czwartek, 30 stycznia 2014

Zrobiliśmy to!

Ciernik: Już czas, żebyśmy to zrobili!

Pokrzywnica: Jesteś pewien?

Ciernik: Tak.

Pokrzywnica: Ale czy to nie za wcześnie?

Ciernik: Najwyższy czas.

Pokrzywnica: Nie boisz się, że jesteśmy na to zbyt młodzi?

Ciernik: Jesteśmy młodzi, ale wystarczająco dojrzali.

Pokrzywnica: A jeśli potem będzie nam wstyd?

Ciernik: Nie będzie. Będziemy zadowoleni.

Pokrzywnica: A jeśli…


Ciernik: Będzie pięknie. Mówię Ci: zróbmy to!




 

I zrobiliśmy to! I było pięknie!

Głosowanie w konkursie na Blog Roku 2013 zostało zakończone. Dzięki Wam zdobyliśmy trzy żółte kulki i znaleźliśmy się w gronie trzydziestu najbardziej popularnych blogów w kategorii "Kultura i popkultura". Dziękujemy!

Bardzo nam się ten konkurs podobał i postanowiliśmy, że w przyszłym roku Leniwiec znów wystartuje!

Ciernik i Pokrzywnica

wtorek, 28 stycznia 2014

Andrzej Boruszewski „Łoś”

Upolowane: Andrzej Boruszewski „Łoś”, e-book

Pokrzywnica: Ty to jednak jestełośś ryba z ambicjami. Żeby dysponując jedynie cierniami, rzucać się na łosie?!

Ciernik: Opłaciło się. Upolowałem jednego!

Pokrzywnica: Świetnie! Zrobimy sobie kotlety. Filety. Pieczeń!

Ciernik: Raczej nie. „Łoś” Andrzeja Boruszewskiego ma tylko 46 stron. Wystarczy zaledwie na kilka plasterków polędwicy do kanapek.

Pokrzywnica: Znów książka z jednym zaledwie opowiadaniem. Ale czy to naprawdę jest opowiadanie?

Ciernik: Nie do końca.

Pokrzywnica: Właśnie. To raczej szkic. Historia, którą na dobrą sprawę, można by rozwinąć nawet na stu stronach. Ale autor nie miał chyba ani takiej potrzeby, ani ambicji. Na swojej stronie pisze tak: „Nie mam złudzeń, że wyrośnie ze mnie nowy Dostojewski, czy chociaż Chandler, ale nie zamierzam też z tego powodu być tylko czytelnikiem, skoro lubię też pisać i są chętni, by to czytać”. To taka specyficzna kategoria twórców, którzy wcale nie chcą podbijać świata, tylko siedzą sobie w zacisznym kąciku i dziergają historyjki. Ktoś tam je czyta i… wystarczy. Ale co, jeśli te historyjki mogłyby być czymś więcej, mogłyby być dużo lepsze, gdyby tylko autor tego chciał, gdyby potraktował to dzierganie nieco poważniej? Myślisz, że warto takich twórców do tego zachęcać? Czy lepiej zostawić ich w spokoju?

Ciernik: Zachęcać zawsze warto, zmuszać już niekoniecznie. Każdy sam wie najlepiej, czy i ile zasobów chce na to poświęcić. W większości przypadków tych zasobów trzeba poświęcić bardzo dużo, więc nie dziwię się, że ktoś woli sobie raczej hobbystycznie podłubać, czekając na rzadkie napady weny, niż oddać się temu całym sercem.

Pokrzywnica: To jest opowiadanie (szkic opowiadania?) kryminalne. Z przymrużeniem oka, co prawda, ale jednak. Zaciekawiło Cię jako kryminał?

Ciernik: Zapolowałem na tego „Łosia”, bo otrzymał wyróżnienie w I Konkursie Literackim im. Augustyna Barana. Nie mam pojęcia, co to za konkurs, ale wyróżnienie to wyróżnienie. Spodziewałem się więc precyzyjnej, dopracowanej intrygi, zagadki, zaskakującego rozwiązania. Klasyczny kryminał już na wstępie, albo w trakcie, podaje nam wszystkie elementy układanki, jedynym problemem jest właściwe ich ułożenie, zanim zrobi to autor. A tutaj najważniejszy element pojawia się na końcu, nie dając nam szansy na samodzielne rozgryzienie fabuły. To słaby kryminał jest.

Pokrzywnica: Bo „Łosiowi” daleko do klasyki, ale to jest przecież sygnalizowane już w tytule. Od razu wiadomo, że będzie niepoważnie.

Ciernik: Z poczuciem humoru jest rzeczywiście lepiej niż z intrygą. Podobały mi się też barwne postacie (może z wyjątkiem występujących na początku złodziei). To duży plus.

Pokrzywnica: Szkoda tylko, że niektóre z tych postaci wyskakują znikąd – jak ten Adam odwiedzający księdza proboszcza.

