sobota, 27 grudnia 2014

Ekscentryk - zabawa Tomasza Borkowskiego

Zwierzęce zabawy literackie: Ekscentryk - realizacja

Napisał do nas Tomasz Borkowski. Pomyśleliśmy, że chyba skądś go znamy. Ale skąd? Zaraz, zaraz... no tak, z Irlandii! Napisał zatem do nas ten przemiły Autor i zapytał: A czy o ekscentrycznym zwierzęciu może być? Jasne! Bardzo może! W końcu gdzie ekscentrycznemu zwierzakowi będzie lepiej niż tu? Poznajcie Ryczarda!


La Skała


Lwy są różne. Przeważnie jednak są to duże, płowe koty, od których lepiej trzymać się z daleka. Nie zawsze jednak jest to możliwe. Na przykład, kiedy się jest Masajem lub pogromcą dzikich bestii z cyrku „Splendido” albo lwem.

Ryczard był tym ostatnim. W związku z tym, już od maleńkości nie udawało mu się unikać kontaktów z lwami. Ale maleńkość miał już dawno za sobą. Teraz był dużym, płowym kotem, od którego lepiej było trzymać się z daleka.

Wspiął się niedawno na skałę, z której miał doskonały widok na sawannę dokoła. W oddali wielkie stado antylop gnu, przetykane zebrą, pasło się spokojnie. Słońce zachodziło, a Ryczard czekał na dobre światło oraz na chór żyraf, który się chyba trochę spóźniał. A przecież kapelmistrz Ibn Batuta słynął w całej wschodniej Afryce z precyzyjnego trzymania tempa.


Co tu kryć, Ryczard miał tremę. Dziwnie sztywniał mu ogon, co chwila poprawiał nerwowo grzywę, a język zrobił mu się suchy jak wiór na dnie wyschniętego okresowego jeziora w porze suchej w południe.

Skoro akompaniatorów nie było, Ryczard postanowił jeszcze się odświeżyć.

Szybko, ale nie na tyle szybko, żeby się zziajać, pobiegł na brzeg niedalekiej rzeczki. Zanurzył w wodzie ogon, przygładził grzywę, pochlapał się po grzbiecie. Od razu poczuł się bardziej zrelaksowany. Potem przepłukał kilkakrotnie paszczę, ale wciąż odczuwał suchość języka. Nie było czasu – przy skale w oddali pojawiły się jakieś żyrafy.

Ryczard nabrał wody w paszczę i szybko, ale nie za szybko, ruszył z powrotem. Po drodze gimnastykował język i gulgotał.

Żyraf było pięć. Ibn Batuta był niemłodym okazem o ciemnych plamach i niewielkich różkach, które nadawały mu nieco diaboliczny wygląd.

– Wiesz, że nie toleruję spóźnień – powiedział gniewnie do zbliżającego się Ryczarda.

Lew zamachał tylko przednią łapą i zagulgotał, bo w paszczy ciągle miał wodę z rzeczki oraz różne tropikalne zarazki.

– Straciłeś głos? Wspaniale!

Ibn Batuta uderzył gniewnie swym parzystym kopytem o skałę. Pozostałe żyrafy pokręciły głowami. Zrobiły to z wielkim wdziękiem i synchronicznie, bo były świetnie wyszkolone.

– Cały zespół się fatyguje, ćwiczy, porzuca bezpieczne i smaczne zarazem schronienia pod akacjowymi liśćmi, a nasza primadonna się spóźnia i do tego bez głosu! Hańba!

Pozostałe żyrafy z wdziękiem i synchronicznie pokiwały głowami.

Ryczard nie odpowiadał, bo nie wiedział, co zrobić z wodą w paszczy: połknąć ją, czy wypluć? Znał dobrze wybuchowy temperament Ibn Batuty. Gdyby teraz splunął mu pod nogi, kapelmistrz na pewno by się śmiertelnie obraził i poprzysiągł zemstę do siódmego pokolenia. Jeśli zaś chodzi o połykanie, to woda od tego całego gulgotania zrobiła się ciepła i zaczęła trącić hipopotamem. Ryczard nie tylko był kotem, ale też już jednak trochę gwiazdą (co zresztą na jedno wychodzi) i nie lubił pić ani jeść byle czego, a zwłaszcza z byle kim.

Ibn Batuta mruczał jakieś przekleństwa w suahili, żyrafy przytakiwały z wdziękiem, Ryczard cichutko gulgotał, nie wiedząc co zrobić, a słońce nieubłaganie zachodziło.

Kiedy wreszcie czerwonawe promienie zamieniły sawannę w bajkową krainę, swą urodą zapierającą dech w likaonach i wyciskającą łzy z krokodyli, Ryczard zrozumiał, że nie może dłużej czekać. Wskoczył na skałę, dyskretnie pozbywając się w locie zawartości paszczy i zaśpiewał z akompaniamentem zdumionych żyraf:

„Rwie serce się,

Rwie serce się lwie,

Hej, ku sawannie,

Hej, hen tam w dole, hej!”

Była to aria Aleksa z nieco już dzisiaj zapomnianej opery „Hotentoci i Zulusi” Stanisława Moniuszki.

Następnie Ryczard wykonał składankę kenijskich szlagierów i łzawą balladę „Śniegi Kilimandżaro”, zakończył zaś popisową serenadą „O Mombaso ma”.

Otrzymał owację na stojąco.

Tylko hieny, jak zwykle, coś tam ironizowały za baobabem.

