie. W micie wszystko, co względne, uważane jest za bezwzględne, hipotetyczne – za kategoryczne, a bezwzględność jest względna. W wyniku panującej w micie twórczej wolności pragnień i estetycznej gry pojawia się „cudowne” – z typową dla niego absolutyzacją cech i właściwości, istot lub przedmiotów z ich absolutną zdolnością transformacji, jawnością wszelkich tajności i tajnością wszystkiego, co jawne.

Limit znaków: 6000. Jeśli chcesz, możesz przysłać nam swój własny mały mit – jeśli nam się spodoba, opublikujemy go w dziale Zwierzęce zabawy literackie.

pokrzywnica(małpisko)leniwiecliteracki.pl

niedziela, 10 maja 2015

K.S. Rutkowski „W niewoli seksu”

Upolowane: K.S. Rutkowski „W niewoli seksu”, e-book

Pokrzywnica: Po ultrażeńskiej singielce pora na odtrutkę. Książka wydana przez Novae Res jest określana mianem „twardej, męskiej prozy”. Zgadzasz się z tą opinią?

Ciernik: Tak. Jest męska, mocna i wulgarna. Dużo seksu, jeszcze więcej przekleństw. Bohaterowie opowiadań to faceci – zazwyczaj z psychicznymi defektami albo sami siebie za takich niepełnowartościowych uważający. Trochę za często pachniało mi to wszystko Charlesem Bukowskim, ale w sumie nie było złe.

Pokrzywnica: Zainteresował mnie fragment opisu ze strony wydawnictwa: „Znajdziemy tu facetów wikłających się w skomplikowane relacje, zmanipulowanych, cierpiących i gotowych zabić. Przemoc miesza się z seksem, a miłość z nienawiścią. Tutaj spotkamy się w miejscu, gdzie seks stanowi początek drogi, a czasem również jej koniec”. To dobre podsumowanie, rzeczywiście to wszystko w zbiorze „W niewoli seksu” jest. Ale mnie się ta książka nie wydała mocna. Męska, tak (chociaż co ja tam wiem) ale nie mocna. Może zrobiłaby wrażenie na młodych niewinnych pannach (i być może właśnie dlatego powinny ją przeczytać?) ale ja przy lekturze głównie chichotałam. Bo to jest książka dość szczera i bardzo autoironiczna. Przypuszczam, że dla mężczyzny może być gorzko-śmieszna, ale dla mnie była przede wszystkim zabawna, w dobrym znaczeniu tego słowa. Większości bohaterów było mi strasznie żal. Oni rzeczywiście są w niewoli i gonią w piętkę za kawałkiem cycka. I jako posiadaczka tegoż, miałam ochotę powiedzieć: Ej, chłopie, wyluzuj, to tylko cycek! Ale tak naprawdę nie tylko, prawda? O co rzeczywiście w tej książce chodzi?

Ciernik: Sam się zastanawiam, bo chociaż jestem facetem, też myślałem sobie: Człowieku, nie świruj, to tylko… (i tu wstawiałem odpowiednią część ciała w zależności od konkretnego opowiadania). Wychodzi na to, że albo jest to książka o seksoholizmie, albo o ludziach uzależnionych od adrenaliny.

Niedawno czytałem artykuł w Fokusie, zacytuję kawałek:

„Co się dzieje w naszym mózgu w czasie zakochania? Przede wszystkim podnosi się poziom dopaminy, która jest odpowiedzialna m.in. za koncentrację uwagi i zachowania ukierunkowane na osiągnięcie celu. Jej wysokie stężenie sprawia, że czujemy euforię i przypływ energii, wpadamy w ekstazę, nie możemy spać, tracimy apetyt, kołacze nam serce, a oddech przyspiesza. To dopamina podsyca rozpaczliwe wysiłki ratowania miłosnego związku. To dzięki niej jesteśmy w miłości – nawet nieodwzajemnionej – tak wytrwali.

Drugim neuroprzekaźnikiem, który zalewa mózg zakochanego, jest noradrenalina. Dzięki niej zapamiętujemy najdrobniejsze szczegóły działań ukochanego i wspólnie spędzonych chwil. Ważna jest jeszcze serotonina, której poziom akurat gwałtownie spada. Efekt? Myślenie o wybranku cały czas i zachowania typowe dla nerwicy natręctw”.

Pokrzywnica: Noradrenalina i dopamina. Jak po amfetaminie…

Ciernik: Tak. I już wiem, dlaczego nie jestem typem podrywająco-romansującym. Nie kręci mnie to z tego samego powodu, z jakiego nie kręciła mnie nigdy amfetamina: przez chwilę jest fajna zabawa, ale potem niechybnie przychodzi kac, który dla mnie jest zawsze o wiele gorszy i przesłania całą speedową przyjemność.

