Upolowane: Antologia „Kot na sznurku”, e-book - uzupełnienie
Pokrzywnica: Podzieliliśmy się wrażeniami po lekturze zbioru opowiadań „Kot na sznurku”. Niestety, okazało się, że przez błąd techniczny nie mogliśmy przeczytać w całości opowiadania Agnieszki Hałas „Cena, której zażądała Nyht”. Ale błąd został naprawiony!
Ciernik: Trzeba przyznać, że Esensja zachowała się elegancko i profesjonalnie, przesyłając Klubowiczom poprawioną wersję antologii. Wpadka może zdarzyć się każdemu. Ważne, co się z tym faktem zrobi. Są wydawcy, którzy obrażają się na odbiorców, ignorują uwagi krytyczne, udając nieomylnych, a nawet grożą sądem, jak to uczyniło niedawno pewne wydawnictwo w stosunku do pewnej blogerki. Esensja się nie obraziła ani nie groziła, tylko swój tomik po prostu poprawiła i przesłała jeszcze raz. To dobrze wróży na przyszłość świeżo powstałemu Klubowi Esensji – można spodziewać się, że czytelnik będzie w ramach Klubu traktowany serio i po partnersku.
Pokrzywnica: A przypomnijmy, że wstęp do Klubu kosztuje pięć złotych. Bywało, że płaciliśmy więcej za e-booki z wieloma błędami, których jednak nikt nie pokwapił się poprawić.
Ciernik: Dobrze, że „Cena, której zażądała Nyht” znalazła się w tym zbiorze, bo to jeden z najsolidniejszych tekstów w całej antologii. Można go czytać jako samodzielne, odrębne opowiadanie, ale dla tych, którzy już trochę znają twórczość autorki, będzie to powrót do dobrze znanego świata. Fabuła została bowiem osadzona w realiach znanych z trylogii o Krzyczącym w Ciemności.To ładnie napisane opowiadanie, wciągające, a jego główny atut stanowią umiejętnie zarysowane postacie i relacje pomiędzy nimi. Mamy tu bardzo interesujący trójkąt: ojciec – brat – siostra, groźnego demona w roli antagonisty, a w tle – demoniczny spisek.
Pokrzywnica: Demonicznie i spiskowo. Tak to zazwyczaj bywa u Agnieszki Hałas.
Ciernik: Tekst ładnie wpisuje się w całość trylogii.To solidne opowiadanie, które wyszło spod pióra zawodowca. Zręcznie wykorzystane, znane motywy splatają się w intrygującą całość. Jednak pewien fragment pozostawił mnie z pytaniami. Główny bohater musiał stoczyć samotną walkę, co autorka podkreśliła. Ty również uważasz, że walcząc z naszymi demonami, ostatecznie zawsze jesteśmy sami?
Pokrzywnica: Chyba zależy, jakie to są demony. Mamy swoje osobiste, z nimi rzeczywiście musimy stanąć do konfrontacji sami. Od pomocników możemy uzyskać jedynie wiedzę, informacje i dobre życzenia. Ale są też demony zbiorowe, które dręczą rodziny, rasy czy narody. I takim nikt nie da rady w pojedynkę.
Ciernik: A mnie się wydaje, że autorka dobrze uchwyciła tę samotność, gdy człowiek zmaga się z demonem, niezależnie od tego, czy to demon nękający zbiorowości (jak w tym opowiadaniu), czy indywidualny. Ostatecznie zawsze sprowadza się to do osobistej konfrontacji. Co ciekawe, nawet zwycięstwo w takiej konfrontacji nie musi cieszyć, co Agnieszka Hałas również zauważyła. Jakby nie było, demony to zawsze część naszej psychiki, a więc zmagamy się sami ze sobą i próbujemy samych siebie pokonać. Nawet gdy się uda, to… z czego się właściwie cieszyć?
Pokrzywnica: Oj, chyba coś pokręciłeś. Taki demon, o jakim mówisz, pojawia się, owszem, w tym opowiadaniu, ale w innym miejscu. To jest przecież świat fantastyczny, tu demony nie muszą być częścią czyjejś psychiki, bo po prostu istnieją niezależnie i już. Istota, z którą musi walczyć główny bohater, Deuven de Ragues, przychodzi z zewnątrz. Jest natomiast ktoś inny, kto faktycznie stwarza demona w swoim umyśle i widzimy, jak to stwarzanie się odbywa. To przydarza się ojcu Deuvena, Sandorowi. I podobnie dzieje się w naszym, niefantastycznym świecie. Tylko rozwiązanie problemu może nie być tak łatwe i zabawne, jak w „Cenie, której zażądała Nyht”. A może właśnie jest? Może z demonami po prostu nie należy walczyć, tylko poznać je na tyle, żeby była możliwa koegzystencja? Same zalety: i mniej groźnie się zrobi, i mniej samotnie…
Ciernik: Pytanie tylko, czy z każdym demonem można koegzystować? Czy każdego da się oswoić? Może niektóre trzeba zgładzić, bo nie ma innego wyjścia. I przyjąć konsekwencje takiego czynu.
Pokrzywnica: Te konsekwencje to jest właśnie cena, której żąda Nyht. A my będziemy złośliwi i nie powiemy, kim jest Nyht. Kto jest ciekawy, niech sam przeczyta.
piątek, 27 czerwca 2014
niedziela, 22 czerwca 2014
Antologia „Kot na sznurku”
Upolowane: Antologia „Kot na sznurku”, e-book
Pokrzywnica: Coraz więcej periodyków internetowych staje się płatnych. Kończy się era darmowej, hobbystycznej pracy na rzecz kultury w necie? Weźmy świeżutki pomysł z Klubem Esensji. Esensja to jest znany serwis, z tradycjami, magazyn wydaje od lat, ale jest to magazyn darmowy. Czy powinien pozostać darmowy? Redakcja najwyraźniej uznała, że tak. Ale wymyśliła coś innego, coś więcej – klub dla wybrańców. Czy taki klub, w którym członkostwo należy opłacić (koszt niewielki, bo wystarczy wpłacić pięć złotych, ale jednak) to dobry pomysł?
Ciernik: Po prostu coraz więcej serwisów chciałoby wreszcie zacząć zarabiać. Próba sięgnięcia po pieniądze jest takim testem popularności danego periodyku. Esensja to jeden z najstarszych portali zajmujących się kulturą, aż dziw, że dopiero teraz wpadli na taki pomysł. Ale z drugiej strony, wszelkie próby spieniężenia internetowej popularności to wejście na nieznany teren. Nigdy nie wiadomo, czy zadziałają.Tak jest ze wszystkim w Internecie.
Czy to dobry pomysł? Właściwie na razie wstąpienie do klubu nie różni się niczym od zwykłego zakupienia e-booka w księgarni internetowej... chociaż nie. Dla mnie się różniło. Nigdy jeszcze tak długo nie czekałem na zakupionego e-booka. Esensja wysłała mi go dopiero po pięciu dniach. Nie raczyli nawet odpowiedzieć na pytanie dotyczące wysyłki, które zadałem im na fejsie. Tutaj mają dużego minusa. Chyba jeszcze nie zdają sobie sprawy, że w momencie gdy zaczynają brać od klientów pieniądze, nie mogą ich już olewać. Kolejnym minusem jest to, że osoba kupująca (no dobra: wstępująca do Klubu) nie ma możliwości zapoznania się z fragmentem antologii, kupuje kota (sic!) w worku. Czy to dobry pomysł? Chyba nie. Nie rozumiem, dlaczego po prostu nie sprzedają tego zbiorku w tradycyjny sposób…
Pokrzywnica: O ile mi wiadomo, Klub to nie tylko jeden e-book. Mają być rozmaite zniżki u partnerów, jakieś atrakcyjne bonusy „tylko dla Klubowiczów”, czyli całkiem rozbudowana (przynajmniej tak obiecują) płatna oferta. Dodatkowa, bo jednak sam magazyn, jak i dostęp do serwisu ma pozostać darmowy. Słusznie?
Ciernik: Pewnie że słusznie. Byle tylko w praktyce było to jakoś lepiej rozwiązane, bo na razie jest siermiężnie.
Pokrzywnica: A antologia „Kot na sznurku”: falstart czy nie?
Ciernik: I tak, i nie. Tak, bo dystrybucja kuleje, a sam zbiorek nie jest wolny od błędów.
Pokrzywnica: Cóż się, na przykład, stało z opowiadaniem Agnieszki Hałas? Gdzie zakończenie? Gdzie tytułowa Nyht?
Ciernik: To opowiadanie po prostu urywa się w połowie.
Pokrzywnica: Są też rozmaite drobiazgi przeoczone w redakcji. Na przykład w opowiadaniu Pawła Ciećwierza „Mój pierwszy zgon” (skądinąd bardzo fajnym) jedna z postaci drugoplanowych nieoczekiwanie zmienia imię – najpierw jest Madzią, a później Moniką. Niby nic istotnego, ale świadczy… o czym? O redaktorskim roztargnieniu? Czy może o nadmiernym pośpiechu przy przygotowywaniu antologii?
Ciernik: Jakakolwiek jest przyczyna, skutek mamy zawsze ten sam: kolejne oblicze literackiego wcześniactwa…
Pokrzywnica: Ale trzeba przyznać, że dobór opowiadań jest przemyślany i są to w większości naprawdę dobre teksty. Zbiór jest spójny, zgodnie z tytułem, którego użyczyło całości opowiadanie Joanny Maciejewskiej otwierające tomik, motyw przewodni stanowią zwierzęta.