 

sobota, 20 grudnia 2014

Ryszard Rychlicki „Wysprzątane miejsca”

Upolowane: Ryszard Rychlicki „Wysprzątane miejsca”, papier

Ciernik: Uff, przeczytałem.

Pokrzywnica: Nie było łatwo, co? Wydawnictwo Papierowy Motyl wydało dość dziwną książkę.

Ciernik: Fakt.

Pokrzywnica: Mnie też się tę powieść trudno czytało. Dopiero wprowadzenie pod koniec postaci Małgorzaty, uświadomiło mi, dlaczego. Mamy tu absolutnie nijakiego, kompletnie przezroczystego bohatera, prawda?

Ciernik: Mamy bohatera wręcz hipotetycznego! On nic, tylko stawia hipotezy i planuje rozmowy…  Ja mogę zrozumieć, że powieść opiera się na bohaterze, zamiast na fabule. Ale żeby w książce opartej na bohaterze właśnie ten bohater był najsłabszym ogniwem?

Pokrzywnica: A jak myślisz: dlaczego? Jaki mógł być cel napisania takiej dziwnej książki z nieistotną tak naprawdę (i w większości nie dziejącą się, lecz złożoną z domysłów bohatera) sekwencją wydarzeń i na dodatek jeszcze z przezroczystym bohaterem? Pamiętasz w ogóle, jak on ma na imię? Czy to imię tam w ogóle pada choć raz?

Ciernik: Nie pamiętam, ale chyba nie. Facet jest przezroczysty i bezimienny. Jedyny fragment z akcją to historia Smutnego i zamówionego przezeń obrazu. Fajna historia! Co z tego, skoro poboczna, marginalna.

Gdybym miał szukać sensu, celu użycia tego typu bohatera, to powiedziałbym, że świetnie pokazuje on, jak łatwo jest zmarnować własne życie, egzystując niejako obok, nie uczestnicząc w nim za bardzo.

Bohater nie robi nic, a jeśli już za coś się zabiera, to są to działania pozorowane. Zamiast pracować, zostawia wszystko na ostatnią chwilę, a na końcu i tak nie robi tego, co powinien, za to wymyśla sposób na oszukanie szefa. Znam takich ludzi. Są bardzo kreatywni w szukaniu wymówek, zamiast użyć tej energii do zrobienia tego, co do nich należy.

Pokrzywnica: Mnie się wydaje, że on nieustannie szuka luster, szuka swoich odbić w oczach innych ludzi, żeby przekonać się, że istnieje, a potem ucieka, bo jest faktem tego swojego istnienia rozczarowany. Nie tym, jak się w tych oczach odbija, nie tym, że jest kim jest, a chciałby być kimś innym. On wygląda jak ktoś, kto nie chce istnieć w ogóle. Depresja? Ale jeśli tak, to głęboko ukryta, niewidoczna nawet dla niego samego.

Ciernik: A ja myślę, że on ucieka przed wymaganiami innych osób, którym mógłby nie sprostać, które go przerastają. Ucieka przed Małgorzatą – na myśl o tym, że coś zaczyna się psuć, woli zaatakować pierwszy. Ucieka też przed szefem – ciągle zwodzi go, kłamie i pozoruje pracę.

To jest facet, który żyje hipotetycznie. Zamiast działać, woli obserwować tapety. Najważniejsze wydarzenia rozgrywają się w jego głowie, a życie płynie sobie obok. Dopiero młodsza Dorota wydaje się wyzwaniem na miarę jego możliwości.

Pokrzywnica: Ale on nie ma Dorocie nic do zaoferowania! Chciałby pobawić się jej ciałem i tyle. Żadne uczucia go nie interesują, ani jej, ani nawet jego własne.

Ciernik: Owszem, on nie ma tej kobiecie nic do zaoferowania, ale za to ona okazuje się całkiem sprytną osobą i wygląda na to, że ma niezłe podejście do bohatera. Nie naciskając zbyt mocno, potrafi jednak do niego przemówić, wbić mu szpilę i ściągnąć na ziemię. To chyba dobra strategia, gdy się ma do czynienia z emocjonalnym tchórzem.

Pokrzywnica: Dorota nie da rady. Nic nie wskóra, dopóki jemu nie zależy. A właśnie nie zależy. Małgorzata była mocna, konkretna. On się boi Małgorzaty, bo wie, pamięta, że ona zmuszała go, żeby był, istniał, decydował, działał. Nie dawała mu szans na kombinacje i hipotezy. No to zwiał. I żyje (a raczej udaje, że żyje) w pustce, sam coraz bardziej pusty. Myślisz, że to może być przyjemne?

Ciernik: Praktykujący medytację znają takie momenty swoistego zawieszenia umysłu w nieokreślonym, ale dosyć miłym stanie. Są one bardzo poważną przeszkodą w medytacji właśnie dlatego, że są takie miłe, a praktykujący może zwodzić siebie latami i nigdy nie wyjść z nich, marnując cały swój czas. Tak, to może być przyjemne. Tak długo, jak długo uda się odwlekać konsekwencje.

Pokrzywnica: A jakie mogą być właściwie te konsekwencje? W sumie facet nie robi nic złego, ot, pałęta się bez sensu po życiu, wymyśla warianty wydarzeń, trochę kłamie, ale przecież krzywdy wielkiej nikomu nie robi... Marnuje czas, mówisz... A czy ci z nas, którzy zasuwają całymi dniami w robocie, której nienawidzą, robiąc kariery, które do niczego im nie są potrzebne, czy oni – czy my – nie tracimy czasu?