Ciernik: Rzeczywiście, mamy tu dużo wprowadzonych „z powietrza” i potem pourywanych wątków, jakby autor wrzucał różne pomysły do jednego worka i potrząsał nim, nie wiedząc, co właściwie chce dalej zrobić. Niech mi ktoś, na przykład, wytłumaczy, bo mój mały rybi móżdżek tego nie ogarnia, po co wprowadził na początku dziewczynę Kochańskiego, Agatę, i co się z nią potem stało?

Pokrzywnica: To jest właśnie cecha szkicu – różne pomysły, ale jeszcze niesplecione w precyzyjną całość.

Ciernik: W końcu autorowi zabrakło cierpliwości i wyprowadził zakończenie na zasadzie deus ex machina – postępek niedopuszczalny, zwłaszcza w kryminale, choćby i żartobliwym.

Pokrzywnica: Oprócz niedostatków konstrukcyjnych, są też niedociągnięcia językowe. Bardzo mnie irytowało natręctwo składniowe autora – nadużywanie konstrukcji typu: „Po stu metrach zatrzymali się, łomem odsunęli bramkę od słupka, w który wchodził zamek i weszli na jedną z nich”. Wciąż natykamy się na wtrącenia ze słowem „który”, przy czym nie niosą one żadnych istotnych informacji. Dlaczego redaktor tego nie wyczyścił? Albo dlaczego puścił takie cudo: „Do warsztatu nieśmiało weszła młoda dziewczyna. Znał ją. Poznali się dwa tygodnie temu i można powiedzieć, że ze sobą chodzili”. Wyobraź to sobie: O, weszła młoda dziewczyna. Ale ja ją, kurczę, skądś znam! A, no tak, przecież chodzę z nią od dwóch tygodni…

Ciernik: Jest też sporo niepotrzebnych powtórzeń. W ogóle trochę nieporządnie została ta książka wydana. Może redakcji po prostu nie było?

Pokrzywnica: Może. Szkoda, bo to wszystko naprawdę można było dopracować. Ale trzeba przyznać, że „Łoś” ma też zalety: jest oryginalny, pomysłowy, dowcipny. Niedopracowany, ale z pewnością obiecujący. Może to wyróżnienie w konkursie dostał właśnie za to? Dla nas to za mało, ale my jesteśmy czytelniczo rozkapryszeni, rozpuszczeni, rozpieszczeni, roz…

Ciernik: Tak! Trzeba to wreszcie uczciwie przyznać: jesteśmy rozwydrzeni! Mnie, rybie, to jeszcze jakoś uchodzi, ale Ty, ptaszyno? Nie jest Ci czasem głupio, że czepiasz się tekstów jak wredna wydra?

wtorek, 21 stycznia 2014

Antologia "Tea-book. Proza"

Upolowane:  Antologia „Tea-book. Proza”, e-book

Ciernik: Tym razem żadnych krwawych polowań! Kulturalna herbatka! Smakowała?

Pokrzywnica: Gul, gul! Siorbałam łyżeczkami. Niektóre były pyszne!

Ciernik: Tak, wreszcie coś innego, a nie tylko w kółko rozwielitki i rozwielitki!

Pokrzywnica: A wiesz, co mi się podobało najbardziej? Notka biograficzna jednego autora! Hi hi! Nie cierpię biogramów, ale ten człowiek uczynił ze swego życiorysu coś pięknego.

Ciernik: Przyznam szczerze: wszystkie ominąłem. Jestem zwolennikiem czytania tekstów w oderwaniu od postaci autora i niewiele mnie obchodzi, co on sam ma do powiedzenia na swój temat.

Pokrzywnica: Mnie też. Ale życiorys Wojtka Leszczyńskiego przeczytać należy koniecznie. Na przynętę zacytuję fragment: „W tym czasie Wojtek pracował jako magazynier w zakładach przetwórstwa owocowego i notował wieczne niedobory. Długo uchodziło mu to płazem, ale kiedy podczas kontroli, jako przyczynę braku 2633 słoików dżemu truskawkowego podał Czary, miarka się przebrała”. Ja to przeczytałam, ba, pożarłam, nie zorientowawszy się nawet, że to jest biogram!

Ciernik: O! Zanęciłaś mnie! Wrócę do e-booka i przeczytam.

Pokrzywnica: „Tea-booka” ściągnęłam za darmo ze strony Szortalu. I co się okazuje? Darmowe zbiorki bywają całkiem niezłe!

Ciernik: Kiedyś w pewnym bajorku trafiłem na pisarza, który narzekał na darmowe e-booki: że rynek psują i nie ma co się dziwić, że nikt już nie chce płacić za książki, skoro tyle jest darmowej konkurencji, bo jak z taką wygrać? Płaczu było co niemiara, aż w końcu przybył inny autor i powiedział tak: Jeśli coś rzeczywiście ma wartość, to ludzie zapłacą. Co o tym myślisz? Prawda to, czy myślenie życzeniowe?