Ciernik: Mnie przypadł do gustu „Kredyt” Anny Nieznaj, „Smok, czarownica i Stary Szafa” Michała Cholewy (to było niczym „Paragraf 22”!) i „Plastikowy pies” Istvana Vizvary’ego. Nie przekonał mnie zupełnie „Genius loci” Agnieszki Szady. Tekst opiera się głównie na samych dialogach i to raczej słabych. Dwie postacie męskie zostały wprowadzone kompletnie niepotrzebnie. Akcja pędzi do przodu, ale w zasadzie nie wiadomo, dlaczego. Nie ma w tym tekście emocji, bije od niego sztuczność.
Pokrzywnica: Nie zgadzam się. Ani że bije sztuczność (ale trudno, tak to odbierasz, Twoje czytelnicze prawo) ani że nie ma emocji. Jest lęk, jest niepokój, jest nostalgia. I końcówka, która wyjaśnia, czego ten lęk naprawdę dotyczy. To dobre, mądre opowiadanie, tylko bardzo, bardzo kobiece. Pewnie dlatego go nie rozumiesz. Prawdziwa akcja toczy się w świecie wewnętrznym bohaterki. A co napędza nasz rozwój, nasze przemiany? Dlaczego akcja naszego życia wciąż pędzi do przodu? Chciałbyś wyjaśnienia od autorki, a tego przecież nikt nie wie!
Ciernik: No tak. Babskie jazdy. Ja mam za grubą skórę na coś takiego.
Pokrzywnica: Zgodzę się z Tobą natomiast co do dwóch hitów tej antologii: to niewątpliwie „Kredyt” i „Plastikowy pies”.
Ciernik: Jak wiadomo wszem i wobec, ostatnim dobrym pomysłem systemu bankowego były bankomaty. Od tamtego czasu banki nie wymyśliły nic pożytecznego. W ogóle od momentu odejścia od parytetu złota i zamiany banków w maszynki do zarabiania pieniędzy dla inwestorów, instytucje te stały się zaprzeczeniem tego, czym kiedyś były. Najlepszym przykładem jest ostatni kryzys gospodarczy wywołany właśnie przez banki inwestycyjne (chociaż może powinniśmy sięgnąć głębiej, do chciwości gatunku ludzkiego?). Opowiadanie „Kredyt” świetnie pokazuje ten trend zamieniania się banków w jakieś twory niebezpieczne dla osób z nich korzystających. Anna Nieznaj ładnie pokazała to, co może nas w przyszłości czekać. Zmiksowała wszystko ze szczyptą cyberpunka – gdzieś w tle mamy zamieszki społeczne, ludzie posiadają wszczepki, a i sam bank wygląda raczej na korporację. Korporacjonizm jest wizytówką cyberpunka. Autorka wiarygodnie oddała psychikę „pracownicy” banku, a jeśli do tego dołożymy fakt, że na wszystkich wykonujących pracę (nawet tak specyficzną jak w „Kredycie”) nakłada się cele premiowe, to można popaść w niezłą paranoję.
Pokrzywnica: „Kredyt” faktycznie wywołuje dreszcze i nieźle straszy. Ale „Plastikowy pies” wystraszył mnie bardziej. Ten niezwykły sposób snucia opowieści, ta logika jak z koszmarnego snu…
Ciernik: A ja uważam, że to „Kredyt” straszy bardziej, bo wydaje się niebezpiecznie bliski życiu przeciętnego Polaka-konsumenta. „Plastikowy Pies”, ze względu na pokazanie problemów ludzi ze sfery średniej-wyższej, jest mi trochę bardziej obcy. Natomiast plastik trafia do mnie jako metafora. Kwestie smaku roztrząsane przez głównego bohatera pokazują, w jak absurdalnym kierunku zmierza pierwszy świat.
Pokrzywnica: A co sądzisz o zamykającym zbiór „Zwierzęciu” Anny Dominiczak? I o tytułowym „Kocie na sznurku” Joanny Maciejewskiej? Ja uważam, że to także są bardzo ciekawe opowiadania. „Zwierzę” dostało drugą nagrodę w Horyzontach Wyobraźni 2010.
Ciernik: Anna Dominiczak ładnie poprowadziła opowieść, zasiewając we mnie ciekawość i jakiś nieokreślony niepokój, ale końcówka była słaba. Opowiadanie Joanny Maciejewskiej zaczyna się jako niezłe fantasy, a kończy jako dobre postapo, a na dodatek ładnie pokazuje tkwiące w nas potrzeby przerabiania ciągle na nowo naszych traum oraz ucieczkowe zachowania. Fajny pomysł z programem psychoterapeutycznym – myślę, że w tym kierunku pójdzie psychiatria w przyszłości – jakieś połączenie Simów z terapiami, gier i poważnych treningów. „Kot na sznurku” to rzeczywiście dobre opowiadanie.
Pokrzywnica: Gry terapeutyczne oparte na neurofeedbacku już są. Leczy się takimi metodami na przykład ADHD u dzieci (nauka koncentracji) i stres u dorosłych (nauka relaksacji). I też jestem przekonana, że te metody pracy z umysłem będą się rozwijać. Myślę, że za kilka, może kilkanaście lat, tego typu treningi będą równie popularne jak teraz fitness. To nasze obecne zachłyśnięcie ciałem musi się przecież kiedyś skończyć. Bo czymże jest ciało (choćby najpiękniejsze i najsprawniejsze) bez umysłu?
Pokrzywnica: Coraz więcej periodyków internetowych staje się płatnych. Kończy się era darmowej, hobbystycznej pracy na rzecz kultury w necie? Weźmy świeżutki pomysł z Klubem Esensji. Esensja to jest znany serwis, z tradycjami, magazyn wydaje od lat, ale jest to magazyn darmowy. Czy powinien pozostać darmowy? Redakcja najwyraźniej uznała, że tak. Ale wymyśliła coś innego, coś więcej – klub dla wybrańców. Czy taki klub, w którym członkostwo należy opłacić (koszt niewielki, bo wystarczy wpłacić pięć złotych, ale jednak) to dobry pomysł?
Ciernik: Po prostu coraz więcej serwisów chciałoby wreszcie zacząć zarabiać. Próba sięgnięcia po pieniądze jest takim testem popularności danego periodyku. Esensja to jeden z najstarszych portali zajmujących się kulturą, aż dziw, że dopiero teraz wpadli na taki pomysł. Ale z drugiej strony, wszelkie próby spieniężenia internetowej popularności to wejście na nieznany teren. Nigdy nie wiadomo, czy zadziałają.Tak jest ze wszystkim w Internecie.
Czy to dobry pomysł? Właściwie na razie wstąpienie do klubu nie różni się niczym od zwykłego zakupienia e-booka w księgarni internetowej... chociaż nie. Dla mnie się różniło. Nigdy jeszcze tak długo nie czekałem na zakupionego e-booka. Esensja wysłała mi go dopiero po pięciu dniach. Nie raczyli nawet odpowiedzieć na pytanie dotyczące wysyłki, które zadałem im na fejsie. Tutaj mają dużego minusa. Chyba jeszcze nie zdają sobie sprawy, że w momencie gdy zaczynają brać od klientów pieniądze, nie mogą ich już olewać. Kolejnym minusem jest to, że osoba kupująca (no dobra: wstępująca do Klubu) nie ma możliwości zapoznania się z fragmentem antologii, kupuje kota (sic!) w worku. Czy to dobry pomysł? Chyba nie. Nie rozumiem, dlaczego po prostu nie sprzedają tego zbiorku w tradycyjny sposób…
Pokrzywnica: O ile mi wiadomo, Klub to nie tylko jeden e-book. Mają być rozmaite zniżki u partnerów, jakieś atrakcyjne bonusy „tylko dla Klubowiczów”, czyli całkiem rozbudowana (przynajmniej tak obiecują) płatna oferta. Dodatkowa, bo jednak sam magazyn, jak i dostęp do serwisu ma pozostać darmowy. Słusznie?
Ciernik: Pewnie że słusznie. Byle tylko w praktyce było to jakoś lepiej rozwiązane, bo na razie jest siermiężnie.
Pokrzywnica: A antologia „Kot na sznurku”: falstart czy nie?
Ciernik: I tak, i nie. Tak, bo dystrybucja kuleje, a sam zbiorek nie jest wolny od błędów.
Pokrzywnica: Cóż się, na przykład, stało z opowiadaniem Agnieszki Hałas? Gdzie zakończenie? Gdzie tytułowa Nyht?
Ciernik: To opowiadanie po prostu urywa się w połowie.
Pokrzywnica: Są też rozmaite drobiazgi przeoczone w redakcji. Na przykład w opowiadaniu Pawła Ciećwierza „Mój pierwszy zgon” (skądinąd bardzo fajnym) jedna z postaci drugoplanowych nieoczekiwanie zmienia imię – najpierw jest Madzią, a później Moniką. Niby nic istotnego, ale świadczy… o czym? O redaktorskim roztargnieniu? Czy może o nadmiernym pośpiechu przy przygotowywaniu antologii?
Ciernik: Jakakolwiek jest przyczyna, skutek mamy zawsze ten sam: kolejne oblicze literackiego wcześniactwa…
Pokrzywnica: Ale trzeba przyznać, że dobór opowiadań jest przemyślany i są to w większości naprawdę dobre teksty. Zbiór jest spójny, zgodnie z tytułem, którego użyczyło całości opowiadanie Joanny Maciejewskiej otwierające tomik, motyw przewodni stanowią zwierzęta.
Ciernik: Mnie przypadł do gustu „Kredyt” Anny Nieznaj, „Smok, czarownica i Stary Szafa” Michała Cholewy (to było niczym „Paragraf 22”!) i „Plastikowy pies” Istvana Vizvary’ego. Nie przekonał mnie zupełnie „Genius loci” Agnieszki Szady. Tekst opiera się głównie na samych dialogach i to raczej słabych. Dwie postacie męskie zostały wprowadzone kompletnie niepotrzebnie. Akcja pędzi do przodu, ale w zasadzie nie wiadomo, dlaczego. Nie ma w tym tekście emocji, bije od niego sztuczność.