Ciernik: Oj, daj spokój! Jasne, że zawsze możesz ustawić definicję tak, żeby udowodnić, iż wszyscy tracimy czas, albo wręcz przeciwnie. Wybierasz jak chcesz. Jedno jest niezaprzeczalne – wszyscy się urodziliśmy i wszyscy skończymy w piachu. Co robimy z danym nam czasem „pomiędzy” to nasza sprawa.

Pokrzywnica: No to facet żyje źle czy dobrze? Warto być przezroczystym? Mnie się to wydaje trochę smutne, stąd skojarzenie z depresją. Ale byłaby to dziwna depresja, bo on sam na smutnego nie wygląda. Z drugiej strony – na szczególnie zadowolonego też nie. Myślisz, że z Małgorzatą było mu źle? Czy może tylko niewygodnie i wybrał emocjonalne lenistwo?

Ciernik: A narkoman żyje źle czy dobrze? Warto brać narkotyki? Czy życie poniżej swoich możliwości to krzywdzenie siebie? Każdy musi znaleźć własną odpowiedź. Jeśli ktoś żyje za swoje pieniądze poniżej możliwości, nikomu jednak krzywdy nie robiąc, nie widzę problemu. Jeśli ktoś robi to za pieniądze szefa, który się na to nie zgadza, przy okazji uciekając od osoby bliskiej, pozostawiając ją z wielkim znakiem zapytania, a na dodatek dążąc do katastrofy, to myślę, że żyje źle. Wszyscy wiemy, że ten jego stan nie będzie trwał wiecznie, że konsekwencje prędzej czy później nadejdą.

Pokrzywnica: A co byś zrobił na jego miejscu? Jak próbowałbyś z całej tej sytuacji wyjść?

Ciernik: Pewnie uciekłbym w pracę, szczególnie że byłoby w co. Gdybym był emocjonalnym tchórzem, na pewno nie chciałbym się konfrontować z Małgorzatą, więc harowałbym od rana do wieczora i przynajmniej ta jedna rzecz byłaby zrobiona dobrze. Poza tym zaszalałbym z Dorotą!

Pokrzywnica: Zaszalałbyś? Ha, to długo byś pewnie nie czekał na te konsekwencje…

Wracając jednak do powieści: jak Ci się podoba styl autora?

Ciernik: Niezły, chociaż jak dla mnie zbyt rozwlekły. Chciałbym przeczytać coś napisanego w ten sposób, ale z konkretną fabułą. Mogłoby wyjść całkiem ciekawie.

Pokrzywnica: Mnie strasznie męczyły długaśne, przekombinowane zdania. Może bohater tak myśli, z zawijasami i zakrętasami, ale źle mi się to czytało. Tam, gdzie jest krócej, konkretniej (historia z obrazem) jest lepiej. Może rzeczywiście przy bardziej dynamicznej akcji takie rozwlekłe wstawki pojawiające się tylko od czasu do czasu, a nie wciąż, byłyby bardziej strawne. I niezbyt podobał mi się chwyt z tłumaczeniem wszystkiego (łącznie z nazwami miast) na polski. O ile można jakoś znieść „tiszirt” (dlaczego nie „tiszert”?) czy „koka-kolę”, o tyle „Kale” to naprawdę nie jest to samo, co „Calais”. Na początku myślałam, że ten zabieg ma sens, że bohater „tłumaczy sobie” w ten sposób rzeczywistość francuską i w ogóle zachodnią na polską, ale przecież „Kale” pojawia się w reminiscencji, ta scena dzieje się we Francji! Nie rozumiem, dlaczego w całej książce konsekwentnie stosowane są te dziwacznie brzmiące spolszczenia.

Ciernik: A, tak. Mnie też irytowała ta maniera. Ale cieszę się, że przeczytałem „Wysprzątane miejsca” ze względu na historię Smutnego. Szkoda, że to nie ona stanowiła rdzeń opowieści.

Pokrzywnica: Mnie się podobała Małgorzata. Fajna, krwista postać. I on od niej uciekł! Chętnie bym przeczytała historię tego romansu – dzięki Małgorzacie moglibyśmy poznać również i głównego bohatera. A tu nic z tego, poznajemy go (a właściwie wcale nie poznajemy) kiedy jest już  pozamiatane. Wysprzątane. Szkoda.

czwartek, 11 grudnia 2014

Ekscentryk

Zwierzęce zabawy literackie: Ekscentryk

Opisz zwyczaje najbardziej ekscentrycznej, najbardziej zdumiewającej osoby, jaką zdarzyło Ci się kiedykolwiek spotkać.

Zabawa bez limitu znaków. Jeśli chcesz, możesz przysłać nam swój tekst o ekscentryku – jeśli nam się spodoba, opublikujemy go w dziale Zwierzęce zabawy literackie.

pokrzywnica(małpisko)leniwiecliteracki.pl

Realizacja:

Tomasz Borkowski, 27 grudnia 2014

niedziela, 7 grudnia 2014

Marcin Orlik „Piaskospanie”

Upolowane: Marcin Orlik „Piaskospanie”, e-book

 Ciernik: Zjadłem. Ale jestem rozczarowany. To było słabe!

Pokrzywnica: E, wcale nie. Wymień wady!

Ciernik: Przede wszystkim bohater, którego los jest mi całkiem obojętny. Lewy jest półprzezroczysty, trudno poczuć do niego jakąkolwiek sympatię. Już bardziej podobał mi się Prawy, który przecież nie jest głównym bohaterem, czy inne postacie, już całkiem poboczne.