Pokrzywnica: Cóż, jeśli chce się zdobywać szczyty, wzlatywać ponad chmury, to trzeba też umieć schodzić w doliny albo i do samego piekła. Nie da się inaczej. Może bohaterowie opowiadań Rutkowskiego właśnie tego nie potrafią?

Ciernik: Może.

Pokrzywnica: Kiedy już przestałam chichotać i postanowiłam przyjrzeć się tej książce bardziej serio, to uderzyło mnie, że ci mężczyźni zawsze przegrywają. Czy on jest napalony na kobietę, czy kobieta na niego – wszystko jedno. I tak on zawsze przegra, ona będzie górą. Tak jakby w tym podrywaniu był jednocześnie lęk przed kobietami, nieustanna walka z tym lękiem i zarazem strach przed karą. Niby to oni je uwodzą, niby dominują, widać, że tam nie chodzi o miłość, nawet nie o seks, tylko o kontrolę, o władzę, ale... oni zawsze przegrywają.

Ciernik: Nieubłagany, wszechpotężny kac. I osobista, indywidualna przegrana.

Pokrzywnica: Gdyby odrzucić proste i łatwe odpowiedzi (w rodzaju: zwierzęcy instynkt, adrenalina, nałóg) to dlaczego oni wciąż powtarzają tę grę? Czyżby zabawa w zdobywcę, który gardzi ofiarą i ofiara wzajemnie gardzi nim, była jakoś wpisana w definicję męskości? Jedną z możliwych definicji?

Ciernik: Moja definicja męskości jest dosyć płynna, ale wydaje mi się, że męska jest przede wszystkim umiejętność wychodzenia ze strefy komfortu, pomimo strachu, który zawsze się z tym wiąże. Umiejętność naprawiania popełnionych błędów, na które zawsze jest się narażonym właśnie podczas opuszczania tej naszej strefy. Tak jest zawsze, gdy stoi się przed perspektywą wejścia w poważny związek, zmiany pracy, otwarcia biznesu, zostania ojcem, czy próbuje się napisać taką książkę, jakiej nigdy się nie napisało, a jaką zawsze w głębi serca napisać się chciało, chociaż nie umiało się do tego przyznać. To wszystko są wyjścia ze strefy komfortu, to wszystko są nowe sytuacje, w których możemy przegrać. Czy ta świadomość nas zatrzyma? Prawdziwego faceta nie powinna.

Pokrzywnica: A które z opowiadań podobało Ci się najbardziej?

Ciernik: Mnie w ogóle bardziej niż kwestie seksu, zainteresowały uwagi dotyczące pisania i publikowania książek. Jest tam kilku bohaterów piszących i oni sugerują albo wręcz mówią wprost, że i owszem, ktoś tam ich twórczość zna, mają czytelników, którzy nawet trochę lubią ich teksty, ale ponieważ one są takie mocne, wulgarne, męskie i niestrawne (w mniemaniu tych bohaterów), to oni nie osiągnęli wielkiego sukcesu. No i spójrz, jaka to jest bezpieczna i miła nisza: mam sobie grupkę czytelników, ciągle piszę to samo, fajne i bezpieczne gniazdko sobie uwiłem. Nie będę pisał dla mas, bo... No właśnie, dlaczego, tak naprawdę, nie będziesz? Czy nie dlatego, że mogłoby się okazać, iż pomimo twoich największych starań, mógłbyś zostać odrzucony? A to pokazałoby dobitnie, że nie potrafisz żadnego sukcesu w tej dziedzinie osiągnąć. I z tej perspektywy zbiorek opowiadań K.S. Rutkowskiego o wiele więcej mówi o kryzysie męskości i w ogóle o tym, czym prawdziwa męskość może być.

A jeśli mam wybierać, to najbardziej podobało mi się opowiadanie „Pierwszy udany podryw”. I jeszcze ostatnie, zatytułowane tak samo jak cały zbiór „W niewoli seksu”. Dobrze podsumowało tomik. Ostatnie zdanie jest mocne i poraża samoświadomością bohatera.

Pokrzywnica: Ten szesnastolatek z „Pierwszego udanego podrywu” to jeden z nielicznych mężczyzn, którzy w tej książce wygrywają. Może dlatego, że umiał wykorzystać swoje prawdziwe atuty, przede wszystkim inteligencję. To, co prawdziwe, zawsze jest lepsze od sztuczek.

Ciernik: Niby tak, ale istnieją przecież szkoły uwodzenia. I uczą tam skutecznych technik. Nie stuprocentowych, bo takich nie ma, nie działających na każdą kobietę, ale jednak niektórzy faceci wychodzą z takich szkół z zestawem całkiem skutecznych narzędzi. I nawet jeśli uznamy, że tak naprawdę, te narzędzia to tylko takie placebo, które powoduje, że facet po prostu czuje się lepiej we  własnej skórze, a kobiety to zauważają, więc jego szanse statystycznie wtedy rosną, to jednak jest to przecież jakiś sposób wpływania na ludzi, czyż nie?