Pokrzywnica: Nie zgadzam się. Ani że bije sztuczność (ale trudno, tak to odbierasz, Twoje czytelnicze prawo) ani że nie ma emocji. Jest lęk, jest niepokój, jest nostalgia. I końcówka, która wyjaśnia, czego ten lęk naprawdę dotyczy. To dobre, mądre opowiadanie, tylko bardzo, bardzo kobiece. Pewnie dlatego go nie rozumiesz. Prawdziwa akcja toczy się w świecie wewnętrznym bohaterki. A co napędza nasz rozwój, nasze przemiany? Dlaczego akcja naszego życia wciąż pędzi do przodu? Chciałbyś wyjaśnienia od autorki, a tego przecież nikt nie wie!
Ciernik: No tak. Babskie jazdy. Ja mam za grubą skórę na coś takiego.
Pokrzywnica: Zgodzę się z Tobą natomiast co do dwóch hitów tej antologii: to niewątpliwie „Kredyt” i „Plastikowy pies”.
Ciernik: Jak wiadomo wszem i wobec, ostatnim dobrym pomysłem systemu bankowego były bankomaty. Od tamtego czasu banki nie wymyśliły nic pożytecznego. W ogóle od momentu odejścia od parytetu złota i zamiany banków w maszynki do zarabiania pieniędzy dla inwestorów, instytucje te stały się zaprzeczeniem tego, czym kiedyś były. Najlepszym przykładem jest ostatni kryzys gospodarczy wywołany właśnie przez banki inwestycyjne (chociaż może powinniśmy sięgnąć głębiej, do chciwości gatunku ludzkiego?). Opowiadanie „Kredyt” świetnie pokazuje ten trend zamieniania się banków w jakieś twory niebezpieczne dla osób z nich korzystających. Anna Nieznaj ładnie pokazała to, co może nas w przyszłości czekać. Zmiksowała wszystko ze szczyptą cyberpunka – gdzieś w tle mamy zamieszki społeczne, ludzie posiadają wszczepki, a i sam bank wygląda raczej na korporację. Korporacjonizm jest wizytówką cyberpunka. Autorka wiarygodnie oddała psychikę „pracownicy” banku, a jeśli do tego dołożymy fakt, że na wszystkich wykonujących pracę (nawet tak specyficzną jak w „Kredycie”) nakłada się cele premiowe, to można popaść w niezłą paranoję.
Pokrzywnica: „Kredyt” faktycznie wywołuje dreszcze i nieźle straszy. Ale „Plastikowy pies” wystraszył mnie bardziej. Ten niezwykły sposób snucia opowieści, ta logika jak z koszmarnego snu…
Ciernik: A ja uważam, że to „Kredyt” straszy bardziej, bo wydaje się niebezpiecznie bliski życiu przeciętnego Polaka-konsumenta. „Plastikowy Pies”, ze względu na pokazanie problemów ludzi ze sfery średniej-wyższej, jest mi trochę bardziej obcy. Natomiast plastik trafia do mnie jako metafora. Kwestie smaku roztrząsane przez głównego bohatera pokazują, w jak absurdalnym kierunku zmierza pierwszy świat.
Pokrzywnica: A co sądzisz o zamykającym zbiór „Zwierzęciu” Anny Dominiczak? I o tytułowym „Kocie na sznurku” Joanny Maciejewskiej? Ja uważam, że to także są bardzo ciekawe opowiadania. „Zwierzę” dostało drugą nagrodę w Horyzontach Wyobraźni 2010.
Ciernik: Anna Dominiczak ładnie poprowadziła opowieść, zasiewając we mnie ciekawość i jakiś nieokreślony niepokój, ale końcówka była słaba. Opowiadanie Joanny Maciejewskiej zaczyna się jako niezłe fantasy, a kończy jako dobre postapo, a na dodatek ładnie pokazuje tkwiące w nas potrzeby przerabiania ciągle na nowo naszych traum oraz ucieczkowe zachowania. Fajny pomysł z programem psychoterapeutycznym – myślę, że w tym kierunku pójdzie psychiatria w przyszłości – jakieś połączenie Simów z terapiami, gier i poważnych treningów. „Kot na sznurku” to rzeczywiście dobre opowiadanie.
Pokrzywnica: Gry terapeutyczne oparte na neurofeedbacku już są. Leczy się takimi metodami na przykład ADHD u dzieci (nauka koncentracji) i stres u dorosłych (nauka relaksacji). I też jestem przekonana, że te metody pracy z umysłem będą się rozwijać. Myślę, że za kilka, może kilkanaście lat, tego typu treningi będą równie popularne jak teraz fitness. To nasze obecne zachłyśnięcie ciałem musi się przecież kiedyś skończyć. Bo czymże jest ciało (choćby najpiękniejsze i najsprawniejsze) bez umysłu?
piątek, 13 czerwca 2014
Antologia „Ostatni dzień pary”
Upolowane: Antologia „Ostatni dzień pary”, e-book
Pokrzywnica: Zbiorek opowiadań „Ostatni dzień pary” to plon konkursu ogłoszonego z okazji zeszłorocznego Krakonu. W związku z tym obowiązkowo musiał pojawić się w tekstach Kraków, obowiązkowe były klimaty steampunkowe lub postapo i obowiązkowy limit znaków: 10 000. To sporo ograniczeń i przyznam, że to mnie, jako czytelniczkę, uwierało. Zwłaszcza kłuł mnie ten niewygodny limit: ani naprawdę krótko, ani przyzwoicie długo. Trudny dystans.
Ciernik: Mnie też to przeszkadzało. Wydaje mi się, że to głównie z tego powodu mamy w antologii sporo tekstów z całkiem ciekawymi pomysłami, ale jakoś nieciekawie rozwiniętymi.
Pokrzywnica: A do tego brak różnorodności stylistycznej. Nie dość, że ograniczenia tematyczne i limit znaków, to jeszcze autorzy piszą dość podobnie.
Ciernik: To taki „przezroczysty” styl, pozbawiony indywidualności. Utwory „szybko się czyta” – dla niektórych to zaleta, dla mnie raczej wada, szczególnie w przypadku antologii, bo efekt jest taki, że zapominam, co i czyjego autorstwa właśnie czytam.
Pokrzywnica: A stylem (oszczędnym stylem!) można było sporo wygrać przy tym limicie znaków. Nie każdy autor jednak potrafi rozwinąć ciekawy pomysł, ograniczając zarazem opisy, kwiecistość i wylewność, a tutaj trzeba było tak zrobić. Niewielu autorów sobie poradziło. Na pewno udało się to jurorom konkursu, Annie Kańtoch i Krzysztofowi Piskorskiemu, którzy dorzucili do antologii swoje opowiadania. Komu jeszcze?
Ciernik: Nieźle spisali się Ida Żmiejewska, Adam Podlewski, Bartosz Szczygielski i Kornel Mikołajczyk, chociaż jego utwór pewnie nie spodoba się co wrażliwszym czytelnikom.
Pokrzywnica: „Dni naszej hańby” Bartosza Szczygielskiego to moim zdaniem najlepsze opowiadanie w całym zbiorze. Podobały mi się też „Apokanibalipsa” Kornela Mikołajczyka i „Ostatni dzień pary” Karoliny Cisowskiej. Oraz oczywiście „Małpiarnia” Krzysztofa Piskorskiego i „Królewskie dzieci” Anny Kańtoch.
Ciernik: Tworząc na szybko tę swoją listę najlepszych, zastanowiłem się, dlaczego akurat te zostały mi w pamięci. Chyba powód jest prosty – one mają w sobie coś więcej, niż tylko fajny pomysł. Mówią coś o ludziach, szukają jakiejś prawdy. Wydaje mi się, że dla w miarę wyrobionego czytelnika same fajne pomysły to stanowczo za mało, szczególnie w erze darmowych antologii. Potrzeba czegoś jeszcze, jakiejś odrobiny głębi.
Pokrzywnica: A nie miałeś déjà vu przy czytaniu „Radioaktywnego bluesa” Pauliny Kuchty? Mnie to opowiadanie do złudzenia przypomina zwycięski tekst z Horyzontów Wyobraźni 2009 czyli „Kołysanki dla umarłych” Marcina Rusnaka.
Ciernik: Tak, oba te teksty dość mocno czerpią z gry Fallout – może stąd to podobieństwo?
Pokrzywnica: Możliwe. Czerpanie inspiracji z gier albo filmów jest ryzykowne. Można powielić schemat. Chyba że ktoś potrafi znane motywy przerobić naprawdę mocno na własną modłę.
Ciernik: Chciałem jeszcze zwrócić uwagę na kwestię, którą już niejednokrotnie poruszaliśmy: puszczanie na świat literackich wcześniaków. Ten zbiorek pokazuje kolejne oblicze wcześniactwa: e-book jest nie do końca poprawny technicznie. Nie wiem, jak na Twoim czytniku, ale na moim Nooku wersja epub nie radziła sobie z ilustracjami, które wyświetlała albo za wcześnie, albo za późno, a tak czy inaczej – na tekście. Jedno opowiadanie nawet z tego powodu opuściłem, bo ilustracje były tak ciemne, ze zasłoniły prawie całą stronę tekstu, co przy tak krótkich utworach podważa w ogóle sens czytania. A można było wysupłać niewielką kwotę i zlecić stworzenie epuba specjalistom. Bardzo wiele firm w Internecie świadczy takie usługi.
Pokrzywnica: U mnie z ilustracjami było wszystko w porządku, ale stała się inna dziwna rzecz: e-book na czytniku otworzył się raz. I potem już nigdy więcej. Musiałam kończyć czytanie epuba na monitorze. Pierwszy raz coś takiego widziałam: żeby e-book raz się otworzył, a potem nie chciał. Nie wiem jednak, czy to wina e-booka, czy też czytnika.