Pokrzywnica: A jaki ma być? To schizofrenik! Mnie się Lewy podoba, choć jest nieco płaski i nie zawsze zrozumiały, ale właśnie taki musi być. Jest bowiem (chyba nie będzie to spojler, dużo nie zdradzę, bo orientujemy się w sytuacji już na samym początku) tylko częścią osoby, nie całością – to zresztą uważam za fajny, choć nie do końca zrealizowany pomysł. Nie do końca zrealizowany, bo czasem autor daje się ponieść konwencji i wtedy Lewy bywa wręcz zbyt pełny – ma instynkt, miewa przeczucia, a nie powinien ich mieć.

Ciernik: Druga rzecz to akcja, która z jednej strony pędzi na złamanie karku (ciągle jakieś zwroty) a z drugiej – po którymś tam zwrocie miałem dość. Zacząłem się najnormalniej w świecie gubić, co, po co, gdzie i tak dalej.

Pokrzywnica: Znów się nie zgadzam. Pęd akcji i zwroty także mi się podobały, łącznie z wynikającym z nich zagubieniem. Bo przecież jak inaczej miałoby być we śnie?

Ciernik: A niech sobie są zwroty i pęd, ale w tym wypadku zagubienie zniechęca do dalszej lektury. A zniechęca, bo dochodzimy do trzeciego zarzutu: całość jest emocjonalnie płaska! Niby kołowrót, dużo się dzieje, ale spływało to wszystko po mnie jak woda po kaczce. Szkoda, bo początek był bardzo zachęcający.

Pokrzywnica: Z tym zarzutem mogę się zgodzić. Rzeczywiście mamy tu niedosyt emocji. Ten sen jest śniony w sposób zbyt kontrolowany, z chyba trochę za dużym dystansem. Ale… ha, tu Cię zaskoczę, niczym Hiszpańska Inkwizycja: to też jest uzasadnione! Przecież emocje kumulują się w jednej, konkretnej postaci!

Ciernik: Taki bohater jak Lewy nie może, po prostu nie może, się podobać! Bohater bez Cienia zawsze będzie nudny, a tu autor właśnie kogoś takiego kreuje. O ile sama koncepcja jest faktycznie  ciekawa, to jednak taki bohater nigdy nie da rady pociągnąć całej fabuły! Poza tym, skoro Prawy jest jego Cieniem, Lewy powinien być tylko Personą, wyidealizowaną maską (a więc znowu nuuuudy). Nie jest. Jest nie wiadomo czym.

Pokrzywnica: Tylko, że tutaj wcale nie jest oczywiste, że to ma być konkretnie bohater bez Cienia. To jest po prostu postać bez pewnej części, ale wcale nie wiemy, jakiej (miałam wrażenie, że nie wie tego do końca również sam autor). Pod koniec następują próby (moim zdaniem,  niepotrzebne) zwrócenia uwagi na tę zagadkę i wyjaśnienia jej, ale te wytłumaczenia są bardzo powierzchowne, upraszczające. Uważam, że lepiej byłoby zostawić tę tajemnicę w spokoju. Niech sobie czytelnik sam próbuje określić, co właściwie zostało od Lewego oddzielone (tak naprawdę, to nawet nie w pełni oddzielone, bo komunikacja przecież jest).

Ciernik: Rzeczywiście lepiej by było, ale niestety na początku ostatniego rozdziału autor wyłożył kawę na ławę, rozminowując tak ładnie pracujący symbol, jakim był Prawy, sugerując jednocześnie, że mamy do czynienia właśnie z Cieniem a w najgorszym wypadku z jego częścią.

Poza tym wszystkim nie pasują mi sny w „Piaskospaniu”. Są zbyt logiczne. Sny takie nie są. Prawdziwy sen to pójście po bandzie, pełne absurdów, w które wierzymy, jakby były oczywistością. A tu mamy głównie pomieszanie i zapętlenie.

Pokrzywnica: Nikt nie mówi, że to są „prawdziwe” sny. Wręcz przeciwnie – narrator niejednokrotnie powtarza: „To nie jest sen, to piaskospanie”, a więc coś innego. Te sny mają prawo wyglądać nieco inaczej niż nasze codzienne, czy tam conocne. I wrażenie miałam rzeczywiście takie, jakbym uczestniczyła w jakimś półśnie kontrolowanym, chwilami nadmiernie kontrolowanym, a z drugiej strony – odciętym od źródeł wiedzy. Jedna z końcowych scen jest, na przykład, wyraźną aluzją do biblijnej walki Jakuba z aniołem. I ta scena mi się podobała (w ogóle uważam, że właśnie ta walka stanowi właściwy finał i tu powinna się ta opowieść skończyć, dalej czytałam już bez jakiegokolwiek zainteresowania czy napięcia, raczej z poczuciem, że coś się ciągnie niepotrzebnie). Ale została przedstawiona tak, jakby autor wszystko sam wymyślił i w ogóle nie zauważył, że czerpie z Biblii. To trochę irytujące, trąci jakąś taką... ignorancją. I ta nadmierna kontrola, ten dystans, trochę mi przeszkadzały. Ta książka byłaby lepsza, gdyby dało się ją trochę bardziej przeżywać, a nie tylko oglądać wydarzenia z boku jak film. Ale nie jest to książka zła, raczej średniak.