Pokrzywnica: Ja myślę, że nikt nie powinien mówić autorowi, co ma zrobić ze swoim dziełem. To efekt jego pracy, więc może z nim zrobić, co chce. Może sprzedać, może podarować za darmo, może nawet spalić w kominku. Nic nam do tego. Jako odbiorca robię to, czego się ode mnie oczekuje: jeżeli coś jest sprzedawane, a ja chcę to mieć – kupuję to. Jeżeli jest oferowane za darmo – biorę sobie. Bywa też tak, jak w przypadku wydawnictwa Pies Łańcuchowy, że ktoś pozostawia decyzję mnie – czytelnikowi. I wtedy decyduję sama. A co robią enigmatyczni „ludzie”? Nie wiem. Ludzie są różni, więc pewnie robią różne rzeczy. Nie słyszałam jednak o czytelnikach, którzy konsumowaliby wyłącznie darmowe zbiorki i nigdy nie kupowali książek. Możliwe jednak, że i tacy istnieją.

Ciernik: Ja myślę, że obaj panowie mają rację, choć sprawa jest bardziej skomplikowana. Moim zdaniem to prawda, że słabsi (albo dopiero wybijający się) autorzy mogą czuć się zagrożeni. Przecież jako czytelnicy mamy ograniczony czas. Gdybyśmy nie poświęcili go na czytanie darmowego zbiorku, to być może, spragnieni lektury, kupilibyśmy jakąś książkę. Jeżeli mam do wyboru dwa produkty porównywalnej jakości, to prawdopodobnie wybiorę tańszy. Ale autorzy pierwszoligowi nie mają się czym, według mnie, martwić. Na ich książki się czeka. Nie tylko dlatego, że zazwyczaj są dobre, ale także dlatego, że są ich.

W szerszej perspektywie uważam, że darmowe zbiory będą miały pozytywny wpływ na rynek. Nie da się ukryć, że książki są drogie – to zmniejsza liczbę czytelników – a darmówki mogą przyciągnąć tych, których na razie na kupno nie stać. Jeśli połkną bakcyla czytania, może w przyszłości będą kupować książki ulubionych autorów. Ważne jednak, żeby taka darmowa antologia była przyzwoitej jakości i wyróżniała się jakoś na tle innych. Co Twoim zdaniem wyróżnia „Tea-booka”?

Pokrzywnica: On ma na sobie taką niewidzialną pieczęć – znak ludzi, którzy go stworzyli. „Herbatka u Heleny” to specyficzne miejsce w sieci i świadczy o tym sama jego nazwa: Niepoważny Portal Okołoliteracki. Szefowa tej imprezy podpisuje się jako Helena Chaos. I ten zbiorek ma w sobie ducha niepowagi i ducha chaosu. Jest bardzo różnorodny, trochę bałaganiarski (nie ma żadnej myśli przewodniej, która łączyłaby teksty), miejscami bardzo zabawny (a gdzie indziej strasznie poważny)… i na tym właśnie polega jego urok.

Ciernik: Słodka, literacka anarchia! Mnie się podoba, że tam nie ma tekstów słabych. Są przeciętne i są całkiem dobre, z przewagą tych ostatnich. Otwierający antologię „Atlas” Tomasza Borkowskiego jest rewelacyjny! Ma wszystko, czego potrzeba: nie jest rozwleczony, zaskakuje świetną końcówką, czaruje humorem i jest dobrze napisany. Dobrze napisane są też teksty Marcina Lenartowicza, ale te niezbyt mi się podobały, mimo zdań – perełek, jak choćby: „Krząta się przy obiedzie i nie ma czasu na zauważanie”. Wydały mi się jednak jakoś obce, nie trafiły do mnie. Fajne były za to „Brylanty panny Toli” Przemka Morawskiego – makabrycznie noirowe. „Biały królik” Dariusza Zajączkowskiego zaskoczył mnie ładnie uchwyconą męskością w wydaniu ojcowskim: wrażliwość, ale i siła, lęk przed nadchodzącym, ale i odwaga, życiowe błędy i refleksja nad nimi. A „Słowa w palcach” Izabeli Kudasik zaskoczyły mnie z podobnych powodów, ale jeszcze bardziej, bo to przecież tekst o mężczyźnie napisany przez kobietę.

Pokrzywnica: A ja „Brylantów panny Toli” nie dałam rady przeczytać do końca. Strasznie mnie zmęczyły i odpuściłam. „Atlas” rzeczywiście uroczy. Podobał mi się też nieco dziwny „Wznak Wodnika” Marcela Chrusta – co za klimat! A „Weekend” Wojtka Leszczyńskiego mnie po prostu rozłożył doszczętnie (zwłaszcza w zestawie z życiorysem twórcy, he he). Nigdy wcześniej nie słyszałam o tym autorze, ale wygląda na to, że po lekturze zbiorku zostanę jego fanką!