Ale za to trzeba pochwalić pracę korektora. Zdarzyło się, co prawda, kilka niewyczyszczonych powtórzeń, ale wielkich byków w tym zbiorku nie ma.
Ciernik: Tak, od strony redakcji i korekty „Ostatni dzień pary” prezentuje się całkiem przyzwoicie, zwłaszcza na tle rozmaitych książek wydawanych selfpublishingowo, które wpadły ostatnio w nasze pazurki i płetwy. Czymś jeszcze się wyróżnia?
Pokrzywnica: Ma ładną okładkę.
Ciernik: I tytuł…
Pokrzywnica: …który jednak nie do wszystkich opowiadań pasuje. Niektórym zabrakło… pary.
Pokrzywnica: Zbiorek opowiadań „Ostatni dzień pary” to plon konkursu ogłoszonego z okazji zeszłorocznego Krakonu. W związku z tym obowiązkowo musiał pojawić się w tekstach Kraków, obowiązkowe były klimaty steampunkowe lub postapo i obowiązkowy limit znaków: 10 000. To sporo ograniczeń i przyznam, że to mnie, jako czytelniczkę, uwierało. Zwłaszcza kłuł mnie ten niewygodny limit: ani naprawdę krótko, ani przyzwoicie długo. Trudny dystans.
Ciernik: Mnie też to przeszkadzało. Wydaje mi się, że to głównie z tego powodu mamy w antologii sporo tekstów z całkiem ciekawymi pomysłami, ale jakoś nieciekawie rozwiniętymi.
Pokrzywnica: A do tego brak różnorodności stylistycznej. Nie dość, że ograniczenia tematyczne i limit znaków, to jeszcze autorzy piszą dość podobnie.
Ciernik: To taki „przezroczysty” styl, pozbawiony indywidualności. Utwory „szybko się czyta” – dla niektórych to zaleta, dla mnie raczej wada, szczególnie w przypadku antologii, bo efekt jest taki, że zapominam, co i czyjego autorstwa właśnie czytam.
Pokrzywnica: A stylem (oszczędnym stylem!) można było sporo wygrać przy tym limicie znaków. Nie każdy autor jednak potrafi rozwinąć ciekawy pomysł, ograniczając zarazem opisy, kwiecistość i wylewność, a tutaj trzeba było tak zrobić. Niewielu autorów sobie poradziło. Na pewno udało się to jurorom konkursu, Annie Kańtoch i Krzysztofowi Piskorskiemu, którzy dorzucili do antologii swoje opowiadania. Komu jeszcze?
Ciernik: Nieźle spisali się Ida Żmiejewska, Adam Podlewski, Bartosz Szczygielski i Kornel Mikołajczyk, chociaż jego utwór pewnie nie spodoba się co wrażliwszym czytelnikom.
Pokrzywnica: „Dni naszej hańby” Bartosza Szczygielskiego to moim zdaniem najlepsze opowiadanie w całym zbiorze. Podobały mi się też „Apokanibalipsa” Kornela Mikołajczyka i „Ostatni dzień pary” Karoliny Cisowskiej. Oraz oczywiście „Małpiarnia” Krzysztofa Piskorskiego i „Królewskie dzieci” Anny Kańtoch.
Ciernik: Tworząc na szybko tę swoją listę najlepszych, zastanowiłem się, dlaczego akurat te zostały mi w pamięci. Chyba powód jest prosty – one mają w sobie coś więcej, niż tylko fajny pomysł. Mówią coś o ludziach, szukają jakiejś prawdy. Wydaje mi się, że dla w miarę wyrobionego czytelnika same fajne pomysły to stanowczo za mało, szczególnie w erze darmowych antologii. Potrzeba czegoś jeszcze, jakiejś odrobiny głębi.
Pokrzywnica: A nie miałeś déjà vu przy czytaniu „Radioaktywnego bluesa” Pauliny Kuchty? Mnie to opowiadanie do złudzenia przypomina zwycięski tekst z Horyzontów Wyobraźni 2009 czyli „Kołysanki dla umarłych” Marcina Rusnaka.
Ciernik: Tak, oba te teksty dość mocno czerpią z gry Fallout – może stąd to podobieństwo?
Pokrzywnica: Możliwe. Czerpanie inspiracji z gier albo filmów jest ryzykowne. Można powielić schemat. Chyba że ktoś potrafi znane motywy przerobić naprawdę mocno na własną modłę.
Ciernik: Chciałem jeszcze zwrócić uwagę na kwestię, którą już niejednokrotnie poruszaliśmy: puszczanie na świat literackich wcześniaków. Ten zbiorek pokazuje kolejne oblicze wcześniactwa: e-book jest nie do końca poprawny technicznie. Nie wiem, jak na Twoim czytniku, ale na moim Nooku wersja epub nie radziła sobie z ilustracjami, które wyświetlała albo za wcześnie, albo za późno, a tak czy inaczej – na tekście. Jedno opowiadanie nawet z tego powodu opuściłem, bo ilustracje były tak ciemne, ze zasłoniły prawie całą stronę tekstu, co przy tak krótkich utworach podważa w ogóle sens czytania. A można było wysupłać niewielką kwotę i zlecić stworzenie epuba specjalistom. Bardzo wiele firm w Internecie świadczy takie usługi.
Pokrzywnica: U mnie z ilustracjami było wszystko w porządku, ale stała się inna dziwna rzecz: e-book na czytniku otworzył się raz. I potem już nigdy więcej. Musiałam kończyć czytanie epuba na monitorze. Pierwszy raz coś takiego widziałam: żeby e-book raz się otworzył, a potem nie chciał. Nie wiem jednak, czy to wina e-booka, czy też czytnika.
Ale za to trzeba pochwalić pracę korektora. Zdarzyło się, co prawda, kilka niewyczyszczonych powtórzeń, ale wielkich byków w tym zbiorku nie ma.
Ciernik: Tak, od strony redakcji i korekty „Ostatni dzień pary” prezentuje się całkiem przyzwoicie, zwłaszcza na tle rozmaitych książek wydawanych selfpublishingowo, które wpadły ostatnio w nasze pazurki i płetwy. Czymś jeszcze się wyróżnia?
Pokrzywnica: Ma ładną okładkę.
Ciernik: I tytuł…
Pokrzywnica: …który jednak nie do wszystkich opowiadań pasuje. Niektórym zabrakło… pary.
poniedziałek, 9 czerwca 2014
Postać w trzech kolorach
Zwierzęce zabawy literackie: Postać w trzech kolorach
Wyobraź sobie dowolną postać (realną lub wymyśloną), która przychodzi do Ciebie we śnie. Za pierwszym razem jest ubrana na biało, za drugim – na czerwono, za trzecim – na czarno (możesz zmienić tę kolejność). Przy każdej wizycie strój jest jakoś związany z tym, co gość ma do powiedzenia. O czym mówi?
Limit znaków: 6000. Jeśli chcesz, możesz przysłać nam swój tekst o postaci w trzech kolorach – jeśli nam się spodoba, opublikujemy go w dziale Zwierzęce zabawy literackie.
pokrzywnica(małpisko)leniwiecliteracki.pl
Realizacja:
Niedźwiedź Baribal, 5 lipca 2014
Wyobraź sobie dowolną postać (realną lub wymyśloną), która przychodzi do Ciebie we śnie. Za pierwszym razem jest ubrana na biało, za drugim – na czerwono, za trzecim – na czarno (możesz zmienić tę kolejność). Przy każdej wizycie strój jest jakoś związany z tym, co gość ma do powiedzenia. O czym mówi?
Limit znaków: 6000. Jeśli chcesz, możesz przysłać nam swój tekst o postaci w trzech kolorach – jeśli nam się spodoba, opublikujemy go w dziale Zwierzęce zabawy literackie.
pokrzywnica(małpisko)leniwiecliteracki.pl
Realizacja:
Niedźwiedź Baribal, 5 lipca 2014
niedziela, 1 czerwca 2014
Mariusz Orzeł Wojteczek „Kronika relacji intymnych”
Upolowane: Mariusz Orzeł Wojteczek „Kronika relacji intymnych”, e-book
Ciernik: Czy to ładnie wściubiać dziób w czyjeś relacje intymne, Pokrzywnico?
Pokrzywnica: Autor sam chciał, żeby mu wściubiano! Trzeba było nie wydawać!
Ciernik: Trzeba było nie wydawać z tyloma błędami! Znów to samo! Zbiór opowiadań może i ciekawy, ale dużo traci przez brak redakcji i korekty.
Pokrzywnica: Mariusz Orzeł Wojteczek powinien nawet nie tyle dać tekst do redakcji, co popracować z redaktorem na żywo, bo robi nieprzyjemne, a przecież łatwe do wykorzenienia, błędy stylistyczne: nadużywa przymiotników i przysłówków, nie eliminuje powtórzeń, nie zawsze dba o to, by „odpowiednie dać rzeczy słowo”. Te elementy warsztatu literackiego są do wyćwiczenia, tylko trzeba znaleźć kogoś, kto pomoże. Redaktora. Niestety, na redaktorach selfpublisherzy lubią oszczędzać. Tracą na tym oni sami, tracą ich opowieści, tracą czytelnicy.
Ciernik: Widać jednak, że autor ma coś do powiedzenia. Spod tego ciężkiego, niezgrabnego stylu, spod gadulstwa pełnego błędów przebijają się od czasu do czasu ciekawe myśli i spostrzeżenia godne uwagi.
Pokrzywnica: Niektóre są całkiem odważne.