Ciernik: Nie oszukujmy się, nie chodzi o te niedociągnięcia koncepcyjne. Tego nie ustrzegła się nawet królowa fantastyki, Ursula Le Guin w pierwszej części „Ziemiomorza”. Tam przecież też mamy bohatera, który wypchnął swój Cień na zewnątrz i potem musiał się z nim bujać, ciągle Cień posiadając.

Chodzi o to, JAK to jest napisane. Jeśli jest napisane dobrze, nie mamy pretensji. W przypadku „Piaskospania” mamy słaby warsztat, przez co książka jest nudna, a niedociągnięcia zaczynają kłuć w oczy.

Jest tam, owszem, kilka niezłych pomysłów i fajnych obrazów. Mnie najbardziej podoba się to, że Prawy nie ma ust – cała symbolika tego. To bardzo działało na moją wyobraźnię.

Ale jest też sporo rzeczy niezrozumiałych lub niepotrzebnych. Nie chcę tu za bardzo spojlerować, ale jak myślisz, po co była ostateczna przemiana pająka?

Pokrzywnica: Zastanówmy się. Jest to przesunięcie na osi opozycji od brzydkiego do pięknego, od zwierzęcego do ludzkiego, od niemego do mówiącego, od broniącego do wymagającego obrony. Co to może oznaczać? Dodatkowo mamy jeszcze pewnego rodzaju ewolucję, bo tak naprawdę, to przez cały czas nie wiadomo, czy to jest pajęczyca czy pająk. Wskazuje na to tylko imię. To jest po prostu zwierzątko. I ono ewoluuje od nijakiego (z nadanym imieniem, czyli intencją, by było żeńskie) w kierunku pełnego żeńskiego. Na początku są w ogóle tylko męskie postacie, pierwsza żeńska, Aster, pojawia się już bliżej końca.

Ciernik: Nie zauważyłem, żeby Schizofrenia po przemianie wymagała obrony. Nie stała się pociągająca, raczej gderliwie odpychająca i zamulająca. Może autor chciał uczłowieczyć problem pierwotny, czyli zrobić go bardziej partnerskim? Świadomym? Łatwiejszym do ogarnięcia i komunikowania się z nim? Ale wyszło średnio. Mnie się po prostu to „brzydkie” bardziej podobało niż to niby piękne!

Pokrzywnica: Kobiety są gderliwie odpychające i zamulające? Rany boskie, z kim ja pracuję?!

Ciernik: No dobra, nie wszystkie. Gdybyśmy mieli lata pięćdziesiąte, Jung pisałby dalej swoje książki, role kobiece i męskie nie byłyby jeszcze tak rozmazane jak teraz, być może miałabyś rację. Ale w dzisiejszej pokręconej kulturze to już przestało działać w tak prosty sposób.

Pokrzywnica: A w ogóle, coś się tak uparł, żeby czytać Jungiem? Przeczytaj tego pająka Freudem! Dopiero będzie fajnie!

Ciernik: Vagina dentata! A nawet coś więcej!

Pokrzywnica: Tak. Vagina dentata na ośmiu nóżkach!

A teraz poważnie: ta książka naprawdę nie jest taka zła, jak ją przedstawiasz. Dlaczego tak bardzo Ci się nie podoba?

Ciernik: Nie chodzi o to, że mi się bardzo nie podoba. Chodzi o to, że mogło być znacznie lepiej. Jestem po prostu rozczarowany. Zawiedziony. Po naprawdę fajnym początku okazało się, że ciąg dalszy to strata czasu. Złości mnie zmarnowany potencjał.

sobota, 29 listopada 2014

Martin Cross „Facet. Po męsku o związkach”

Upolowane: Martin Cross „Facet. Po męsku o związkach”, e-book

Ciernik: Chyba powinniśmy zrobić na Leniwcu jeszcze jeden dział.

Pokrzywnica: Jaki?

Ciernik: „Niedoczytane”. Listę ofiar, na które natknęliśmy się podczas naszych polowań, ale o których nie chcemy rozmawiać, bo nie za bardzo jest o czym. Powinniśmy to zrobić ze względu na szacunek dla czytelnika i potencjalnego nabywcy danego dzieła. Było, nie było, są to e-booki zazwyczaj płatne, a często niedorobione. Wiesz, te wszelkiej maści wcześniaki albo pozycje obiecujące gwiazdkę z nieba, a nawet nieocierające się o próbę spełnienia tych obietnic. Książki za słabe, żeby je kupować i żeby o nich rozmawiać.

Pokrzywnica: Hm... Tylko to jest takie... nie do końca fajne. Mówisz, że tekst jest be, a nie mówisz, dlaczego. Ocena w postaci połowy gwiazdki i ani słowa komentarza. Jakbyś hotel oceniał albo krem do rąk. Wypada tak podchodzić do literatury?

Ciernik: A jeśli coś nie jest tak naprawdę literaturą? Jeśli tylko udaje?

Pokrzywnica: Tekst jest be nic nie mówi ani autorowi, ani potencjalnemu odbiorcy. Mówi tak naprawdę tylko tyle, że nam się nie chciało. A czy my jesteśmy Franz Maurer, żeby nasze nie chce nam się gadać było rzeczywiście znaczące?

Kiedy znamy treść utworu i mamy świadomość, jak wiele razy wytykaliśmy te same błędy (a one wracają jak bumerang w nowych tekstach kolejnych autorów) to się wydaje adekwatne. Ale czy wyda się takie również czytelnikowi bloga, człowiekowi z zewnątrz, który przychodzi czegoś się dowiedzieć o danej książce? Mnie by się taki dział „Niedoczytane” wydał raczej wyrazem jakiegoś zblazowania blogerów.