Ciernik: O! Widzisz! Miałem rację! Gdyby nie zbiór „Tea-book. Proza”, to Wojtek Leszczyński miałby o jedną fankę mniej! Już wiemy, jaki jest sens publikowania darmowych antologii! Bo oczywiście kupisz jego książkę, prawda?

Pokrzywnica: A żebyś wiedział! Jasne, że kupię!

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Dariusz Kankowski „Tęsknota”

Upolowane: Dariusz Kankowski „Tęsknota”, e-book

Ciernik: Przyznam, że gdy zacząłem czytać „Tęsknotę” Dariusza Kankowskiego, mocno się zdziwiłem. Pomyślałem sobie: co to w ogóle ma być? Fantastyka dla dzieci? Romansidło dla sfrustrowanych gospodyń domowych?

Pokrzywnica: Nic z tych rzeczy! He he! A teraz, po przeczytaniu całości, jak myślisz: co to było?

Ciernik: To było coś przypominającego film „Źródło” jednego z moich ulubionych reżyserów, Darrena Aronofsky’ego. Podobna tematyka, podobny pomysł. Ale muszę przyznać, że „Tęsknotę” czytało mi się lepiej, niż oglądało „Źródło”.

Pokrzywnica: Ja dawno nie czytałam książki, której tytuł byłby aż tak mocno i głęboko zrośnięty z treścią. Zbiór składa się z dziewięciu opowiadań, które wchodzą ze sobą w dialog. Jest w nich sporo przemilczeń, niedomówień i czasem teksty się wzajemnie uzupełniają, dopowiadają tę pustkę, a czasem nie. Ale kiedy nie ma żadnych wyjaśnień i wskazówek, kiedy zostaje tylko milczenie, wtedy, jak joker, wkracza tytuł. Bo wszystko się tam wokół tęsknoty kręci, snuje i zawija, ale z imienia ona zostaje nazwana tylko raz – na okładce.

Ciernik: Całość bardzo ładnie się rozwija – od baśni dla dzieci, przez romantyczno-kobiece klimaty, nagłe wybuchy brutalności na pograniczu kryminału i horroru, prozę epistolarną, aż po rewelacyjne zamknięcie – znów w klimacie fantastyki. Przez tekst płynie się gładko, a opowieść nie nudzi.

Pokrzywnica: Mnie się struktura „Tęsknoty” skojarzyła z płytą muzyczną – niby zbiór odrębnych utworów, ale splecionych ze sobą klimatem, sensem i powracającymi motywami. Ma też w sobie coś z mitu opowiadanego w różnych wariantach i w różnych epokach, ale zawsze z tym samym sednem. Wciąż jesteśmy w kręgu tych samych bohaterów, wciąż pojawia się (w tym czy innym miejscu, prędzej czy później) pustka, która zmusza nas, żebyśmy przypomnieli sobie tytuł całości. I wciąż powraca nóż. Pięknie budowany klimat – a to baśniowy, a to romantyczny, a to przypowieściowy – a potem bezwzględne przejścia do… prawie reportażu. I wtedy ten nóż.

Ciernik: Gdybym wierzył w karmę, powodującą uwikłanie w cykl narodzin i śmierci z powracającym „nieprzerobionym” motywem, to właśnie tak bym to sobie wyobrażał. Ktoś zadał kiedyś komuś innemu cierpienie i oto teraz musi wciąż ten scenariusz powtarzać, nawet nie będąc tego świadomym. Ale chyba nie trzeba aż tak górnolotnych, religijnych interpretacji. To przecież nasz zwyczajny, ludzki los. I to nie jest wina jakiegoś grzechu pierworodnego, tak po prostu jest. Nie pozostaje nam więc nic innego, jak odgrywać cierpliwie te swoje scenariusze?

Pokrzywnica: A może to nie żadne scenariusze i nie żadne kary za grzechy? Może to jest uporczywie powracające wspomnienie traumy? Może to odgrywanie wciąż tej samej historii w różnych wariantach jest powolnym, lecz nieuchronnym, wyzwalaniem się od niej?

Ciernik: To byłaby bardziej optymistyczna interpretacja. I bardziej przerażająca zarazem. Ta pierwsza wydaje się chyba jednak łatwiejsza do przyjęcia, nawet jeśli jest ucieczkowa, niczym te tańce z elfami na początku książki. Ciekawe, że to już kolejna z czytanych przez nas książek, o której można sobie wyrobić błędną opinię, jeśli do niej podejdzie standardowo, na zasadzie: przeczytam pierwszy akapit, no dobra, pierwszą stronę, i na tej podstawie zdecyduję, czy chcę czytać dalej. Ryzykowne posunięcie autora. Nie zdziwiłbym się, gdyby tym początkiem zraził do siebie wielu potencjalnych czytelników, przekonanych, że to pozycja nie dla nich.