Ciernik: Moim zdaniem autor „Kroniki relacji intymnych” rozkręca się z tekstu na tekst. Najbardziej podobały mi się dwa ostatnie opowiadania. Fakt, że są trochę ckliwe, momentami ocierają się o kicz, ale mimo wszystko, do mojego męskiego serca jakoś trafiły. Szczególnie „Andzia”, która czerpie z ukrytych fantazji chyba większości facetów: Co by było, gdyby... Co by było, gdyby ta ona, o której marzyłem, i którą straciłem, do mnie wróciła? Co by wtedy we mnie zwyciężyło? Wygrałby pełen frustracji demon, karmiony zgorzknieniem, a kto wie, może nawet nienawiścią? Wyrzygałbym w zemście wszystko to, co mi latami leżało na wątrobie? Czy może jednak umiałbym wznieść się ponad to, wyłuskać z głębi serca coś, co kiedyś było piękne i silne? A może w ogóle podszedłbym do relacji z nią jak do czegoś całkiem nowego, z otwartością i bez obciążających oczekiwań? „Andzia” to tekst z potencjałem. Tylko czy zrealizowanym?
Pokrzywnica: Chyba nie. Mnie to opowiadanie nie porwało. Za bardzo przypomina telenowelę. Ale za to spodobała mi się przedostatnia w zbiorze „Maria Magdalena”.
Ciernik: Tak. „Andzia” rzeczywiście jest telenowelowa. Może właśnie w tym tkwi jej siła? „Maria Magdalena” to tekst zupełnie innego kalibru. Bardzo męski. Ale i tutaj autor nie uniknął klisz i kiczu – choćby ten sztampowy obraz dołów po utracie kobiety. To jest chyba zresztą główna myśl łącząca wszystkie opowiadania składające się na „Kronikę relacji intymnych”: miłość jest potęgą, ale działa jak obosieczny miecz – z równą siłą tworzy i niszczy.
Pokrzywnica: W „Marii Magdalenie” stoimy po stronie tego złego, tej świni paskudnej i niemoralnej. I ta świnia brzydka pociąga i fascynuje, bo ona nikogo nie słucha, niczyich praw nie przestrzega, niczyich kodeksów. Zamiast tego tworzy własne. Może się na tym przejedzie. Końcówka ostrzega, że to bardzo prawdopodobne. Ale jednak imponująca jest ta odwaga bohatera, żeby pójść po bandzie, pod prąd, wbrew wszelkiej powszechnie przyjętej moralności. Tylko dla kogo on to robi? Dla kobiety czy dla siebie? Jeśli przegra, to przez Sonię, czy przez własny wybór? Czy będzie konsekwentny do końca?
Podoba mi się to opowiadanie. Dużo pytań się rodzi po przeczytaniu.
Ciernik: Kręci nas siła, odrzuca marazm. Mnie się w „Marii Magdalenie” spodobało pokazanie bezwzględności, która pojawia się wtedy, gdy nie da się już dłużej ukrywać prawdy. Ta agresja przypomina mi trochę okrucieństwo dziecka, które wyszydzeniem słabszego musi stanowczo odciąć się od niego, żeby nie być posądzonym o taką samą słabość.
Pokrzywnica: A później mija trochę czasu i... patrząc w lustro, boi się zobaczyć Tamtego.
Jest jednak w tej opowieści także druga strona medalu: czy bohater umiałby z taką samą siłą i zdecydowaniem bronić jakichś zasad? Czy potrafiłby z taką samą determinacją, z jaką jest niemoralny, być moralny? Autor nie daje żadnych odpowiedzi. Można sobie wymyślić naprawdę wiele rozmaitych zakończeń tej historii. Mimo że prosta, to jednak nie jest schematyczna.
Ciernik: Może odpowiedzi na te wszystkie pytania trzeba szukać w kiczowatej „Andzi”? Co by było, gdyby…
Pokrzywnica: Ciekawa rzecz: miłość, melodramat, telenowela… To się kojarzy z tak zwaną literaturą kobiecą. W tym przypadku takie skojarzenia to błąd. W „Kronice…” wszystko jest pokazane z męskiego punktu widzenia. Tylko ile w tym prawdy?
Ciernik: Sporo. Świat męskich uczuć rzeczywiście taki jest. Przynajmniej wśród mężczyzn z pokolenia będącego obecnie w wieku… yyy… średnim? Nie wiem natomiast, jak to się ma do emocji obecnych dwudziestokilkulatków. A ile jest w „Kronice…” prawdy o kobietach?
Pokrzywnica: Trudno powiedzieć. Bo to przecież nie są opowiadania o kobietach, tylko o uczuciach, jakie one wzbudzają w mężczyźnie. Kobiety są postrzegane z określonego punktu widzenia i natychmiast interpretowane. Stanowią katalizator cudzych emocji i na tym ich rola się kończy. Nie są odrębnymi, pełnokrwistymi postaciami, niemal w ogóle nie rozmawiamy z nimi, nie słuchamy ich, tylko oglądamy i dotykamy za pośrednictwem bohatera. Ale nie można też powiedzieć, że są traktowane przedmiotowo, bo przedmiotów nie obdarza się tak intensywnymi uczuciami. Intymne to wszystko jest, zgoda. Ale czy to są w ogóle relacje?
Ciernik: Są. To jest kronika relacji mężczyzn z ich intymnymi wyobrażeniami na temat kobiet.
Ciernik: Czy to ładnie wściubiać dziób w czyjeś relacje intymne, Pokrzywnico?
Pokrzywnica: Autor sam chciał, żeby mu wściubiano! Trzeba było nie wydawać!
Ciernik: Trzeba było nie wydawać z tyloma błędami! Znów to samo! Zbiór opowiadań może i ciekawy, ale dużo traci przez brak redakcji i korekty.
Pokrzywnica: Mariusz Orzeł Wojteczek powinien nawet nie tyle dać tekst do redakcji, co popracować z redaktorem na żywo, bo robi nieprzyjemne, a przecież łatwe do wykorzenienia, błędy stylistyczne: nadużywa przymiotników i przysłówków, nie eliminuje powtórzeń, nie zawsze dba o to, by „odpowiednie dać rzeczy słowo”. Te elementy warsztatu literackiego są do wyćwiczenia, tylko trzeba znaleźć kogoś, kto pomoże. Redaktora. Niestety, na redaktorach selfpublisherzy lubią oszczędzać. Tracą na tym oni sami, tracą ich opowieści, tracą czytelnicy.
Ciernik: Widać jednak, że autor ma coś do powiedzenia. Spod tego ciężkiego, niezgrabnego stylu, spod gadulstwa pełnego błędów przebijają się od czasu do czasu ciekawe myśli i spostrzeżenia godne uwagi.
Pokrzywnica: Niektóre są całkiem odważne.
Ciernik: Moim zdaniem autor „Kroniki relacji intymnych” rozkręca się z tekstu na tekst. Najbardziej podobały mi się dwa ostatnie opowiadania. Fakt, że są trochę ckliwe, momentami ocierają się o kicz, ale mimo wszystko, do mojego męskiego serca jakoś trafiły. Szczególnie „Andzia”, która czerpie z ukrytych fantazji chyba większości facetów: Co by było, gdyby... Co by było, gdyby ta ona, o której marzyłem, i którą straciłem, do mnie wróciła? Co by wtedy we mnie zwyciężyło? Wygrałby pełen frustracji demon, karmiony zgorzknieniem, a kto wie, może nawet nienawiścią? Wyrzygałbym w zemście wszystko to, co mi latami leżało na wątrobie? Czy może jednak umiałbym wznieść się ponad to, wyłuskać z głębi serca coś, co kiedyś było piękne i silne? A może w ogóle podszedłbym do relacji z nią jak do czegoś całkiem nowego, z otwartością i bez obciążających oczekiwań? „Andzia” to tekst z potencjałem. Tylko czy zrealizowanym?
Pokrzywnica: Chyba nie. Mnie to opowiadanie nie porwało. Za bardzo przypomina telenowelę. Ale za to spodobała mi się przedostatnia w zbiorze „Maria Magdalena”.
Ciernik: Tak. „Andzia” rzeczywiście jest telenowelowa. Może właśnie w tym tkwi jej siła? „Maria Magdalena” to tekst zupełnie innego kalibru. Bardzo męski. Ale i tutaj autor nie uniknął klisz i kiczu – choćby ten sztampowy obraz dołów po utracie kobiety. To jest chyba zresztą główna myśl łącząca wszystkie opowiadania składające się na „Kronikę relacji intymnych”: miłość jest potęgą, ale działa jak obosieczny miecz – z równą siłą tworzy i niszczy.
Pokrzywnica: W „Marii Magdalenie” stoimy po stronie tego złego, tej świni paskudnej i niemoralnej. I ta świnia brzydka pociąga i fascynuje, bo ona nikogo nie słucha, niczyich praw nie przestrzega, niczyich kodeksów. Zamiast tego tworzy własne. Może się na tym przejedzie. Końcówka ostrzega, że to bardzo prawdopodobne. Ale jednak imponująca jest ta odwaga bohatera, żeby pójść po bandzie, pod prąd, wbrew wszelkiej powszechnie przyjętej moralności. Tylko dla kogo on to robi? Dla kobiety czy dla siebie? Jeśli przegra, to przez Sonię, czy przez własny wybór? Czy będzie konsekwentny do końca?
Podoba mi się to opowiadanie. Dużo pytań się rodzi po przeczytaniu.
Ciernik: Kręci nas siła, odrzuca marazm. Mnie się w „Marii Magdalenie” spodobało pokazanie bezwzględności, która pojawia się wtedy, gdy nie da się już dłużej ukrywać prawdy. Ta agresja przypomina mi trochę okrucieństwo dziecka, które wyszydzeniem słabszego musi stanowczo odciąć się od niego, żeby nie być posądzonym o taką samą słabość.
Pokrzywnica: A później mija trochę czasu i... patrząc w lustro, boi się zobaczyć Tamtego.