Pokrzywnica: W samej pewności siebie nie widzę nic złego, natomiast w manipulacji już tak. To przecież rodzaj psychicznej przemocy. Kobiety (na szczęście nie zawsze i nie wszystkie) są na to podatne w pewnych sytuacjach. Mężczyźni zresztą też, przykład mamy w opowiadaniu „Patrz na mnie”. Ono jest oczywiście świadomie przerysowane, ale mówi o tym, w jaki sposób stosują przemoc kobiety.

Wracając jednak do uwodzicielskiej manipulacji: tak się złożyło, że potrzebowałam ostatnio poczytać pewne damskie forum poświęcone tematyce związków, romansów i tym podobnych. I co chwilę powtarzały się pytania w rodzaju: Czy ja powinnam do niego zadzwonić? Co on sobie pomyśli, jeśli ja...? Na której randce seks? I milion podobnych. Na większość tych pytań odpowiedziałabym: A jak ty uważasz? Czego byś chciała? Kobiety sobie nie zadają tych pytań! One myślą, co powinny i co wypada, jakim schematem należy się posłużyć, a nie, czego chcą. I dlatego, jeśli facet się we właściwy schemat wpasuje, to one go w tym schemacie przyjmą. Tylko pytanie, czy rzeczywiście jego? Czy może tylko jakąś plastikową męską figurę, przy której same też będą odgrywać rolę, staną się komplementarną i równie plastikową figurą kobiety? Wiesz, ja uważam, że jeżeli kogoś chcesz, to go po prostu chcesz. I wiesz, w jaki sposób go chcesz. Nie musisz nikogo o to pytać.

A warto też pamiętać, że schemat: Ty mnie zdobywaj, a ja będę twoim trofeum jest tylko jednym z wielu możliwych. Można przecież drugiego człowieka przyjmować rozmaicie – nie tylko jak zdobywcę, ale, na przykład, jak króla. Albo po prostu jako partnera, towarzysza, i to niekoniecznie na życie, bo przecież nie każdy jest dla nas odpowiednim towarzyszem na życie. Czasem ktoś jest partnerem idealnym na jeden taniec albo na wspólną wyprawę dokądś. I to też ma wartość.

Ciernik: Kobiety, o których tu piszesz, natrętnie domagają się od samych siebie bycia w związku, więc dla nich żadna inna opcja nie wchodzi w rachubę. Do niektórych spostrzeżeń (i otwierających się w efekcie możliwości) ludzie muszą po prostu dorosnąć. Nie ma innej drogi.

Wspominałem o szkołach uwodzenia. Teraz jest tego mnóstwo, ale jeszcze kilkanaście lat temu w sieci polskiej nie było takich szkół w ogóle, a w USA było tylko kilku fachowców w tej dziedzinie. Zwano ich Pick-up artists. Ich szkolenia to najczęściej były właśnie jakieś techniki podrywu, których założenia można streścić w kilku zdaniach, ale głównie chodziło o zachwianie poczucia wartości kobiety i wprowadzanie na zmianę głasków i klapsów psychicznych. Trochę takie pranie mózgu, ale mające spowodować pewien rodzaj satysfakcji czymś nieprzewidywalnym. Sprawdziłem, rzeczywiście działało, szczególnie na młode kobiety. Potem porzuciłem temat jako kompletnie nudny, by z ciekawości zerknąć na scenę Pick-up artists po wielu latach. Okazało się, że większość tych facetów przeszła bardzo ciekawe zmiany, ale głównym motywem było... dorośnięcie. Zrozumieli, że tymi technikami są w stanie zaczarować kobietę, nawet uwieść, ale kompletnie nie są w stanie zatrzymać przy sobie wartościowej osoby. Bo nikt normalny nie wytrzyma długo takich emocjonalnych klapsów i głasków, nawet jeśli będą one na początku wkręcać. W konsekwencji ci faceci bardzo mocno poszli w rozwój osobisty, zrozumieli że muszą sami siebie poznać, ewentualnie zmienić się i popracować nad swoimi problemami i demonami, jeśli kiedykolwiek chcą przy sobie mieć wartościową i odpowiednią kobietę.

Pokrzywnica: Jesteś pewien, że to jest tylko i wyłącznie kwestia dojrzałości? Może nie każdy potrzebuje i w ogóle może być tylko z jedną kobietą? Istnieją przecież ludzie poliamoryczni. Według niektórych teorii to jest wrodzony element orientacji seksualnej. Co, jeśli ktoś ma w naturze tak silną potrzebę zmienności, że dusi się, próbując trwać przy jednej partnerce?