Pokrzywnica: Może właśnie o to chodziło? Może autor chciał mówić do odbiorców cierpliwych, do takich, którzy potrafią zaufać i dać się poprowadzić? Może nie zależało mu na przemądrzalcach, którzy wszystko wiedzą najlepiej po pierwszym akapicie? Z pewnością miałby tych czytelników więcej, gdyby zdecydował się na inny początek. Ale nie wiem, czy odważyłabym się w tym przypadku nazwać to posunięcie błędem. Bo przejście, które potem następuje, jest piorunujące – tylko czy ktoś, kto nie dał się uwieść elfom, odebrałby prawidłowo tę zmianę? Zrozumiał ją, tak jak zrozumieć należy? Wydaje mi się, że to jest po prostu książka nie dla wszystkich. To jest książka dla ludzi wrażliwych na tyle, że potrafiliby wysłuchać zmyślonej opowieści dziecka – z całą jej naiwnością. I zarazem dla ludzi na tyle mocnych, żeby umieli słuchać dalej, kiedy dziecko nagle zaczęłoby opowiadać o rzeczach strasznych i, co najgorsze, prawdziwych.

Ciernik: Biorąc pod uwagę sposób poprowadzenia całości, sądzę, że autor zrobił to świadomie i doskonale wiedział, jakie mogą być konsekwencje. Tak zdecydował i pewnie miał swoje powody.

Pokrzywnica: Książka poszła w RW2010. Czy to znaczy, że przeszła przez ręce redaktora?

Ciernik: Pewnie tak, bo pozycje puszczone w tej oficynie nie w ramach SP przechodzą redakcję. Ale któż pełnił tę zaszczytną funkcję? Tego się nie dowiemy, bo nie zostawił śladu w postaci imienia i nazwiska. Redaktor-widmo.

Pokrzywnica: Ach, tak. To ja tylko chciałam powiedzieć temu widmu, że mu się nieco przysnęło w jednym miejscu i puściło coś takiego: „Takie są te osiemnastoletnie idiotki. Po jednej nocy zrobią dla ciebie wszystko. Tylko co ich pociąga w starszych facetach? Co ich pociąga we mnie…”

Ciernik: Oj, a może to był redaktor, który dał się skusić na tę zbrodniczą ideologię gender…? No dobra, miało nie być o religii. Obiecałem, więc klnę się na swe ciernie, że tego się będę trzymał...

czwartek, 9 stycznia 2014

Jej przestrzeń, jego przestrzeń

Zwierzęce zabawy literackie: Jej przestrzeń, jego przestrzeń

Wyobraź sobie dwoje bohaterów różnych płci. Postaraj się opowiedzieć o nich jak najwięcej, opisując wyłącznie przestrzeń, którą najbardziej lubią (lub odwrotnie – której nie lubią). Gdzie czują się bezpiecznie? Jakie lubią kolory? Wolą porządek czy chaos? Czują się dobrze w ciasnych pomieszczeniach czy potrzebują swobody? Spróbuj wykorzystać opis przestrzeni do pokazania cech charakteru każdej z postaci.

Limit znaków: 6000. Jeśli chcesz, możesz przysłać nam swój tekst o postaciach w przestrzeni – jeśli nam się spodoba, opublikujemy go w dziale Zwierzęce zabawy literackie.

pokrzywnica(małpisko)leniwiecliteracki.pl

Realizacja:

Ithilhin,

 

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Krzysztof Bielecki „I nagle wszystko się kończy”

Upolowane: Krzysztof Bielecki „I nagle wszystko się kończy”, e-book

Pokrzywnica: Pamiętam, że „Defekt pamięci” Cię przeraził. Doszedłeś już do siebie? Czy po lekturze „I nagle wszystko się kończy” nadal boisz się książek Krzysztofa Bieleckiego?

Ciernik: Boję się ciągle i niezmiennie. Nic nie pomogły uspokajające zapewnienia autora, że to są normalne teksty! Nie są! Bardzo lubię sposób, w jaki ten pisarz budzi we mnie niepokój. Nie ma u niego żadnych płytkich trików rodem z horrorów, a jednak wszystko przenika taki niesamowity, egzystencjalny lęk. W tych opowieściach nie ma nic normalnego, bo zawsze w tę normalność wedrze się coś irracjonalnego i zlepi się w jedno z tym, co zwyczajne.

Pokrzywnica: Zbiór opowiadań „I nagle wszystko się kończy” nie jest tak równy jak powieść „Defekt pamięci”. Zdarzają się słabsze opowiadania, ale jest też kilka straszliwie, upiornie, przeraźliwie  mocnych.