Ciernik: Ale jak tu sensownie rozmawiać o czymś, co jest pod każdym względem byle jakie?

Pokrzywnica: Nie jest łatwo. Ale może się da? Przy tym e-booku Martina Crossa miałam przede wszystkim poczucie, że oszukuje tytułem i opisem. Bo obiecuje coś naprawdę ciekawego, a daje… nudnawe nie wiadomo co. Nudnawe i niedorobione, z błędami, ale przecież nie takie zupełne nic. Zbiorek jest za słaby, by nazwać go książką, ale na miano kompletnego bełkotu też nie zasługuje. O coś chodzi, więc żal wyrzucić wszystko do kosza. Ale wydawać? Te trzy opowiadania są za słabe, żeby zachęcać odbiorcę do kupna, za słabe, żeby było o czym rozmawiać, za słabe, żeby coś z tym zrobił redaktor. Co właściwie robić z takimi tekstami? Można wrzucić na jakieś forum czy opublikować na blogu, ale przecież nie każdy prowadzi życie forumowo-blogowe. Wydać zatem i udawać, że to Prawdziwa Książka? No, nie za bardzo. Czytelnik może poczuć się oszukany. Ja się tak poczułam.

Ciernik: Powinniśmy byli wyczuć, co się święci, widząc pseudonim autora. Nie jakiś Michał Kaczmarek czy Janusz Mikołajczyk. Musi brzmieć „po zagranicznemu”! Martin Cross, czytaj: Jeszcze nie potrafię fajnie pisać, ale na pewno podbiję Amerykę! To taki selfpublishingowy trend.

Pokrzywnica: W samej chęci podbijania Ameryki nie ma nic złego. Gorzej, że nie bardzo jest czym ją podbijać. Może po prostu musimy czasem pozwolić sobie powiedzieć głośno, że w danym przypadku nie ma specjalnie o czym gadać? Bywają pozycje takie, że nawet krytykować ich się specjalnie nie chce, bo są na wzruszenie ramion. Obojętne. I krytyka nie ma też chyba specjalnie sensu. Myślisz, że „Facet” mógłby w ogóle, po iluś tam poprawkach, być dobry? Były ze trzy przebłyski, kiedy myślałam, że a może, że gdyby... Ale potem stwierdzałam, że nie. Jednak nie. Ale przecież to nie takie kompletne dno, jak choćby „Kune”. Gradacja złego i jeszcze gorszego?

Ciernik:Kune” było bardzo złe, ale to było zło z charakterem! Sztampa, kicz, klisza, tandeta. A „Facet”? A może ta książka jest jednak w pewien przewrotny sposób prawdziwa? Może po prostu jest taka, jacy teraz bywają faceci? Nijacy?

Pokrzywnica: Dziwne wrażenia mam po tej lekturze – trochę niesmaku, trochę rozczarowania, bo tytuł taki obiecujący, ale… E, tam, nic wielkiego, ot, jakby się spotkało brzydkiego psa. Wiesz, o co mi chodzi? Trochę przykro, ale po minucie już o tym nie pamiętasz. I najsensowniej byłoby to przemilczeć. Tylko że ludzie takie rzeczy piszą i wydają właśnie dlatego, że w odpowiedzi dostają milczenie. Myślą sobie: Może to nie takie złe, skoro nikt nie mówi, że złe?

Ciernik: I właśnie dlatego trzeba mówić. Trzeba mówić, żeby autor wiedział, a przede wszystkim, żeby wiedział odbiorca. Czas czytelnika nie jest z gumy.

Pokrzywnica: O czym właściwie są, Twoim zdaniem, te opowiadania?

Ciernik: O zagubionych facetach. Ale są zupełnie nieprzekonujące.

Pokrzywnica: Pierwszego już nie pamiętam. Wiem tylko, że było najsłabsze z trzech słabych. Drugie było trochę lepsze – zapowiadało się na absurdalną komedię i jako taka, może nawet by się obroniło, ale potem zrobiła się z tego proza obyczajowa. Niestrawna. I z nieprawdziwym bohaterem. Dla Ciebie był prawdziwy?

Ciernik: Nie pamiętam tego opowiadania.

Pokrzywnica: „Naga prawda”.

Ciernik: Aha! O tym gołym? W autobusie? Tak, zaczynało się ciekawie. Później było gorzej. O ile DJ był jeszcze odrobinę wiarygodny, o tyle główny bohater, ten rudy emo, już zupełnie nie.

Pokrzywnica: No, właśnie. Tak komediowo przerysowany. Gdyby konwencja tekstu była inna, to może wyszłoby z tego coś lekkiego do przeczytania w, nomen omen, autobusie. Ale to miał być ten nieszczęsny obyczaj... A trzecie opowiadanie, to już w ogóle nie wiem. Jest historia życia faceta. Ale po co? Dlaczego?

Ciernik: Fakt. He he. Żył sobie gościu, żył, a potem umarł. I nie wiadomo, dlaczego dupę w książce zawraca…

Pokrzywnica: A najdziwniejsze, że to było nawet wciągające. Tylko ni w ząb nie wiadomo, po co, na co i dlaczego. Słuchaj, a może tu jest jakieś niewydobyte i niewygrane poczucie humoru? Autor z jakiegoś tajemniczego powodu próbuje pisać poważnie, a w głębi ducha chciałby się ponabijać albo ironizować złośliwie? I wbrew sobie tego nie robi, cenzuruje się jakoś, a w efekcie wychodzi coś nijakiego?