Ciernik: W dzisiejszych czasach (i pewnie jeszcze długo tak będzie) dominuje model związku partnerskiego: jeden mężczyzna plus jedna kobieta. To, że nie każdemu to pasuje, to już inna sprawa. W takim przypadku mamy klasyczny konflikt: natura versus kultura. A z takich konfliktów powstają albo ludzkie tragedie, albo dzieła sztuki.

Pokrzywnica: Albo jedno i drugie.

A gdyby wrócić do bohaterów książki, to myślisz, że oni tego chcą? Chcą tego utartego modelu jeden na jeden? Bo mnie się wydawało, że oni są trochę jak te kobiety z forum – też nie pytają sami siebie, czego chcą. Po co im właściwie ten cycek wciąż nowy? Bo, jak mówi tytuł, są w niewoli? Bo to jest uzależnienie? Rety, jak ja myślę o uzależnieniu od cycka, to oczami wyobraźni widzę niemowlę. Dziadzio Freud rechocze zza grobu. Ale gdyby na chwilę potraktować to psychiczne niemowlęctwo poważnie, to czego im potrzeba? Bezwarunkowej akceptacji? Bezwarunkowego bezpieczeństwa,  którego nie da się osiągnąć, bo przecież skoro się jest mężczyzną, to trzeba wciąż wychodzić ze strefy komfortu, walczyć, zdobywać, przekraczać granice? Bo się jest jak kot, który musi sobie wywlec kawałek mięsa z miski, poganiać z nim, utytłać w kurzu i dopiero wtedy zjeść, bo upolowane jest zawsze lepsze? Może ten typ faceta nie jest w stanie przyjąć tego, co jest mu dane tak po prostu, bo wtedy mu zwyczajnie nie smakuje? Musi wziąć sam, inaczej nie potrafi? I co wtedy?

Ciernik: Jeśli coś przychodzi za łatwo, to tego nie doceniamy. Porad dietetycznych w Internecie jest multum, wystarczy godzinka czy dwie, żeby każda kobieta ułożyła sobie dietę. Ale to nic nie daje. Dopiero jak zapłacą kilka stówek za poradę u dietetyka, to nagle dieta zaczyna działać.

Pokrzywnica: O, właśnie! Jeszcze to – handel. Zobacz, kolejny w tej książce, jakże prawdziwy, schemat: oni wszyscy zakładają z góry, że seks to jest jakaś wartość, którą kobieta posiada i oni muszą go jej jakoś wyrwać, ukraść, ale spodziewają się, że ona będzie chciała za to coś innego, na przykład ich uwięzić (jak ta koszmarna żona znęcająca się psychicznie nad mężem), więc oni muszą wywinąć się od płacenia. Na tym ta cała sztuka polega: ukraść i uciec. Natomiast jeśli to kobieta chce seksu, to w ich percepcji jest zawsze jakoś tak... jakby wbrew naturze. Wtedy to już nie są kobiety, tylko jakieś straszliwe demony, jak mityczna Lilith. W tej książce seksualność w ogóle jest jednym wielkim źródłem zagrożenia: męska prowadzi do przegranej, klęski, kaca i zniewolenia a kobieca... tym bardziej. A gdyby tak przestać się bać? Co musiałoby się stać, żeby oni przestali się bać?

Ciernik: Tak, u nich kobiety są w sferze jakiegoś cienia, a jak wiadomo, to właśnie z cienia pochodzi wszystko, co nas opętuje. Jest wyjście: oni musieliby poczuć się równi tym kobietom. Ale wtedy mogłoby się okazać, że jedna strona nie jest w stanie dogadać się z drugą, bo nie działają już zwyczajowe manipulacje, wydzielanie zasobów, i tak dalej. Trzeba by wymyślić nowe sposoby komunikacji. Wyjść ze strefy komfortu.

Pokrzywnica: No to wygląda na to, że oni jednak są słabi. Z prawdziwej strefy komfortu nie potrafią wyjść, kręcą się tylko w kółko, cały czas w tym samym kręgu, ale prawdziwej granicy nie potrafią przekroczyć. A może to nie słabość? Może oni tej granicy po prostu nie widzą?

Ciernik: A czy niewiedza nie jest w pewnym stopniu słabością?

Pokrzywnica: Moglibyśmy jeszcze tak długo… To chyba jedna z najobszerniejszych naszych dyskusji. I pomyśleć, że to książka z wydawnictwa Novae Res odsądzanego przez niektórych od czci i wiary. A tu proszę: całkiem dobrze się czytało i porozmawiać jest o czym. Cóż, tyle warte są stereotypy i przedwczesne sądy.

Ciernik: Też jestem zaskoczony. Spodziewałem się czegoś byle jakiego i niechlujnie wydanego, a tymczasem „W niewoli seksu” okazało się całkiem przyzwoitym e-bookiem, ciekawą i dającą pole do przemyśleń książką.