Ciernik: Na przykład „Domek dla lalek albo remiks rzeczywistości”!

Pokrzywnica: O, tak! Przy „Domku” horrory wymiękają. Z dobrych dorzuciłabym jeszcze: „Stare przyzwyczajenia”, „Rzeczy, których ona nie lubi” i „Siły niezbadane”.

Ciernik: I koniecznie trzeba jeszcze wymienić rewelacyjne „Dwie pieczenie, czyli nocne rozmowy przy barze”.

Pokrzywnica: Przy tym padłam ze śmiechu! Jak się bohater umawiał z Chantelle na seks…

Ciernik: Ciiiii! Chantelle nie lubi, jak o niej mówią za jej plecami!

Pokrzywnica: A zauważyłeś, że w niektórych opowiadaniach z tego zbioru widać szwy? Wiadomo, gdzie przebiega linia klejenia. W „Defekcie pamięci” to było niezauważalne, stąd to uczucie oszołomienia, które nam wtedy towarzyszyło. Tutaj autor trochę odsłonił warsztat i można podejrzeć, jak on to robi: zgodnie z tytułem coś nagle się kończy, urywa się jedna historia i bez ostrzeżenia wpadamy w inną. A potem się okazuje, że to była przez cały czas ta sama opowieść, tylko snuta od głowy do ogona, a potem znienacka z powrotem, pod włos. Krzysztof Bielecki tworzy literackie iluzje, odpowiedniki rysunków takich jak ten


Ciernik: W „Defekcie…” autor miksował kilka wątków naraz, dlatego nie byliśmy w stanie wniknąć tak łatwo w warsztat. W opowiadaniach splata ze sobą najwyżej dwa motywy, więc łatwiej to zobaczyć. Gdy czytałem te teksty, zastanawiałem się, czy Bielecki nie chce mi czasem zrobić krzywdy. Ciągle obawiałem się, że nagle wbije siekierę w drzwi mojego umysłu, niczym Nicholson w „Lśnieniu”. Oczywiście nic takiego się nie dzieje, chociaż i tak autor wdziera się do głowy czytelnika  w swoim niepowtarzalnym stylu - brutalnie i zarazem finezyjnie.

Pokrzywnica: Ja się chwilami obawiałam, że chce, żebym umarła ze śmiechu. Czytanie niektórych opowiadań było jak czwarta nad ranem po imprezie w towarzystwie naprawdę inteligentnych ludzi.

Ciernik: Tak, ten zmęczony, specyficznie kojarzący mózg, który jednak wciąż domaga się nowych wyzwań. A tu nagle trzeba iść do domu, bo wszystko się kończy…

piątek, 20 grudnia 2013

Antologia „Bookopen. Bo po trzydziestce wiele się zmienia…”

Upolowane:  Antologia „Bookopen. Bo po trzydziestce wiele się zmienia…”, e-book, papier

Ciernik: Ludzie to zabawny gatunek. Przez 85% swojego życia są w rui. Świetnie to widać na przykładzie projektu „Bookopen. Bo po trzydziestce wiele się zmienia…”. Z tych tekstów nieustannie wyłazi ogromne pragnienie i równie ogromna frustracja związana z tym, że nie można go spełnić. Wielu bohaterów żyje w iluzji: z jednej strony przeszłość, która przecież już nie istnieje, coś, co utracili i nie mogą się z tym pogodzić, a z drugiej przyszłość, która jeszcze nie istnieje, coś, czego pragną, a mieć nie mogą. I miotają się, szukają jak opętani – miłości, partnera, może tylko seksu? A może sami nie wiedzą, czego? Jak Ci się podobał ten 369-stronicowy pomnik ku czci ludzkiego ego?

Pokrzywnica: Nie jestem pewna, czy to jeszcze resztki polekturowego rauszu, czy już kac, ale w głowie mi się kręci. Czuję się, jakbym spędziła kilka godzin w korporacyjnej open space skrzyżowanej z  modną knajpą w godzinach szczytu. A wszędzie siedzą istoty podobne do siebie jak klony i ględzą, ględzą, ględzą... O co właściwie chodziło w tym całym projekcie „Bookopen”?

Ciernik: Zabierając się do lektury, byłem pewien, że chodzi o portret polskich trzydziestolatków, ale szybko okazało się, że książka jest w głównej mierze portretem kilku 30-letnich wielkomiejskich singli.  Na stronie projektu cel zdefiniowano tak:

"PO CO:
Żeby się sobie przyjrzeć.
Żeby się trochę popisać.
Żeby zrobić nasze własne, małe socjobadania."

Udało się?