Jest jednak w tej opowieści także druga strona medalu: czy bohater umiałby z taką samą siłą i zdecydowaniem bronić jakichś zasad? Czy potrafiłby z taką samą determinacją, z jaką jest niemoralny, być moralny? Autor nie daje żadnych odpowiedzi. Można sobie wymyślić naprawdę wiele rozmaitych zakończeń tej historii. Mimo że prosta, to jednak nie jest schematyczna.
Ciernik: Może odpowiedzi na te wszystkie pytania trzeba szukać w kiczowatej „Andzi”? Co by było, gdyby…
Pokrzywnica: Ciekawa rzecz: miłość, melodramat, telenowela… To się kojarzy z tak zwaną literaturą kobiecą. W tym przypadku takie skojarzenia to błąd. W „Kronice…” wszystko jest pokazane z męskiego punktu widzenia. Tylko ile w tym prawdy?
Ciernik: Sporo. Świat męskich uczuć rzeczywiście taki jest. Przynajmniej wśród mężczyzn z pokolenia będącego obecnie w wieku… yyy… średnim? Nie wiem natomiast, jak to się ma do emocji obecnych dwudziestokilkulatków. A ile jest w „Kronice…” prawdy o kobietach?
Pokrzywnica: Trudno powiedzieć. Bo to przecież nie są opowiadania o kobietach, tylko o uczuciach, jakie one wzbudzają w mężczyźnie. Kobiety są postrzegane z określonego punktu widzenia i natychmiast interpretowane. Stanowią katalizator cudzych emocji i na tym ich rola się kończy. Nie są odrębnymi, pełnokrwistymi postaciami, niemal w ogóle nie rozmawiamy z nimi, nie słuchamy ich, tylko oglądamy i dotykamy za pośrednictwem bohatera. Ale nie można też powiedzieć, że są traktowane przedmiotowo, bo przedmiotów nie obdarza się tak intensywnymi uczuciami. Intymne to wszystko jest, zgoda. Ale czy to są w ogóle relacje?
Ciernik: Są. To jest kronika relacji mężczyzn z ich intymnymi wyobrażeniami na temat kobiet.
sobota, 24 maja 2014
„Perdition: Księga Kruka”, słuchowisko
Upolowane: „Perdition: Księga Kruka”, słuchowisko
Ciernik: Oczy mnie już bolą, zmęczony jestem tymi ciągłymi polowaniami. Może by tak dla odmiany poleżeć spokojnie? Co Ty na to, Pokrzywnico?
Pokrzywnica: Leż, leż. Tylko nie odwracaj się do góry brzuchem!
Ja się nie mam jak położyć, bo mi ogon przeszkadza. Ale usiądę sobie na gałązce, dziób zamknę, oczy zmrużę… A teraz wyobraźmy sobie: lekki półmrok, łagodny dotyk ciepłych prądów (wodnych albo powietrznych), delikatne kołysanie, miłe szumy i szelesty...
Ciernik: Chlup! Patrz, na co wpadłem w mulistej wodzie Internetu! Słuchowisko! Oto zdobycz w sam raz dla naszego nadzwyczaj leniwego Leniwca!
Pokrzywnica: Amatorska fantastyka do słuchania? Czego to autorzy nie wymyślą! Niesamowite, że im się chciało. Ładna muzyka, nie?
Ciernik: Tak, muzyka Dawida Banasiuka zaskakuje bardzo pozytywnie. Mamy tu narratora, zespół aktorów-amatorów wcielających się w poszczególne role i świetne tło muzyczne. Dzięki temu jest to coś więcej niż zwykły audiobook. Widać, że włożono w to wszystko dużo energii.
Pokrzywnica: Właściwie to jest jakaś forma pośrednia pomiędzy audiobookiem a słuchowiskiem. Autor tekstu, Michał Ochnik, jest niewątpliwie utalentowanym twórcą fantastyki, ale chyba dotychczas pisał jedynie opowiadania. W „Perdition” jednak widać rodowód tekstu – to nie jest pełna adaptacja, nie wykorzystuje możliwości formy, jaką jest słuchowisko. W wielu miejscach dźwięk dubluje słowo. Nie tylko słychać kroki, ale dodatkowo jest także powiedziane, że słychać kroki. Dźwięki są tłem, ilustracją. Są wtórne wobec słów. Próba zabawy formą była właściwie tylko w scenie snu, gdzie za pomocą zmiany klimatu muzycznego i głosu narratora wykreowano jasną sugestię, że oto jesteśmy w innej rzeczywistości. I to jest właściwa droga. W prawdziwym słuchowisku słowa powinny się uzupełniać z dźwiękami, a nie dublować. Odbiorca powinien dostać szansę na uruchomienie własnej wyobraźni, część historii powinien sam sobie wyinterpretować z usłyszanych dźwięków i dopowiedzieć.
Ciernik: To nie tak łatwo zrobić adaptację i zrealizować słuchowisko z prawdziwego zdarzenia. I pewnie autorowi żal było ciąć tekst. To musi boleć.
Pokrzywnica: Tak, tutaj widać, jakie to trudne. Wydawałoby się, na przykład, że przeczytać tekst to nic takiego, każdy potrafi. A jednak co aktor, to aktor. Dykcja, akcent, przekazywanie emocji głosem... To nie takie proste.
Ciernik: Ha! Zacząć należy od tego, że nie każdy głos się nadaje do danej roli, choćby ze względu na barwę. No i umiejętności aktorskie, przecież wszystko trzeba zagrać głosem! Niczego nie nadrobi się gestami. To musi być piekielnie trudne – wzbudzić w sobie odpowiednie uczucia na tyle mocno, żeby było je słychać w głosie, ale zarazem mieć nad sobą kontrolę, żeby to nie wyszło sztucznie, żeby nie brzmiało jak parodia.
Pokrzywnica: A tutaj niejednokrotnie brzmiało. A to jakiś przedziwny patos w głosie narratora, a to główny bohater, o imieniu Risaldo, zaciągający z białostocka, a to jakieś dziwne zaburzenia tempa czytania w ogóle niepasujące do akcji... Chyba tylko Dawid Maron w roli Becketta wydał mi się w pełni przekonujący, to była rzeczywiście spójna i konsekwentna kreacja postaci.
Ale jednak, mimo wszystko, te różne wpadki mają jakiś niezaprzeczalny urok. Jest w tym wszystkim pasja, żar, zaangażowanie. I to się jakoś przebija do słuchacza, jakoś porywa i sprawia, że chce się słuchać dalej.
Ciernik: Tak. Słuchając, niejednokrotnie uśmiechnąłem się pod nosem, chociaż akurat wtedy, zgodnie z intencją twórców, powinienem czuć coś innego. Niemniej jednak wysłuchałem całości w skupieniu od początku do końca. To było trochę jak koncert początkującej kapeli – wiesz, że kolców nie urwie, ale słuchasz, chcesz dla nich jak najlepiej, bo widzisz, z jaką powagą traktują to, co robią i właśnie to doceniasz najbardziej.
Trochę tylko szkoda, że sam tekst, który stanowił punkt wyjścia do stworzenia scenariusza, jest w zasadzie dość sztampową, posługującą się prostymi schematami fantastyką w konwencji dark fantasy. Można by bardziej zaszaleć. Ale to przecież dopiero pierwsza próba. Mam nadzieję, że zespół nie poczuł się zbyt wyczerpany tworzeniem słuchowiska (według dostępnych informacji, poświęcił na to aż 1,5 roku) i zaskoczy nas jeszcze niejednym ciekawym pomysłem.
Aj, z tego rozleniwienia przerobiłem 0,5 na 1,5! Prace trwały pół roku, nie półtora. Pod wodą jednak czas płynie inaczej!
Ciernik: Oczy mnie już bolą, zmęczony jestem tymi ciągłymi polowaniami. Może by tak dla odmiany poleżeć spokojnie? Co Ty na to, Pokrzywnico?
Pokrzywnica: Leż, leż. Tylko nie odwracaj się do góry brzuchem!
Ja się nie mam jak położyć, bo mi ogon przeszkadza. Ale usiądę sobie na gałązce, dziób zamknę, oczy zmrużę… A teraz wyobraźmy sobie: lekki półmrok, łagodny dotyk ciepłych prądów (wodnych albo powietrznych), delikatne kołysanie, miłe szumy i szelesty...
Ciernik: Chlup! Patrz, na co wpadłem w mulistej wodzie Internetu! Słuchowisko! Oto zdobycz w sam raz dla naszego nadzwyczaj leniwego Leniwca!
Pokrzywnica: Amatorska fantastyka do słuchania? Czego to autorzy nie wymyślą! Niesamowite, że im się chciało. Ładna muzyka, nie?
Ciernik: Tak, muzyka Dawida Banasiuka zaskakuje bardzo pozytywnie. Mamy tu narratora, zespół aktorów-amatorów wcielających się w poszczególne role i świetne tło muzyczne. Dzięki temu jest to coś więcej niż zwykły audiobook. Widać, że włożono w to wszystko dużo energii.
Pokrzywnica: Właściwie to jest jakaś forma pośrednia pomiędzy audiobookiem a słuchowiskiem. Autor tekstu, Michał Ochnik, jest niewątpliwie utalentowanym twórcą fantastyki, ale chyba dotychczas pisał jedynie opowiadania. W „Perdition” jednak widać rodowód tekstu – to nie jest pełna adaptacja, nie wykorzystuje możliwości formy, jaką jest słuchowisko. W wielu miejscach dźwięk dubluje słowo. Nie tylko słychać kroki, ale dodatkowo jest także powiedziane, że słychać kroki. Dźwięki są tłem, ilustracją. Są wtórne wobec słów. Próba zabawy formą była właściwie tylko w scenie snu, gdzie za pomocą zmiany klimatu muzycznego i głosu narratora wykreowano jasną sugestię, że oto jesteśmy w innej rzeczywistości. I to jest właściwa droga. W prawdziwym słuchowisku słowa powinny się uzupełniać z dźwiękami, a nie dublować. Odbiorca powinien dostać szansę na uruchomienie własnej wyobraźni, część historii powinien sam sobie wyinterpretować z usłyszanych dźwięków i dopowiedzieć.