Ciernik: Mam wyjąć talię tarota czy poszukać szklanej kuli? Skąd mam wiedzieć, czego chciał autor, skoro tego nie wyraził?

Pokrzywnica: Ech, żebyśmy chociaż zostali w niewiedzy, ale przejęci! A my zostaliśmy w niewiedzy i pełni chęci co najwyżej na kolację, bo ani emocji, ani refleksji nijakiej...

sobota, 22 listopada 2014

Zwierzęca przeszłość przedmiotów – zabawa Skowronka

Zwierzęce zabawy literackie: Zwierzęca przeszłość przedmiotów – realizacja

Skowronek opowiada o Butelce, która kiedyś była Psem.

Butelkowy Pies


 

Butelka niekoniecznie musiała zawsze być butelką, stojącą i czekającą, jak to zawsze robią dzisiejsze butelki, aż ktoś ją napełni, a potem opróżni. Niewykluczone, że wcześniej butelki były zupełnie innymi istotami – psami, podobnymi troszkę do jamników. Butelkowe kształty mieściły się w tułowiu psa, a w miejscu lejka i nakrętki znajdowała się szyja i głowa. Z denka wystawał ogonek, a całość stała na czterech małych, może nieco krzywych, łapkach – oto był Butelkowy Pies.

Psy takie żyły na polanach i łączkach, zwłaszcza w pobliżu rzek albo strumyków. Właśnie przez to stały się butelkami. A było to tak:

Wadą butelkowych psów była ich słabość do wody. Po prostu ją uwielbiały! Początkowo próbowały się trochę powstrzymywać i ograniczać, ale wkrótce zrezygnowały i oddały się swoim chęciom. Zaczęły przesiadywać dniami i nocami w rzekach lub innych zbiornikach wodnych, cały czas tylko kąpały się, piły i siusiały, aż przestały robić jakiekolwiek inne rzeczy. Jednak nie da się tak długo przeżyć, będąc zwierzęciem. Żeby więc w ogóle mogły przetrwać, zaczęły ewoluować i przemieniły się w butelki na wodę. Bo butelki nie potrzebują wykonywać tych wszystkich rzeczy, które muszą robić zwierzęta, na przykład jeść. Butelki nie muszą nawet oddychać! Wystarczy, że piją i leją. To oczywiste, że lepiej było dla tego gatunku zmienić się w inny, niż zupełnie wyginąć.

W niektórych butelkach do tej pory zachowały się jednak ślady psiej natury. Widzieliście kiedyś, jak łakomie patrzą na kości?

niedziela, 16 listopada 2014

Kuba Wojtaszczyk „Portret trumienny”

Upolowane: Kuba Wojtaszczyk „Portret trumienny”, papier, e-book

Pokrzywnica: Książka (dostępna zarówno jako e-book, jak i w wersji papierowej) została wydana przez... hmm... jak to właściwie nazwać... Niby selfpublishing to działanie bez wydawcy, a tutaj wydawca (czy może platforma wydawnicza?) jest i nazywa się Simple Publishing.

I co się nieczęsto zdarza w przypadku samodzielnie wydawanych książek, „Portret trumienny” miał kampanię promocyjną. Zainteresowałam się nim, bo zobaczyłam reklamę w czerwcowych „Książkach. Magazynie do czytania”.

Ciernik: To rzeczywiście nowość w światku selfpublishingu. Nie dość, że w ogóle jest kampania, to na dodatek skuteczna (kupiłaś).

Pokrzywnica: Otóż to. Były także wywiady z autorem na różnych portalach, patronaty, spotkania autorskie. Redakcja i korekta także widać, że była (choć drobnych wpadek się nie ustrzegła, ale nie było tego dużo). Selfpublisher, który wypuszcza ewidentnego gniota z mnóstwem błędów, bez żadnej reklamy, raczej z tradycyjnymi wydawnictwami nie powalczy i pozostanie na marginesie. Ale „Portret trumienny” powalczyć może. Nie jest to jakieś objawienie, ale nie odstaje specjalnie poziomem od książek wydawanych tradycyjnie. Tylko że kierowany jest chyba do specyficznego odbiorcy. Chociaż... ja raczej nie jestem adresatką tej prozy, ale w jakiś przedziwny, perwersyjny sposób ona do mnie przemówiła. Sama nie wiem, czy bardziej do ukrytego we mnie masochisty, czy sadysty, ale jakiejś części mnie to się podobało.

Ciernik: We mnie „Portret trumienny” wzbudził uczucia… nijakomieszane. Bo w zasadzie jest to książka o niczym. Nie ma przemiany bohatera, jest za to płytka parada stereotypów: z jednej strony mamy neurotycznego, zakompleksionego geja (Swoją drogą: może jego problemem jest to, że jeszcze nie zrobił coming outu? Wydaje się, że w rodzinie nikt o jego homoseksualizmie nie wie lub wiedzieć nie chce) wstydzącego się swoich korzeni, z drugiej – gromadkę kołtuńskich pijanych polakatolików. Króluje nienawiść lub przynajmniej pogarda i nieufność. Brak tu odkrywczości czy głębi, ale brak też prawdziwego mięsa niczym z filmów Smarzowskiego czy choćby książek wydawanych przez Psa Łańcuchowego. Ale od czasu do czasu zdarza się trafny opis, często krótki, dosadny, czasami zabawny, na przykład: „Dwupiętrowy dom z rozległą piwnicą i takim samym strychem utrzymano w stylu niewystarczających funduszy przełomu 1989/1990 z domieszką późniejszego eklektyzmu materiałów budowlanych”. Książka wciąga, trzyma przy sobie, ale jakoś tak dziwnie, czyta się ją z niechęcią, jakby na granicy decyzji o porzuceniu lektury.