Pokrzywnica: Żeby się trochę popisać – to się chyba udało. Niektórym. Żeby się przyjrzeć... Cóż, ja też mieszczę się w przedziale wiekowym 30-40, ale nie odnalazłam tam obrazu siebie. I mam wrażenie, że to nie dlatego, że wśród autorów nie było nikogo podobnego do mnie. Tylko ich słowa jakoś tak boczkiem się przewijają, jakoś omijają sedno, nie sięgają trzewi, tylko po wierzchu się ślizgają, po kostiumie, po masce, ostrożnie, asekurancko, daleko od prawdziwych wnętrzności.

Ciernik: Oj, tak. Mamy tam imponujący przegląd masek, najpierw prezentowanych w tekstach, a później we włączonych do książki fragmentach forumowych dyskusji. Tam szczególnie wieje uproszczeniami i stereotypami o kobietach, mężczyznach i tym wszystkim, co się pomiędzy nimi wydarza, chociaż przyznać muszę, że są przynajmniej trzy stereotypy, z którymi autorzy jednak próbują walczyć: 1. żeby zdobyć piękną kobietę, trzeba się nie wiadomo jak namęczyć, 2. piękne kobiety przebierają w ofertach od facetów, 3. jeśli facet jest miły, to pewnie jest gejem. I mają rację, że walczą, bo w rzeczywistości często jest inaczej. Jednak mimo tych szczytnych prób, większość dyskusji to ślizganie się po Jungowskiej Personie, co chyba nie jest dziwne – wszak to są wypowiedzi publiczne, czyli nawet jeśli anonimowe, to przecież zawsze towarzyszy im myśl o jak najlepszym zaprezentowaniu się. Zjawisko to jest dobrze znane, czy to na forach, czy innych fejsiach. Wszystko musi być ponadprzeciętne, jeżeli już coś robić, to na 500%: pomagać jak największej liczbie chorych dzieci, wychlać olbrzymie ilości alkoholu, zdobyć Koronę Ziemi, wyruchać jak najwięcej lasek, nurkować w jeziorach górskich, imprezować przez cały weekend, wszystko, byle tylko się wyróżnić. I nagle mamy masy ludzi niesamowicie do siebie podobnych w swojej niesamowitości.

A jak Ci się podoba forma tej antologii? Istny groch z kapustą, prawda? Mamy tu teksty literackie pomieszane z felietonami, wywiadami, dziwacznymi oświadczeniami dotyczącymi autorów i ich życia, poezją i dyskusjami rodem z portali społecznościowych.

Pokrzywnica: Z formą mam kłopot. Bo z jednej strony: właśnie czegoś takiego się spodziewałam – eksperyment to eksperyment, ma swoje prawa. Żywioł to żywioł, chaos bez cenzury miał być szansą na uchwycenie kawałka prawdziwego życia. Ale z drugiej strony: jako odbiorca, ja w „Bookopen” tego pulsu prawdziwego życia nie wyczuwam. Raczej wydaje mi się, że znalazłam jakiś patchworkowy kombinezon, który jest pusty. Nikogo w środku nie widać. A może to jest właśnie prawda? Może siedzimy wszyscy skuleni w kieszonkach jakiegoś monstrualnego, nadmuchanego kombinezonu i nawet nie wiemy, że on jest pusty? Że ta cała przestrzeń tak naprawdę czeka na nas?

Ciernik: Ja rozumiem, że gdy potencjalni uczestnicy dostali zadanie stworzenia tekstu opisującego ich dzień, to nie napisali, jak wygląda ich prawdziwy, statystyczny i nudny dzionek, ale wybrali coś mocnego, ciekawego, porywającego lub kontrowersyjnego. Wypowiadanie się na tej podstawie o całości ich życia byłoby głupotą. Ale z drugiej strony – fakt, że właśnie to wybrali, też przecież sporo o tym pokoleniu mówi. Tylko czy naprawdę ta książka to głos pokolenia? Przecież to są wypowiedzi  ludzi, którzy mają czas, żeby siedzieć przed komputerem, śledzić portale społecznościowe, ogarniać projekty internetowe i być na czasie. Bo albo zarobili na to, żeby ten czas mieć, albo mają go dużo, bo nie pracują. Cała reszta, czyli tak naprawdę szara większość, jest w książce praktycznie nieobecna. Coś mi się zdaje, że nie o taki portret chodziło.

Poza tym, uderzyła mnie niekonsekwencja. Trzydziestolatkowie, ludzie formalnie od dawna dorośli, w autoprezentacjach piszą, że wiek ten pozwala im wreszcie jasno określić, czego chcą, a czego nie. Tymczasem z tekstów wyłania się coś całkiem przeciwnego: Mam kaca moralnego, bo zrobiłem to czy tamto po pijaku. Z tym się zabawiam, chociaż wiem, że nie powinnam, bo ma żonę i dziecko. Tamten się na mnie napala, więc go czasem wpuszczam, a czasem nie i sama nie wiem, dlaczego… I tak w kółko!