Ciernik: To nie tak łatwo zrobić adaptację i zrealizować słuchowisko z prawdziwego zdarzenia. I pewnie autorowi żal było ciąć tekst. To musi boleć.
Pokrzywnica: Tak, tutaj widać, jakie to trudne. Wydawałoby się, na przykład, że przeczytać tekst to nic takiego, każdy potrafi. A jednak co aktor, to aktor. Dykcja, akcent, przekazywanie emocji głosem... To nie takie proste.
Ciernik: Ha! Zacząć należy od tego, że nie każdy głos się nadaje do danej roli, choćby ze względu na barwę. No i umiejętności aktorskie, przecież wszystko trzeba zagrać głosem! Niczego nie nadrobi się gestami. To musi być piekielnie trudne – wzbudzić w sobie odpowiednie uczucia na tyle mocno, żeby było je słychać w głosie, ale zarazem mieć nad sobą kontrolę, żeby to nie wyszło sztucznie, żeby nie brzmiało jak parodia.
Pokrzywnica: A tutaj niejednokrotnie brzmiało. A to jakiś przedziwny patos w głosie narratora, a to główny bohater, o imieniu Risaldo, zaciągający z białostocka, a to jakieś dziwne zaburzenia tempa czytania w ogóle niepasujące do akcji... Chyba tylko Dawid Maron w roli Becketta wydał mi się w pełni przekonujący, to była rzeczywiście spójna i konsekwentna kreacja postaci.
Ale jednak, mimo wszystko, te różne wpadki mają jakiś niezaprzeczalny urok. Jest w tym wszystkim pasja, żar, zaangażowanie. I to się jakoś przebija do słuchacza, jakoś porywa i sprawia, że chce się słuchać dalej.
Ciernik: Tak. Słuchając, niejednokrotnie uśmiechnąłem się pod nosem, chociaż akurat wtedy, zgodnie z intencją twórców, powinienem czuć coś innego. Niemniej jednak wysłuchałem całości w skupieniu od początku do końca. To było trochę jak koncert początkującej kapeli – wiesz, że kolców nie urwie, ale słuchasz, chcesz dla nich jak najlepiej, bo widzisz, z jaką powagą traktują to, co robią i właśnie to doceniasz najbardziej.
Trochę tylko szkoda, że sam tekst, który stanowił punkt wyjścia do stworzenia scenariusza, jest w zasadzie dość sztampową, posługującą się prostymi schematami fantastyką w konwencji dark fantasy. Można by bardziej zaszaleć. Ale to przecież dopiero pierwsza próba. Mam nadzieję, że zespół nie poczuł się zbyt wyczerpany tworzeniem słuchowiska (według dostępnych informacji, poświęcił na to aż 1,5 roku) i zaskoczy nas jeszcze niejednym ciekawym pomysłem.
Aj, z tego rozleniwienia przerobiłem 0,5 na 1,5! Prace trwały pół roku, nie półtora. Pod wodą jednak czas płynie inaczej!
niedziela, 18 maja 2014
Antologia „Po godzinach”
Upolowane: Antologia „Po godzinach”, e-book
Pokrzywnica: I znów Pies Łańcuchowy podzielił się z nami pyszną kością. Jak Ci się podobała antologia „Po godzinach”?
Ciernik: Smaczna!
Pokrzywnica: A kto, Twoim zdaniem, rozbił bank? Ja uważam, że tym razem Łukasz Błaszczyk ze swoim „Golemem”.
Ciernik: A mnie z głowy wyjść nie może „Pjongjang” Pawła Sajewicza.
Pokrzywnica: Ha! Wychodzi na to, że jesteśmy wiernymi fanami duetu Błaszczyk – Sajewicz! Nie odnosisz wrażenia, że panowie trochę jakby... zamienili się osobowościami? Mam w pamięci obie powieści („Gwelfów i gibelinów” Sajewicza oraz „Miesiąc miodowy w Blachowni” Błaszczyka) i to jest tak, jakby oni się umówili: napisz trochę bardziej jak ja, a ja napiszę trochę bardziej jak ty. I Sajewicz troszkę w harakiri i flaczki poszedł, a Błaszczyk w dopracowaną kompozycję literacką. Odwrotnie, niż to robili w swoich powieściach.
Ciernik: No i na dobre im to wyszło, bo to dwa najlepsze teksty w całej antologii. „Pjongjang” jest wspaniale duszny, ciemny i klaustrofobiczny. Pełen niedopowiedzeń otwierających umysł. Trąci teoriami spiskowymi, a bohater ma pewną wstydliwą tajemnicę natury seksualnej, zresztą wyobcowanie bije z większości jego myśli i zachowań. A do tego rewelacyjne, wręcz hipnotyczne zakończenie. Trochę kojarzy mi się to wszystko z jakimś niedobrym, gęstym tripem.
Pokrzywnica: A mnie z bolesnym zrywaniem zaschniętego strupa. Mocny tekst.
Ciernik: Zostawiło mnie to opowiadanie z pytaniem: jak sobie radzić z takimi mrocznymi namiętnościami? Niby nie są groźne, ale społeczeństwo ich nie akceptuje. Ukrywanie, jak widać na przykładzie bohatera, nie zawsze jest dobrym wyjściem. Z drugiej strony, chwalić się też nie ma czym. Ot, dylemat zwierząt społecznych, tutaj chyba zawsze będzie istniało napięcie, tarcie, a skoro tak, to i źródło energii. Twardy, osobisty orzech do zgryzienia.
Pokrzywnica: A do tego wszystkiego podróż. Motyw podróżowania przewija się przez całą antologię, są to wyprawy w przestrzeni, do egzotycznych krain, albo w czasie, a wtedy w jedną tylko stronę: do starości, niepełnosprawności, demencji i śmierci.
Ciernik: „Golem”! Jedna wielka podróż bez początku i końca.
Pokrzywnica: W dodatku to nie człowiek się w nią wybiera, lecz ona wybiera człowieka. Przychodzi po niego nieuchronnie jak śmierć. „Leon zapewnił jednak, że nie zostawi go z niewykorzystanym biletem lotniczym, że sam też poleci do Tirany i mimo wszystko wciąż będą się świetnie bawić.
I James się zgodził. Trochę przez wzgląd na Leona, trochę też z uwagi na bilet, którego nie mógł zwrócić, bo panicznie bał się rozmów z półautomatycznymi konsultantami wszelkich infolinii. Jako zwolennik postępu tę akurat przemianę – zastąpienie żywych, policzalnych ludzi z ajencji armią anonimowych botów generowanych w wylęgarniach call centre lub outsource’owanych z krajów trzeciego świata – postrzegał jako znak, że oto kapitalizm nie bierze już jeńców”.
Ciernik: Czasami te podróże człowieka zmieniają. A czasami zmiana polega na zrozumieniu, że nie chce się żadnych zmian.
Pokrzywnica: A zauważyłeś, jak niesamowicie jest napisane to opowiadanie? Tam jest kilkanaście historii, wielkich historii ściągniętych, skompresowanych do kilku zdań, jak ta:
„Golem. W przeciwieństwie do Jamesa Leon nie dostrzegał nic zabawnego w nazwie rodzinnej miejscowości. Kimkolwiek byli jej założyciele, też raczej nie słyszeli o Jehudzie Löw ben Becalelu; a już zwłaszcza fundatorzy dzisiejszego Golem, którzy wznosili wzdłuż Adriatyku jednakowo toporne, betonowe konstrukcje o turystycznym przeznaczeniu, zrównując z ziemią jakiekolwiek ślady starszego niż parę dekad osadnictwa, jakby chcieli wymazać historię tego miejsca. Gdy Wielki Rabin lepił w Pradze człowieka, w Golem czas nawet się nie zaczął”.
Jakby całą wielką opowieść zapisać w kilku znakach na małej karteczce. I takich karteczek jest w tym opowiadaniu wiele, a bohaterowie miotają się pomiędzy nimi w pustce. Żaden język nie jest ich, żadnej z tych historii nie mogą uznać za własną, żadna nie wprawi ich w prawdziwy ruch, chociaż oni przecież wciąż się przemieszczają!
Ciernik: Pasuje to świetnie do międzynarodowej ekipy. Bohaterowie to wyrwani z korzeniami emigranci. Tekst podoba mi się właśnie ze względu na tę przestrzenność. Jest pod tym względem zupełnie inny niż duszny „Pjongjang”. Tutaj bohaterowie cierpią na inny rodzaj marazmu.
Pokrzywnica: Bo golem nie porusza się bez tej karteczki! Jest tylko martwą bryłą gliny. Jeśli mu zabierzesz Słowo, znieruchomieje.
Ciernik: I nieważne, czy wyjedziemy do Korei, Albanii bądź Londynu, czy pozwolimy żeby padał na nas mroczny cień Jasnej Góry.
Pokrzywnica: Możemy jeszcze zostać w Dziale Wieszaków. Też jakieś wyjście.
Ciernik: A jak inne opowiadania ze zbioru? Coś jeszcze Cię zainteresowało?
Pokrzywnica: „Teresa śniąca” Katarzyny Walas – rewelacyjnie wykreowana, bardzo wiarygodna bohaterka, piękne dialogi. I „Pinakolada” Alicji Sawickiej – tu spodobała mi się konstrukcja, treść z formą zawiązana na przemyślny supeł. Ach, i jeszcze „Ostatnie dni Rzeszy Wielkomorawskiej” – opowiadanie zabawne, ale przecież lekki dreszczyk egzystencjalnego lęku na plecach pozostawiło.