Pokrzywnica: O! To ostatnie Twoje zdanie idealnie ją podsumowuje! Czytałam, zastanawiając się, dlaczego ja to właściwie jeszcze czytam, ale z niejasnych powodów chciałam czytać dalej. Sama nie wiem, czy to masochizm (bo dość paskudne to wszystko jest – i bohater, i jego rodzina, i cała sytuacja), czy sadyzm (niezmiernie się bowiem cieszyłam, że nie jestem Aleksandrem, nie mam takiej rodziny, takich marzeń i takiego życia).

Do kwestii banalności, nijakości i stereotypów autor odnosi się w tym wywiadzie:

Zacytuję fragment:

Piotr Seweryn Rosół: „Dobrze, dobrze, tylko po co mam czytać Twoją powieść? Jest ostentacyjnie nudna. Tam się przecież nic nie dzieje. Banalność codzienności, idiotyzm spraw nieistotnych. Na powierzchni zero atrakcji, zero dramatu (…)”.

Kuba Wojtaszczyk: „Coś Cię jednak w tej książce musiało zaintrygować, jeżeli teraz rozmawiamy (śmiech). A tak na poważnie to wydaje mi się, że siła „Portretu...” tkwi w tej banalności dnia codziennego, którą tak naprawdę większość z nas zna, ale właśnie dlatego nie dostrzega. Te wszystkie ciotki, ograniczeni rodzice, brat półidiota, ta nieustanna konsumpcja bigosów i małomiasteczkowość to jest takie dobrze oswojone, takie bezpieczne, z delikatną nutką sentymentów. Ale tak naprawdę jest epicentrum wszelkiej nietolerancji, której nie akceptujemy, a nic z tym zrobić nie możemy. Bo jak walczyć z najbliższą rodziną? Odciąć się od wszystkich?”.

Natomiast co do przemiany bohatera: a końcówka? Nie będziemy tu spojlerować, ale czy nie sądzisz, że to, co się w końcówce dzieje, jest właśnie psychiczną przemianą Aleksandra?

Ciernik: Nie jestem przekonany. Wydaje mi się, że to nie był jego pierwszy raz.

Pokrzywnica: A nie zaskoczyły Cię jego decyzje? Mnie tak. Przez cały czas wydawało się, że jego sympatie i antypatie są jasno określone, że te decyzje, kiedy już dojdzie do finału, będą oczywiste i przewidywalne. A jednak nie. Coś się zmieniło. Coś się... przelało.

Ciernik: No tak, masz rację, to mnie na początku zaskoczyło. Wydało się nawet trochę nieprawdopodobne. W tym sensie rzeczywiście nastąpiła przemiana.

Pokrzywnica: Miałam z tą książką zabawny problem. Zdarzają się przepiękne zdania, na przykład: „Ja tu myślu-myślu, tymczasem pociągowy steward, ten sam, który na dworcu frywolnie klepnął konduktorkę w pupę, wyciąga do mnie dłoń głodną biletu, a w drugiej trzyma kasownik i nerwowo stempluje powietrze, pewnie z przyzwyczajenia”. Ale są też takie, przy których zastanawiałam się, czy to wina korekty, czy celowy zabieg. Co to, na przykład, za dziwoląg: „Kolej ma swoją długoletnią tradycję w byciu przekaźnikiem zgonów”? Ani to śmieszne, ani intrygujące, po prostu zwyczajny składniowy koślawiec. Albo to: „Ubrałem przygotowane poprzedniego dnia dżinsy” czy to: „Zapapranie juchą szorowanych kafelek”. To są ewidentne błędy, ale kto je popełnił – korekta czy bohater? Myślisz, że są celowe? Że to wychodzi z Aleksandra wiejskie pochodzenie?

Ciernik: Nie wiem, ale wydaje mi się, że to jednak niedopatrzenie korekty. Ja miałem trochę inny śmieszny problem. Jak odbierasz klimat tej powieści?

Pokrzywnica: Dziwna rzecz. To wszystko dzieje się latem. Jest kilka wzmianek o panującym upale. A ja i tak przez cały czas widziałam wczesną wiosnę. Koniec marca czy początek kwietnia, kiedy śnieg topnieje i śmieci wyłażą bezwstydnie na wierzch, a jest jeszcze za wcześnie, żeby ukryła je zieleń. Ta atmosfera brudnej, pełnej nieokreślonego napięcia, pochmurnej wiosny była tak silna, że nie dałam rady uwierzyć w lato i upał.

Ciernik: Właśnie! Ja też! Wychodzi na to, że klimatu nie da się stworzyć przez proste: było gorąco. On powstaje gdzie indziej i czytelnik go odbiera, czasem nawet wbrew podawanym wprost przez autora informacjom.

Pokrzywnica: Ale wiesz… To też ma sens. To jest przecież w dużym stopniu opowieść o zakłamaniu. Co innego na języku, co innego w sercu. Inna pogoda, inna pora roku panuje naprawdę, a inną sobie wmawiamy… Przecież o to, między innymi, w „Portrecie trumiennym” chodzi!