Z naszkicowanego w tej książce portretu dzisiejszych trzydziestolatków można wywnioskować, że oni emocjonalnie są jak nastolatki – wciąż myślą głównie o seksie (partnerze), którego mają lub nie mają. Jedyne, co różni te dwie grupy wiekowe, to sytuacja zewnętrzna: starsi mieszkają już zazwyczaj bez rodziców, pracują (lub nie mają pracy i myślą o emigracji), a konsekwencje ich wyborów mogą być o wiele poważniejsze niż w przypadku nastolatków. A wewnątrz: czekanie na weekend, imprezy, picie, seks… Czasem ten schemat złamie wyznanie jakiejś matki opisującej swój dzień.

Pokrzywnica: Coś w tym jest. Trzydziestolatkowie wstydzą się jak licealiści, więc piją, żeby to ukryć. Idą do łóżka pijani, więc niczego się nie wtedy nie uczą – ani o sobie, ani o drugim człowieku. Niby zbierają doświadczenia, ale niczego tak naprawdę nie poznają, nie przeżywają, bo są znieczuleni, więc następnym razem wstydzą się tak samo mocno. Technika się rozwija, emocje nie mają szans. Do tego presja sukcesu – i tak rodzi się instrumentalne traktowanie – innych i samego siebie. To też w „Bookopen” widać.

Ciernik: Ale trzeba przyznać, że jest w tym zbiorze kilka naprawdę dobrych tekstów. Moim ulubieńcem jest „Dom niczyj” autorstwa ontologahobbysty. Ty masz jakiś ulubiony?

Pokrzywnica: Tak. „Ucho” Rżniętego Szkła. Strasznie mi się podobało. To jest tekst typowo literacki, z nawiązaniem do legendarnego ucha Van Gogha, ale tak chytrze podany, że wydaje się kolejną wypowiedzią hamletyzującego singla, który nie wie, czy iść do knajpy, czy może jednak nie. Ale przez to nawiązanie autor powiedział więcej prawdy o uczuciach niż ci, którzy próbowali wprost.

Ciernik: Zgadzam się, „Ucho” jest rewelacyjne. Tak samo jak „Pies Rosenthalów” N. Lezneh, który nie wiedzieć czemu, nie został zaprezentowany w całości. To chyba jakiś chwyt marketingowy uknuty przez bankierów.

Pokrzywnica: Dlaczego bankierów?

Ciernik: Ha! Przeczytaj sobie ciąg dalszy tego opowiadania, to się dowiesz!

Pokrzywnica: Podobał mi się jeszcze zamykający zbiór tekst Edyty Niewińskiej – pojawiło się tam kilka prostych, a tnących głęboko jak skalpel zdań, jak to u niej bywa. Ale jednak ona nie jest miniaturzystką i nie jest autorką „antologiczną”. Ona potrzebuje przestrzeni, musi się rozpędzić. Dlatego uśmiecham się półgębkiem (półdziobkiem?) i czekam na jej kolejną samodzielną powieść.

Wracając do antologii „Bookopen”: wygląda na to, że najfajniej wyszły teksty typowo literackie – krótkie formy prozatorskie. Bronią się też dwa, może trzy wiersze. Natomiast fabularyzowane zwierzenia z narracją w pierwszej osobie są czasem lepsze, czasem gorsze, ale ogólnie wypadają średnio. Chyba zadziałała jakaś blokada psychiczna – nie każdy ma naturę ekshibicjonisty. Najsłabsze są fragmenty forumowych dyskusji – ot, takie sobie internetowe paplanie. Może dlatego, że dyskusja forumowa ma jednak w sobie wiele z prawdziwej rozmowy, a rozmowa ma swój kontekst, klimat, miejsce i czas. Jeśli się z niej wyrwie fragment, to wychodzi jakoś tak… banalnie i jałowo.

Ciernik: A czas leci nieubłaganie. Nawet nie zauważymy, kiedy minie kolejna dekada, stuknie nam kolejny krzyżyk i może wtedy ekipa Bookopen pokusi się o zbiorek opisujący 40-50-latków. Mam nadzieję, że wówczas zrobi to w sposób bardziej spójny i przemyślany.

Pokrzywnica: Najbliższe plany ekipy są chyba takie, żeby zrobić zbiorek tekstów autorów w wieku  30-40 (nadal), ale międzynarodowy. Nie wiem, czy chciałabym, żeby był „spójny i przemyślany”. To byłoby jednak trochę odejście od idei… Ale podobałaby mi się lekka zmiana proporcji: więcej literatury, mniej gadaniny. No i lepsza korekta! Redakcja twierdzi, że pracowała nad tą antologią, że usuwała błędy ortograficzne, ale… wciąż ich tam, niestety, trochę jest.

Ciernik: A ja sam nie wiem, jak bym ten zbiorek międzynarodowy widział. Może to i dobrze, że nie wiem? Przynajmniej jest szansa, że mnie czymś fajnym zaskoczą!