Ciernik: Tak, „Rzesza…” jest urocza! To takie współczesne opowiadanie o zaprzedaniu duszy. Podobały mi się też „Urodziny” Łukasza Hassliebe, bo choć troszkę wulgarne, to jednak z pomysłem i fajnym zakończeniem. Właściwie nie ma w tej antologii złych opowiadań. Może jedynie „Plac” Radka Światłowskiego był trochę słabszy.
Pokrzywnica: Ale to jest debiut! Jak na pierwszy raz, wyszło naprawdę nieźle, nie przesadzaj. Mnie za to zmęczył „Projekt przerywany” Jana Lete. Redaktora chyba zresztą też, bo to jedyny tekst w całym zbiorze, który zaatakował mnie rogatym bykiem: „ubrała płaszcz”.
Ciernik: Oj tam, drobnostka! A „Projekt” to całkiem zabawne opowiadanie! I jak ładnie autor buduje obraz Marianny W. z niedopowiedzeń! Dostajemy portret upierdliwej, ale utalentowanej autorki, na której wydawnictwo koniecznie chce zarobić. Podobali mi się bohaterowie, każdy ze swoją jazdą i parciem na sukces. Gra pozorów, że niby chodzi o coś więcej niż pieniądze. A na koniec dostali to, co sami dawali.
Pokrzywnica: No to wygląda na to, że każda potwora znajdzie swego amatora, a w antologii „Po godzinach” każdy czytelnik znajdzie swego smoka, który go wystraszy, oraz swoją księżniczkę, która go pokocha!
Ciernik: Ale się poetyczno-aforystyczna zrobiłaś!
Pokrzywnica: I znów Pies Łańcuchowy podzielił się z nami pyszną kością. Jak Ci się podobała antologia „Po godzinach”?
Ciernik: Smaczna!
Pokrzywnica: A kto, Twoim zdaniem, rozbił bank? Ja uważam, że tym razem Łukasz Błaszczyk ze swoim „Golemem”.
Ciernik: A mnie z głowy wyjść nie może „Pjongjang” Pawła Sajewicza.
Pokrzywnica: Ha! Wychodzi na to, że jesteśmy wiernymi fanami duetu Błaszczyk – Sajewicz! Nie odnosisz wrażenia, że panowie trochę jakby... zamienili się osobowościami? Mam w pamięci obie powieści („Gwelfów i gibelinów” Sajewicza oraz „Miesiąc miodowy w Blachowni” Błaszczyka) i to jest tak, jakby oni się umówili: napisz trochę bardziej jak ja, a ja napiszę trochę bardziej jak ty. I Sajewicz troszkę w harakiri i flaczki poszedł, a Błaszczyk w dopracowaną kompozycję literacką. Odwrotnie, niż to robili w swoich powieściach.
Ciernik: No i na dobre im to wyszło, bo to dwa najlepsze teksty w całej antologii. „Pjongjang” jest wspaniale duszny, ciemny i klaustrofobiczny. Pełen niedopowiedzeń otwierających umysł. Trąci teoriami spiskowymi, a bohater ma pewną wstydliwą tajemnicę natury seksualnej, zresztą wyobcowanie bije z większości jego myśli i zachowań. A do tego rewelacyjne, wręcz hipnotyczne zakończenie. Trochę kojarzy mi się to wszystko z jakimś niedobrym, gęstym tripem.
Pokrzywnica: A mnie z bolesnym zrywaniem zaschniętego strupa. Mocny tekst.
Ciernik: Zostawiło mnie to opowiadanie z pytaniem: jak sobie radzić z takimi mrocznymi namiętnościami? Niby nie są groźne, ale społeczeństwo ich nie akceptuje. Ukrywanie, jak widać na przykładzie bohatera, nie zawsze jest dobrym wyjściem. Z drugiej strony, chwalić się też nie ma czym. Ot, dylemat zwierząt społecznych, tutaj chyba zawsze będzie istniało napięcie, tarcie, a skoro tak, to i źródło energii. Twardy, osobisty orzech do zgryzienia.
Pokrzywnica: A do tego wszystkiego podróż. Motyw podróżowania przewija się przez całą antologię, są to wyprawy w przestrzeni, do egzotycznych krain, albo w czasie, a wtedy w jedną tylko stronę: do starości, niepełnosprawności, demencji i śmierci.
Ciernik: „Golem”! Jedna wielka podróż bez początku i końca.
Pokrzywnica: W dodatku to nie człowiek się w nią wybiera, lecz ona wybiera człowieka. Przychodzi po niego nieuchronnie jak śmierć. „Leon zapewnił jednak, że nie zostawi go z niewykorzystanym biletem lotniczym, że sam też poleci do Tirany i mimo wszystko wciąż będą się świetnie bawić.
I James się zgodził. Trochę przez wzgląd na Leona, trochę też z uwagi na bilet, którego nie mógł zwrócić, bo panicznie bał się rozmów z półautomatycznymi konsultantami wszelkich infolinii. Jako zwolennik postępu tę akurat przemianę – zastąpienie żywych, policzalnych ludzi z ajencji armią anonimowych botów generowanych w wylęgarniach call centre lub outsource’owanych z krajów trzeciego świata – postrzegał jako znak, że oto kapitalizm nie bierze już jeńców”.
Ciernik: Czasami te podróże człowieka zmieniają. A czasami zmiana polega na zrozumieniu, że nie chce się żadnych zmian.
Pokrzywnica: A zauważyłeś, jak niesamowicie jest napisane to opowiadanie? Tam jest kilkanaście historii, wielkich historii ściągniętych, skompresowanych do kilku zdań, jak ta:
„Golem. W przeciwieństwie do Jamesa Leon nie dostrzegał nic zabawnego w nazwie rodzinnej miejscowości. Kimkolwiek byli jej założyciele, też raczej nie słyszeli o Jehudzie Löw ben Becalelu; a już zwłaszcza fundatorzy dzisiejszego Golem, którzy wznosili wzdłuż Adriatyku jednakowo toporne, betonowe konstrukcje o turystycznym przeznaczeniu, zrównując z ziemią jakiekolwiek ślady starszego niż parę dekad osadnictwa, jakby chcieli wymazać historię tego miejsca. Gdy Wielki Rabin lepił w Pradze człowieka, w Golem czas nawet się nie zaczął”.
Jakby całą wielką opowieść zapisać w kilku znakach na małej karteczce. I takich karteczek jest w tym opowiadaniu wiele, a bohaterowie miotają się pomiędzy nimi w pustce. Żaden język nie jest ich, żadnej z tych historii nie mogą uznać za własną, żadna nie wprawi ich w prawdziwy ruch, chociaż oni przecież wciąż się przemieszczają!
Ciernik: Pasuje to świetnie do międzynarodowej ekipy. Bohaterowie to wyrwani z korzeniami emigranci. Tekst podoba mi się właśnie ze względu na tę przestrzenność. Jest pod tym względem zupełnie inny niż duszny „Pjongjang”. Tutaj bohaterowie cierpią na inny rodzaj marazmu.
Pokrzywnica: Bo golem nie porusza się bez tej karteczki! Jest tylko martwą bryłą gliny. Jeśli mu zabierzesz Słowo, znieruchomieje.
Ciernik: I nieważne, czy wyjedziemy do Korei, Albanii bądź Londynu, czy pozwolimy żeby padał na nas mroczny cień Jasnej Góry.
Pokrzywnica: Możemy jeszcze zostać w Dziale Wieszaków. Też jakieś wyjście.
Ciernik: A jak inne opowiadania ze zbioru? Coś jeszcze Cię zainteresowało?
Pokrzywnica: „Teresa śniąca” Katarzyny Walas – rewelacyjnie wykreowana, bardzo wiarygodna bohaterka, piękne dialogi. I „Pinakolada” Alicji Sawickiej – tu spodobała mi się konstrukcja, treść z formą zawiązana na przemyślny supeł. Ach, i jeszcze „Ostatnie dni Rzeszy Wielkomorawskiej” – opowiadanie zabawne, ale przecież lekki dreszczyk egzystencjalnego lęku na plecach pozostawiło.
Ciernik: Tak, „Rzesza…” jest urocza! To takie współczesne opowiadanie o zaprzedaniu duszy. Podobały mi się też „Urodziny” Łukasza Hassliebe, bo choć troszkę wulgarne, to jednak z pomysłem i fajnym zakończeniem. Właściwie nie ma w tej antologii złych opowiadań. Może jedynie „Plac” Radka Światłowskiego był trochę słabszy.
Pokrzywnica: Ale to jest debiut! Jak na pierwszy raz, wyszło naprawdę nieźle, nie przesadzaj. Mnie za to zmęczył „Projekt przerywany” Jana Lete. Redaktora chyba zresztą też, bo to jedyny tekst w całym zbiorze, który zaatakował mnie rogatym bykiem: „ubrała płaszcz”.
Ciernik: Oj tam, drobnostka! A „Projekt” to całkiem zabawne opowiadanie! I jak ładnie autor buduje obraz Marianny W. z niedopowiedzeń! Dostajemy portret upierdliwej, ale utalentowanej autorki, na której wydawnictwo koniecznie chce zarobić. Podobali mi się bohaterowie, każdy ze swoją jazdą i parciem na sukces. Gra pozorów, że niby chodzi o coś więcej niż pieniądze. A na koniec dostali to, co sami dawali.
Pokrzywnica: No to wygląda na to, że każda potwora znajdzie swego amatora, a w antologii „Po godzinach” każdy czytelnik znajdzie swego smoka, który go wystraszy, oraz swoją księżniczkę, która go pokocha!
Ciernik: Ale się poetyczno-aforystyczna zrobiłaś!
Subskrybuj:
Posty (Atom)